Chciałem być Ojcem Chrzestnym
14.07.2010Tylko u nas ekskluzywny wywiad z Siergiejem Bezrukowem!
Jak mówi stare rosyjskie przysłowie, człowiek utalentowany ma talent do wszystkiego. Tak właśnie można powiedzieć o Siergieju Bezrukowie. Reżyser, aktor, producent, a od niedawna również właściciel teatru – udzielił wywiadu dziennikarzom kanału Время*.
Время: Twój nauczyciel – Oleg Tabakow – powiedział kiedyś, że chwyciłeś Pana Boga za nogi. Też tak uważasz?
Siergiej Bezrukow: Bardzo mi miło że ludzie tak mówią, cieszą się z mojego sukcesu – ja staram się po prostu być uśmiechniętym, pomagać innym ludziom. Kilkanaście lat temu dziennikarze napisali o mnie że mam „urok młodego człowieka, który szybko przemija”. Dlatego tym bardziej mnie cieszy, że dziś, kiedy mam 36 lat, wciąż określają mnie jednym z najbardziej szarmanckich rosyjskich artystów. Jak widać – to jednak nie zasługa młodego wieku!
Mówią, że Oleg Tabakow jest bardzo surowym nauczycielem, znany jest z tego że nie rozpieszcza swoich artystów. Więc jak możliwa jest nauka?
Nauka u Olega Tabakowa naprawdę dużo daje. Czasami mimowolne spojrzenie nauczyciela czy drobna uwaga na temat gry uczy aktora więcej niż kilka lat samodzielnej pracy metodą prób i błędów. Miał też często uwagi do mojej gry, za grę otrzymywałem ocenę cztery plus, co dla mnie – jako absolwenta z wyróżnieniem Moskiewskiej Akademii Teatralnej było tragedią. U Tabakowa dużo grałem ról charakterystycznych - Romeo, Hamleta, zawsze starałem się stworzyć rolę wyjątkową i niepowtarzalną – doklejałem sobie brodę, prosiłem o mocniejszy makijaż. Tym chyba zdobyłem zaufanie Tabakowa.
Słyszałem, że kiedy Tabakow wystawił Tobie ocenę – powiedziałeś wtedy sobie: „Przyjdzie czas, kiedy razem wyjdziemy na scenę i będzie rewanż”. Często razem wychodziliście na scenę?
Do tej pory, często z nim gram wspólnie i dziś, mam nadzieję – jesteśmy sobie równi. Kiedyś powiedział bardzo mądrą rzecz: „Wychowałem i uczyłem was dla siebie. Bo to wy będziecie moimi partnerami na scenie”. To znaczy, że on specjalnie uczył aktorów w takim systemie, aby i w przyszłości sobie pomagać, komentować swoje role, być partnerami na równych warunkach. Dzisiaj, kiedy wychodzę z Tabakowem na scenę, patrzę się w jego oczy i widzę, jestem pewny – jesteśmy partnerami na scenie.
Ah, to dlatego na końcu każdego spektaklu Amadeusz, w którym grasz wspólnie z Tabakowem, oddajesz mu wszystkie kwiaty!
To spektakl Tabakowa. Wielkiego rosyjskiego artysty, potęgi. Dlatego jemu należą się wszystkie kwiaty. Trzynaście lat temu, zaraz po premierze Amadeusza zadzwonił do mnie Tabakow i powiedział – w scenariuszu jest tylko jeden liryczny bohater – Antonio Solieri, a teraz jest ich dwóch – jeszcze Wolfgang Amadeusz Mocart, którego gram ja.
Pamiętasz moment, kiedy publiczność przyszła do teatru tylko dla Ciebie?
ak było po wyświetleniu głośnego serialu Brygada. Grałem wtedy w spektaklu Kuszenie z Ljubą Poliszczuk i Borysem Szczebakowym. To bardzo śmieszna komedia. Lecz tylko kiedy zaczęliśmy grać i wyszedłem na scenę, publiczność wstała i biła mi brawo. Musiałem wręcz poprosić publikę o ciszę, abyśmy mogli zagrać spektakl. Po spektaklu dostałem mnóstwo kwiatów, nie było końca oklasków... dla mnie, bo Borys i Ljuba już dawno zeszli ze sceny. Zrobiło mi się strasznie głupio, bo wszyscy aktorzy powinni w jednym momencie zejść ze sceny. Jednak już w kolejnym spektaklu – oklaski i kwiaty były jednakowe dla mnie, Borysa i Ljuby.
