Czarna lista

(Черный список)

Aleksandra Marinina

gatunek: kryminał
tłumaczenie: Aleksandra Stronka
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1995
rok wydania pol.: 2010
ISBN: 978-83-7414-764-4
liczba stron: 350
format: 12,3 x 19,5 cm

Kolejna powieść kryminalna Marininej, tym razem rozgrywająca się czarnomorskim kurorcie. Przystojny milicjant i... autorka kryminałów wspólnie zajmują się dochodzeniem!

Głównym bohaterem jest - znany z innych powieści rosyjskiej mistrzyni kryminału - podpułkownik Stasow z Moskwy, spędzający urlop z córeczką nad Morzem Czarnym. W kurorcie odbywa się festiwal filmowy, który organizuje była żona Stasowa. Z rąk zabójcy kolejno giną gwiazdy pretendujące do wysokiej nagrody. Miejscowe władze nie życzą sobie żadnej pomocy z zewnątrz, Stasow napotyka mur niechęci i milczenia, a afera zatacza coraz szersze kręgi.

Równocześnie moskiewski milicjant ma romans z petersburską literatką, która mieszka w tym samym pensjonacie. Była żona Stasowa zaciska zęby, a jego córeczka znajduje w pisarce wspaniałą przyjaciółkę. Funkcjonariusz moskiewskiej milicji jest zastraszany, ale z uporem bada zagadkową sprawę, wspomagany przez swą wakacyjną sympatię, biegłą w wymyślaniu kryminalnych intryg.

[W.A.B.]

