"Myśliwce nisko nad Kremlem" Andrzeja Swobody - trzecie miejsce w konkursie na najlepszy esej o Rosji
15.09.2011Moskwa tego dnia była pełna: turystów, rosyjskich flag, wojskowych i straganów pełnych gadżetów z symboliką radziecką. Zamknięto kilka stacji metra, nie wspominając o tym że wiele ulic było zamkniętych – nawet dla pieszych. Kiedy nad niebem przelatywały myśliwce, ładna nastoletnia Rosjanka idąca w pobliżu Cerkwi Chrystusa Zbawiciela przez chwilę popatrzyła na nie, a następnie z dumą poszła dalej. Ktoś kupował od ulicznej handlarki pełne naręcze goździków. Młody człowiek przechodząc obok poczciwego staruszka, zatrzymał się i powiedział: dziękuję. Ja zrobiłem to samo, wielokrotnie. Czułem, że w jakimś sensie jest to też moje święto. Dzień Zwycięstwa.
Przejeżdżając niejednokrotnie Rosję wzdłuż i wszerz, będąc w wielkich miastach, jak Moskwa, Petersburg, Nowosybirsk, trochę mniejszych (Murmańsk, Władywostok) czy maleńkich zapomnianych wioskach, ukrytych gdzieś na Syberii, zawsze zastanawiałem się – dlaczego w Polsce jest tak mało miejsc pamięci. A jeśli już są, są strasznie smutne, ponure, i jakby pozbawione ludzkiego atomu. Pomniki stawiane poległym w walce, miejsca w których płonie wieczny ogień to pamiątka historii, niemal zawsze bolesnej i tragicznej. Jednak to właśnie dzięki tym walecznym osobom, bohaterom – dziś możemy cieszyć się wolnością i mniej lub bardziej dosadnym życiem. Pomniki historii w Rosji to ważne miejsce na mapie każdego miasta, punkt spotkań mieszkańców. Dzień Zwycięstwa to święto o wiele większe, o większym znaczeniu dla Rosjan od naszego, polskiego Dnia Niepodległości. Tylko że w Polsce dopiero od niedawna prowadzone są w kilku miastach radosne obchody tego święta, pozbawione patosu i goryczy. Te same cechy nosi rosyjskie święto: wielka wojskowa parada, niekończące się przemówienia oficjeli, archiwalne filmy na rosyjskim Pierwszym Kanale. Ale z drugiej strony pod samym Kremlem jest organizowany koncert, na którym występują najpopularniejsi rosyjscy artyści, a większość publiczności stanowią studenci i młodzież. Ci sami ludzie kilka godzin wcześniej na Placu Czerwonym, na ul. Twierskiej, wyszukiwali weteranów II Wojny Światowej, podchodzili do nich, wręczali kwiaty, rozmawiali. Na koniec dziękowali, najczęściej utartym „Spasibo Dedu za pobedu”.
Sam przeżywałem Dzień Zwycięstwa już od siódmego maja – wtedy, wraz z fotoreporterem agencji RIA Novosti wziąłem udział w niedostępnej dla zwykłych oczu próbie parady. Następnie, dziewiątego maja, wyszedłem z mojego moskiewskiego mieszkania o piątej rano, aby później – jak z najlepszego miejsca obserwować sam przejazd wojsk zmechanizowanych. Później rozmawiałem z dziesiątkami ludzi o ich odczuciach dot. samej parady, jak i kolejnej rocznicy zwycięstwa. W większości odpowiedzi królowała duma i zadowolenie, jednak tylko przez chwilę, później ludzie sami przechodzili do krytykowania obecnych władz bądź całego systemu politycznego. Na ławce przy Placu Manieżowym siedział starszy mężczyzna, z kilkoma medalami na piersi. Zapytał się mnie o godzinę, po chwili zadał pytanie czy jestem Ukraińcem. Kiedy powiedziałem mu, że jestem z Polski, dziadkowi popłynęły łzy, a mnie mocno ścisnął za ramię. Opowiedział mi historię swojej młodości, która nie dawała mu spokoju przez całe życie. W 1944 roku, podczas oblężenia Budapesztu spotkał rannego, wycieńczonego żołnierza, który prosił, aby dać mu pić. Oficer Armii Czerwonej miał jednak tylko przydziałową wódkę, przypiętą w bukłaku do paska. Ranny wyszeptał: wszystko jedno, a niedługo później umarł na rękach Rosjanina. Ostatnimi słowami, jakie wypowiedział, było swoje imię i nazwisko: Jerzy Rózga. I właśnie takie imię i nazwisko polskiego szeregowego śniło się po nocach Walerijowi Prokopience, teraz – po niespełna siedemdziesięciu latach – po raz pierwszy spotkał Polaka i mu przekazał swoją opowieść.
Polaków i Rosjan podzieliła historia i polityka, ale tak naprawdę jesteśmy bardzo podobnym narodem, a między nami tak naprawdę nie ma wielkich różnić. Za to jest mnóstwo podobieństw. Dlatego nie może być z gody na pogardliwe nazywanie Rosjan, czy ludzi ze wschodu „ruskimi” – tak samo jak my nie lubimy być „Polaczkami”.
Andrzej Swoboda