Porozmawiajmy o Aleksandrze Białym. Grałeś człowieka z zupełnie innego „świata”, pomogło Ci to w zrozumieniu reguł tam panujących w realnym świecie?
Rola Białego była jedną z najbardziej interesujących w moim życiu. W latach dziewięćdziesiątych kończyłem Akademię Teatralną. Wtedy często widywałem ludzi w czerwonych kurtkach z wielkimi, grubymi łańcuchami na szyi. Żartowaliśmy z nich, mówiliśmy anegdoty, ale nigdy z nimi nie rozmawialiśmy. Kiedy przeczytałem scenariusz Brygady, wyobraziłem sobie gangsterską sagę rodem z USA. Przypomniały mi się studenckie lata, zachciałem być jak Al. Pacino czy Robert de Niro, zagrać Ojca Chrzestnego, ubranego w skórzane palto. Z drugiej jednak strony w Brygadzie były bardzo trudne sceny, pokazujące złożone gangsterskie życie. Na przykład kiedy grany przeze mnie bohater wraca do domu i widzi wiszący obok lustra czarny woal, przypominający o śmierci matki. Scenę rozmowy „z lustrem” czy scena finalna, kiedy Biały przychodzi na miejsce zabójstwa swoich przyjaciół kręciliśmy bez dubla, na którego po prostu nie było czasu. Aby zagrać dobrze, trzeba fizycznie i psychicznie czuć to samo co grany przez Ciebie bohater. To trudne, ale jeśli widzowie zobaczą na ekranie twój autentyczny strach, gęsią skórkę - jest to olbrzymi sukces.
Czy rola Biełego pomogła Tobie odnaleźć wspólny język z ludźmi, którzy złożyli się na jego postać?
Oczywiście, rola pomogła mi bardzo, przecież do tej pory można odnaleźć mnóstwo jego wielbicieli. W tej chwili, kiedy w sprawach wytwórni filmowej spotykam się z inwestorami, oni przede wszystkim pamiętają moją rolę w Brygadzie. Chociaż są ludzie, którym wyjątkowo się ona nie podobała. Bliżej im do mojej postaci z Rejonu (Участок). Do takiego właśnie bezinteresownego człowieka, filozofa i kontemplującego myśliciela. Mieszkaniec miasta ze swoimi wyobrażeniami o życiu, o prawach, które rządzą losem, trafia na wieś. Tam jednak ludzie żyją wedle swoich praw – nie miejskich, nie wiejskich również, ale swoich szczególnych. I ja właśnie odgrywam rolę człowieka, który spogląda na tych ludzi, uczy się ich, obserwuje i stopniowo zaczyna czuć tę atmosferę, rozumieć relacje między nimi i sytuacje życiowe.
Być może twój bohater, dzielnicowy, to jedyny człowiek, który jest zdolny do tego, by zrehabilitować dzisiejszą milicję w oczach społeczeństwa...
Zgadzam się. I bardzo się z tego cieszę. Myślę, że na moją postać wzięła się nieco od Aniskina, trochę od Hozjajna tajgi. I jestem zadowolony, że ludzie uwierzyli w istnienie takiego dzielnicowego, że spodobała się piosenka Brzozy że mój bohater razem ze swoim psem uzyskali sympatię również widzów najmłodszych.
Opowiedz proszę o jednej ze swoich pierwszych wyrazistych ról kinowych – o Nikołaju Sidichinie w Chińskim serwisie.
Reżyser Witalij Moskalienko zaproponował mi tę rolę, znając tylko moją pracę w teatrze i jedną rolę – Arlekina w spektaklu Żegnajcie... i bijcie brawo! (Прощайте… и рукоплещите!). Jest to bardzo dynamiczna, maskaradowa rola i ten właśnie dynamizm spodobał się Moskalience do tego stopnia, że dał mi rolę Nikołaja Sidichina, kupca trzeciej gildii, a w rzeczywistości aferzysty. I tu właśnie zawarta jest ta gra w grze, która tak spodobała mi się w tej postaci. W pierwszej części bohater mój jest młody i głupi, z portfelem pełnym pieniędzy; potem widzimy go jako aferzystę z prawdziwego zdarzenia. Lubię wspominać zdjęcia do filmu, tam poznałem się z Iryszą (żoną – przyp. aut.). Było tak pięknie! Ponad trzy miesiące kręciliśmy, pływając po Wołdze. Kineszma, Kostroma, Plies, Niżnij...