Fragment 1

Życie zawodowe Rity związane było od zawsze z kinematografią. Nie, Ritka nie jest aktorką, skąd znowu, pracuje jako krytyk filmowy, w dodatku język ma tak ostry i złośliwy, że otacza ją więcej wrogów niż przyjaciół. O dziwo, wcale jej to nie martwi, przeciwnie, uszyła z tego elegancką kreację, w której dumnie paraduje. Kiedy ktoś okazuje jej sympatię czy przychylność, mówi ze znużeniem:
- Kochanie, wielki z pana oryginał. Mnie zwykle nikt nie lubi. Tylu mam wrogów!
Zresztą poczucia humoru mojej połówce nigdy nie brakowało.
Dwa dni temu eksmałżonka udała się do nadmorskiego kurortu, aby przygotować kolejny festiwal filmowy. Jej wspaniały plan zakładał, że przywiozę tam Lilę i zamieszkam z nią w kwaterze prywatnej, podczas gdy ona będzie nas systematycznie odwiedzała, kontrolowała i przynosiła owoce. Ten pomysł nie przypadł mi do gustu, równie dobrze mógłbym spędzić z córką urlop bez dokuczliwego nadzoru Rity, ale ta okazała się nieugięta.
- Dziecku będzie przyjemnie, jeśli spędzi wakacje nad morzem z obojgiem rodziców - przekonywała, i szczerze mówiąc, nie mogłem nie przyznać jej racji.
Wynająłem pokój u przemiłej pary emerytów i całe dnie spędzałem z Lilą na plaży. Dziwne, ale dziewczynka przeczuwała nadejście Rity, gdy nie było jej jeszcze widać, a ja kłopotów ze wzrokiem nigdy nie miałem.
- Zaraz przyjdzie mama - mówiła zamyślona, nie zwracając uwagi na mój sceptyczny uśmieszek.
I rzeczywiście, nie mijało pięć minut, a na plaży zjawiała się Rita w tej samej co zwykle „wstążkowej" spódnicy. To taka modna spódnica, w której więcej jest rozcięć niż materiału. Słowo „wstążkowa" wymyśliła Lila i nie po raz pierwszy uderzyło mnie, jak wspaniałe ma wyczucie języka. Nie, cokolwiek by mówić, dziecko mi się udało.
Ritka szła przez zapchaną nagimi ciałami plażę, jej zdumiewające nogi migały we „wstążkowych" rozcięciach, wskutek czego wydawała się jeszcze bardziej obnażona niż opalające się w kostiumach panie. Leżący na piasku faceci gapili się na te oszałamiające nogi, nie zwracając uwagi na twarz, na której swoje piętno odcisnęły wszystkie przeżyte przez nią lata, a było ich równo trzydzieści dwa. Rita nie wyglądała ani o dzień młodziej, ale można było odnieść wrażenie, że ma to w nosie, bo na jej fantastyczne nogi lecieli wszyscy mężczyźni, bez względu na wiek.
Zbliżała się do nas, obcałowywała Lilę od stóp do głów, niedbale cmokała mnie w policzek i zaczynała wypakowywać z ogromnej białej torby plastikowe woreczki z morelami, brzoskwiniami, śliwkami i winogronami.
- A kiełbaska? - pytała nieśmiało Lila, która najadła się po uszy owoców podczas tamtych długich wieczorów, gdy ja i Ritka zostawialiśmy ją samą, więc teraz nie mogła na nie patrzeć, na słodycze zresztą też.
W odpowiedzi Rita wszczynała długą, pouczającą tyradę na temat korzyści płynących z darów południa i niezbędnych witamin dla młodego, rosnącego organizmu. Lila udawała, że słucha, potulnie wzdychała i spoglądała na mnie ukradkiem, ja z kolei też udawałem, zgodnie potakując głową w takt natchnionych pasaży słów mojej eksżony, a w tym samym czasie puszczałem do córki oko, co oznaczało, że daję słowo kupić jej wieczorem upragnioną wędzoną kiełbaskę.
Z jakiegoś powodu Rita nigdy nie brała ze sobą stroju kąpielowego, kiedy przychodziła do nas na plażę. Pewnie wolała pływać w basenie, gdzie serwowano gościom szampana i lekkie przystawki: organizatorzy festiwalu zadbali w tym roku o właściwą oprawę. Ritka opadała na nasz duży plażowy ręcznik, jej „wstążki" znikały nie wiadomo gdzie, a wszystkim wielbicielom piękna ukazywały się jej nogi w całej długo-okrągłej krasie, uwieńczone starannym pedikiurem, i zaczynała pośpiesznie narzekać na intrygi konkursowiczów, duchotę w pokoju i w ogóle kompletny bałagan. Scenka pt. „Dzielę się z tatą swoimi problemami" była obliczona dokładnie na czternaście minut, po czym Margarita Mieziencewa, po byłym mężu Stasowa, powtarzała rytuał obcałowywania córki, machała nam ręką i majestatycznie się oddalała. Odwiedzała nas dwa razy dziennie, rano i wieczorem, zanim opuściliśmy plażę.