A jak pracowało się tobie z Jankowskim?
W ogóle, Oleg Iwanowicz był bardzo sarkastycznym człowiekiem, lubił docinki. Ale przede wszystkim, czułem jego szacunek do mnie, co dla mnie wówczas – dla 24-letniego chłopaka – było niezwykle ważne. Uważam możliwość współpracy z Jankowskim za jeden ze swoich zawodowych sukcesów. Jestem jemu wdzięczny za to, że w wielu kwestiach mi pomagał. Pomocna była jego energia, jego autentyzm na zdjęciach, a także uczciwość i szacunek. Pamiętam, jak kiedyś spytał: – W ilu grasz spektaklach w miesiącu? – odpowiedziałem, że w 15, 16 spektaklach. On zdziwił się: – Po co ci tyle pracy? Po co? Zostaw sobie trzy ulubione role, a resztę czasu odpoczywaj i graj. – Ale ja nie mogę nie pracować. Nigdy nie byłem dzieckiem szczęścia, wszystkie moje role są wynikiem ciężkiej pracy.
Na przykład, kiedy jednocześnie pojawiały się na afiszach spektakle Wariat (Псих) i Życie moje, czyś mi się przyśniło?... (Жизнь моя, иль ты приснилась мне?...), oba stały się wydarzeniami teatralnymi Moskwy, oba cieszyły się uznaniem i zdobywały pochlebne recenzje i nagrody. A przecież premiery odbywały się w odstępie kilku dni. Znając te dwa spektakle, można wyobrazić sobie w jakim napięciu i jak gwałtownie to się odbywało. Jak to teraz wspominam teraz, wydaje się, że można było zwariować, ale ja miałem 22 lata i wytrzymywałem prawie kosmiczny wysiłek. Za to wtedy, odgrywając rolę Jesienina w Teatrze im. Jermolowej, po raz pierwszy doświadczyłem tego, czym są prawdziwe owacje. Do tej pory pamiętam to uczucie. Jak tylko pojawiałem się na scenie publiczność zrywała się, a na sali rozlegał się pisk jak na rockowym koncercie. Jednak ja w każdym spektaklu uczciwie zarabiałem na te owacje i aplauz. Za każdym razem traciłem głos, niszczyłem siebie i udowadniałem, że mam prawo do tych owacji.
A gdyby wynaleziono wehikuł czasu, z którym ze starych aktorów MCHATu chciałbyś wystąpić na jednej scenie i w jednym spektaklu?
Byłoby bardzo ciekawie pracować z Michaiłem Czechowem, bo przecież stworzył on osobną szkołę teatralną. I jeśli szkoła Stanisławskiego była podstawą, pewną bazą dla tych, którzy uczyli się zawodu, szkoła Czechowa jest dla aktorów zaawansowanych. To już wejście na głęboką wodę, pełne zanurzenie w postać, prezentujące odmienne podejście do techniki. U Stanisławskiego podstawowym prawem jest – odejść w rolę od siebie, to jest w postać – to nadal ty, ale w innych warunkach. Czechow uczy, że nie ty sam wchodzisz w postać, a ona dyktuje Ci jak masz się zachowywać. To stan, w którym powinien znaleźć się aktor. By to osiągnąć, stosuje się różnorodne techniki. To bardzo niebezpieczne, ale i ciekawe. Kiedy żyjesz bohaterem, zmienia się twoje spojrzenie, zmienia się energia i twoja mowa, jakby siedział w tobie inny człowiek. Ja nie pracowałem, ale nakładałem mundur w Admirale, trzymałem postawę nawet po zakończeniu zdjęć. Porywałem ludzi do ataku, prowadziłem nieuzbrojonych przeciw karabinom i doświadczałem euforii, łzy stawały w gardle, a głos dzwonił na mrozie. Za wiarę! Za Ojczyznę!
Ale w jednej ze swoich ostatnich ról w filmie Ironia losu. Kontynuacja (Ирония судьбы. Продолжение»)wydaje mi się, że bardzo poważnie naruszyłeś zamysł reżysera, zagrawszy w rezultacie postać pozytywną, która spodobała się publiczności.
Ja po prostu grałem to, co było napisane w scenariuszu, gdzieniegdzie improwizowałem i nikt mnie nie powstrzymywał. Ja walczyłem o swoją miłość. Raz już dostałem taką możliwość. Przecież jak tylko w Ironii losu pojawia się Hipolit, już wiemy, że to on jest przegraną stroną. I tutaj dali mi carte blanche. Mój Iraklij to kochający człowiek, energiczny, nowoczesny, on walczy za swoją miłość. Ale jego się tak przedstawia, że wzbudza sympatię. W czym on zły?! W tym, że w Nowy Rok idzie zająć się jakąś anteną? A dokąd ma się ruszyć? Jest managerem wielkiej firmy i jeśli pojawił się problem, a nie było komu go rozwiązać, trzeba było jechać samemu.
Jak często ingerujesz w zamysł reżysera?
Jeśli reżyserski zamysł jest idealny, nie ingeruję, a odwrotnie – jestem otwarty na pomysły reżysera i gotowy do współpracy. Jak, na przykład, w spektaklu Tabakierki Wesele Figara reżyser zaproponował, by zacząć od monologu w ogrodzie, którym tradycyjnie sztuka się kończy. Wydało mi się to interesujące. Takie reżyserskie eksperymenty przyjmuję z radością. Jeśli coś wprowadzam od siebie, to w większości improwizacja, nie zmieniająca globalnej reżyserskiej koncepcji.
A jak spektakl Cirano de Bergerac? Na afiszu widnieje nazwisko innego reżysera, a przecież w całości spektakl jest twojego autorstwa...
Ja widnieję tam jako reżyser. Jest reżyser-inscenizator i jest reżyser Siergiej Biezrukow. Jak zaproponowano mi odegranie roli Cirano de Bergerac, nawet nie pomyślałem, że ta rola mi się tak spodoba. A jak ją poczułem, zacząłem wymyślać, improwizować, wkładać w nią całego siebie. Na przykład, wymyśliłem to, że Cirano nosi bandankę i podobny jest do Czeczeńca. Gaskończycy są przecież francuskimi góralami. Wymyśliłem skórzany woreczek u niego na szyi, w którym, okazuje się, on nosi pukiel włosów Roksany, który mu podarowała przed laty. A finałową scenę śmierci od prasy zobaczyłem we śnie. Następnego dnia na próbie zaproponowałem, by z gazet w pewnym momencie wypadały części armatury. I już wiadomo było, że biją się nie tylko gazetkami, ale że ciosy są śmiertelne.
Tabakow był artystą, stał się dyrektorem dwóch teatrów. Jewgienij Mironow był artystą, teraz jest dyrektorem teatru. 30. marca na swojej stronie ogłosiłeś oficjalne otwarcie teatru Siergieja Biezrukowa.
Póki co gramy tylko jeden spektakl Страсти по Емельяну, ale pierwszy krok jest najtrudniejszy. Spektakl narodził się z trylogii Psalmista (Дьячок), którą stworzyliśmy razem z ojcem na pierwszym roku studiów w MCHACie. Podstawą są trzy wczesne opowiadania Czechowa. Oleg Pawłowicz Tabakow jeszcze na przeglądzie samodzielnych prac powiedział: "To gotowy spektakl!". Potem ojciec dopisał ostatnią sztukę i wymyślił nowy gatunek "chochmodrama" Oprócz teatru mam także swoją wytwórnię filmową, która jesienią wypuszcza swój pierwszy film Najprawdziwsza bajka (Самая реальная сказка) W perspektywie jest jeszcze jeden. Ale jest jeszcze też zasadniczy zawód, w którym bardzo jeszcze chce się zrobić.
Ale przecież ty już zagrałeś praktycznie wszystko. Nie boisz się?
Boję się, oczywiście, że nie zdążę wszystkiego zagrać. W każdej roli chcę być kimś innym, chcę zadziwiać. Tak jest ciekawiej. Za każdym razem wypróbowuję swoje zdrowie, nerwy, emocje. Mówię, że ludzie uprawiają sporty ekstremalne, bo nie mogą żyć bez adrenaliny. To choroba. Tak samo ja nie mogę żyć bez swoich ról...

* Время to całodobowy kanał telewizyjny, wchodzący w skład Chanel One Russia. Nadawane programy przedstawiają życie i twórczość celebrytów: aktorów, muzyków, sportowców, polityków.
Wywiad udostępniony dzięki uprzejmości Channel One Russia
tłumaczenie: MO/AK