Dzisiaj rano wszystko zaczęło się jak zwykle. Lila spojrzała w zamyśleniu na kołyszącą się na falach boję i oznajmiła:
- Zaraz przyjdzie mama.
Ale dalej wydarzenia przybrały nieoczekiwany obrót. Rita pojawiła się o wiele szybciej niż zwykle po tradycyjnej uwadze ośmioletniego dziecka, co nasuwało przypuszczenie, że prawie biegła. Wyglądała, mówiąc bez ogródek, nie najlepiej, i obserwując, jak przeciska się w naszą stronę wśród ciasno leżących plażowiczów, zacząłem powątpiewać, czy dobrze pamiętam, kiedy się urodziła. Wczoraj miała trzydzieści dwa lata, a dzisiaj dobiegała czterdziestki.
Obcałowywania nie było, owocowe rarytasy nie wiedzieć czemu nie wyłoniły się z białej torby. Rita opadła z rozmachem na ręcznik i podniosła na mnie zmęczony wzrok.
- Oj, Władik, co za koszmar... Ktoś zabił Olgę.
Tak się stropiłem, że nie dotarło do mnie, o jaką Olgę chodzi.
- Olgę?
- No tak. Olę Dorienko.
- Jak to zabił? - spytałem głupio.
- Nożem.
- Kto?
To pytanie chyba mogło śmiało konkurować z poprzednim. Nie było ani mądre, ani oryginalne.
- Skąd mam wiedzieć? Całą noc spędziłam w komisariacie.
- Dlaczego? Co ty masz z tym wspólnego?
- Oj, Władik, wszyscy przecież wiedzieli, że miałeś z nią romans, więc pomyśleli, że to ja ją... Z zazdrości.
- Jaki znowu romans? Co ty pleciesz? - Rozzłościłem się nie na żarty, ale od razu ugryzłem się w język, bo obok siedziała Lila, a w jej obecności musiałem robić dobrą minę do złej gry i uważać na słowa.
- Przecież wiesz, że nic mnie z Olgą nigdy nie łączyło - ciągnąłem już spokojniej. - Sto razy to przerabialiśmy.
- No tak, oczywiście, dlatego powiedziałam glinom, że to najprawdopodobniej Garik.
- Co? Garik?
- Zabił ją.
- O Boże! Tego tylko brakowało!
- A co? Jest jej kochankiem, sam mi mówiłeś.
To była klasyczna sytuacja, kiedy człowiek wpada w sidła własnego kłamstwa. Nigdy nie miałem żadnego romansu ani nawet drobnego flirtu z Olą Dorienko. Ale znany reżyser filmowy Igor Litwak też nigdy nie pretendował do miana jej kochanka. To było kłamstwo, które wymyśliliśmy z Olą specjalnie dla Rity, kiedy jej bezpodstawna zazdrość zaczęła przekraczać wszelkie granice przyzwoitości.
Olga i Rita były starymi przyjaciółkami, więc nic dziwnego, że mieliśmy wspólne grono znajomych i ciągle się odwiedzaliśmy. Olga podobała mi się o wiele bardziej niż pozostałe koleżanki Rity, była miłą i niegłupią kobietą, naprawdę utalentowaną aktorką, ale życie osobiste układało się jej fatalnie. Są takie kobiety, które mężczyźni zawsze rzucają. Gdzie tkwi przyczyna, co mają takiego w sobie, nikt nie potrafi wyjaśnić. Są mądre, ładne (a Ola Dorienko była ładna), sprawdzają się jako panie domu, ale facetom czegoś w nich brakuje. Może przysłowiowego magnetyzmu? Nie wiem, co tam sobie Rita ubzdurała, ale pewnego pięknego dnia zaczęła się wściekać i robić wyraźne aluzje do moich zbyt osobistych relacji z Olą. Zniósłbym to, ale kłopot polegał na tym, że Olgi też zaczęła się czepiać. Język mojej małżonki, jak już mówiłem, był dostatecznie ostry, żeby przyjaciółka, najpierw zdziwiona, z czasem poczuła się dotknięta do żywego. Im dalej, tym było gorzej. Ritka z twarzą obrażonej Madonny jęła opowiadać wszystkim, kto tylko miał ochotę słuchać, że jej mąż podrywa wschodzącą gwiazdę ekranu Dorienko. Zazdrość przerodziła się w obsesję, Ritka utraciła spokój ducha, doszło nawet do tego, że próbowała mnie śledzić. Raz zrobiła to wyjątkowo niefortunnie. Rozpracowywaliśmy wtedy grupę, która zajmowała się nielegalną produkcją narkotyków, i pojawienie się Ritki zniweczyło przemyślnie zaplanowaną operację. Ogromne wysiłki poszły na marne, a ja wpadłem w pracy w niezłe tarapaty i zrozumiałem, że jej choroba wymaga zastosowania radykalnych środków. Naradziłem się wtedy z Olą i postanowiliśmy wcisnąć Ricie historyjkę o potajemnym romansie z Igorem Litwakiem. Był to akurat taki przypadek, kiedy najbardziej niewiarygodne kłamstwo łatwo może uchodzić za prawdę.
Sęk w tym, że Igor Litwak był w kręgach kinematograficznych swego rodzaju fenomenem. Oddany rodzinie, uwielbiał czwórkę dzieciaków i grubą, nieładną żonę, a przez dwadzieścia lat pracy w filmie nigdy nie padł na niego nawet cień podejrzenia o jakikolwiek flirt. To właśnie posłużyło nam za wyjaśnienie faktu, że o romansie Olgi i Garika nikt nie wiedział: wszystko utrzymywane było w ścisłej tajemnicy, jako że żona Litwaka pochodziła z Tbilisi, w domu wpojono jej surowe zasady i najmniejsze pogłoski o niewierności męża mogły doprowadzić do tego, że natychmiast zabrałaby dzieci i wyjechała do Gruzji, gdzie mieszkała jej liczna rodzina. Rozłąka z dziećmi oznaczałaby dla niego tragedię, toteż swojego pierwszego romansu (nie licząc oczywiście romansu z żoną) Igor strzegł przed cudzym wzrokiem jak źrenicy oka.
- Dlaczego Ola nic mi o tym nie opowiadała? - Rita nie kryła zdziwienia.
- Bo w ogóle nikomu o tym nie mówi. Nikomu, rozumiesz? Żywej duszy. Garik ją o to prosił - kłamałem jak najęty.
- Ale tobie powiedziała - upierała się żona.
- Mnie też nie mówiła. Dowiedziałem się przypadkiem. W jej domu zostało popełnione przestępstwo, dzielnicowy szukał wśród lokatorów świadków, a Igor był w tym czasie u Olgi. W ten sposób wszystko wyszło na jaw.
Rita ze zrozumieniem przyjęła naszą wzruszającą historię, od razu się uspokoiła, i trzeba oddać jej sprawiedliwość, że nikomu się nie wygadała. A teraz nasz niewinny żart mógł się obrócić przeciwko niczego niepodejrzewającemu Igorowi Litwakowi i narazić go na grube nieprzyjemności.
- Garik przyjechał na festiwal? - zapytałem od niechcenia.
- Oczywiście. Jest przewodniczącym jury. A Olga została nominowana w kategorii najlepsza rola kobieca. Byłam pewna, że dostanie nagrodę.
- Jest wspaniałą aktorką - przytaknąłem, zastanawiając się gorączkowo, jak mam postąpić.
- A co ma piernik do wiatraka? - rzuciła lekceważąco Rita. - Garik kieruje pracami jury, już on by o nią zadbał, spokojna głowa.
No tak, żadna siła nie zmieni już Margarity. Nawet mówiąc o zamordowanej przyjaciółce, nie może powstrzymać się od złośliwości. Czasem, gdy patrzę na Ritę i widzę jej niezwykłe nogi, zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu, rozwodząc się z nią. W takich chwilach jak ta wiem jednak, że się nie pomyliłem. Ritka z jej wieczną złością, podenerwowaniem działała na mnie toksycznie, była jak marynowany pieprz dla chorego cierpiącego na wrzód żołądka.
W ciągu kolejnych piętnastu minut dowiedziałem się, że Ola była wczoraj obecna na konferencji prasowej zorganizowanej po pokazie filmu, w którym grała główną rolę. Potem w restauracji hotelowej odbyła się tradycyjna zbiorowa pijatyka, podczas której upilnowanie kogokolwiek graniczy z cudem, wszyscy włóczą się gdzie popadnie, odwiedzają swoje i nieswoje pokoje, wracają, kąpią się w podświetlonym basenie, piją szampana i uprawiają pośpieszną, wcale nie pozbawioną namiętności miłość pod otaczającymi hotel wspaniałymi tropikalnymi krzewami. Olga mieszkała z aktorką Lusią Dowżuk. Kiedy Lusia koło trzeciej w nocy wróciła do pokoju, ujrzała Olgę leżącą na podłodze w kałuży krwi.
 

Fragment 2

Czekając, aż kuchnia się zwolni, wyniosłem krzesło na porośniętą dzikim winem galerię, usiadłem, kładąc nogi na poręczy, zapaliłem z przyjemnością papierosa i pogrążyłem się w smutnych rozmyślaniach na temat morderstwa Oli Dorienko. Wkrótce rozważania stały się wielce nieprzyjemne, bo do mojej duszy zaczęło zakradać się podejrzenie, czy przypadkiem nie jest w to zamieszana Margarita Mieziencewa. Właściwie nie powinna już być zazdrosna: po pierwsze, historia z Litwakiem całkiem ją uspokoiła, po drugie, wzięliśmy jednak rozwód. Ale Rita przy wszystkich swoich wadach nigdy nie była naiwna. Mogła się skądś dowiedzieć, że romans z Garikiem to wierutne kłamstwo, a skoro kłamstwo, to znaczy, że chcieliśmy z Olgą ukryć przed nią prawdę. I ta prawda mogła się Ricie nie za bardzo spodobać. Zwłaszcza że rzeczywiście co roku jeździła na wszystkie festiwale w nadmorskich uzdrowiskach i za każdym razem prosiła mnie, abym przyjechał do niej z Lilą, a ja zawsze odmawiałem. W tym roku spełniłem jej prośbę tylko dlatego, że przepracowałem w milicji wymagane dwadzieścia lat i zamierzałem przejść na emeryturę, w związku z czym zaproponowano mi, żebym wykorzystał cały urlop, nie tylko tegoroczny, ale również zaległy z poprzednich lat. Od razu po powrocie do Moskwy miałem się stawić na komisji lekarskiej, by potem otrzymać stosowne dokumenty, dzięki którym miałem stać się wolny jak ptak. Albo pierwszy lepszy włóczęga. Moje argumenty mogły przecież nie przekonać Rity. Odkrywszy kłamstwo, doszła pewnie do wniosku, że nadal flirtuję z Olą, że przyjechałem tutaj wyłącznie dla niej, i dawno temu wygasła zazdrość obudziła się na nowo. W tych okolicznościach mogła równie dobrze pomyśleć, że rozwiodłem się z nią też z powodu Oli. Popełnić morderstwo, zwalić podejrzenia na niczego niepodejrzewającego, niewinnego Igora Litwaka, szukać przy tym pocieszenia i wsparcia u byłego męża, który ściga przestępców, a jej nie da skrzywdzić... To perfidne, podłe, ale zupełnie w stylu Margarity Mieziencewej.
- Władik, czemu pan wyszedł? - dobiegł mnie głos jednej z lokatorek.
Spojrzałem w dół i zobaczyłem sympatyczną czarnulkę Irę, która od pierwszego dnia robiła do mnie słodkie oczy i próbowała zaprzyjaźnić się z Lilą.
- Nie chcę się plątać pod nogami - odparłem. - Poczekam, aż skończycie, nie śpieszy mi się.
- Ale dziecko jest przecież głodne - obruszyła się Ira. - Proszę zejść, my z Tatianą już wszystko zrobiłyśmy i ustępujemy panu pola.
Wziąłem z pokoju dwie reklamówki z zakupami i zszedłem do przybudówki, gdzie mieściła się kuchnia.
- Władik, prosimy do nas - zaproponowała gościnnie Ira, ustawiając na dużym zadaszonym stole talerze z apetycznie pachnącymi potrawami.
Zawsze fascynowała mnie w kobietach ich umiejętność przygotowywania wymyślnych dań w warunkach polowych, bez lodówki. Wyglądało na to, że Iroczka była panną wielce gospodarną, skoro tak się starała nie dla ukochanego męża, lecz dla siebie.
Jej przyjaciółka Tatiana była zupełnym przeciwieństwem czarnowłosej, smagłej Iry. Korpulentna blondynka, której ciało wylewało się ze stroju kąpielowego jak ciasto z dzieży, nie tylko nie próbowała rzucać w moją stronę zalotnych spojrzeń, ale chyba w ogóle mnie nie zauważała. Ale za to bardzo się zaprzyjaźniła z Lilą. Najdziwniejsze było to, że Lilę coś do niej ciągnęło i wieczorami długo o czymś rozmawiały. W dodatku odnosiłem wrażenie, że Tania traktuje dziewczynkę jak biedną sierotkę, bo ani razu nie zrobiła czegoś, co potwierdziłoby, że wie, iż Lila ma ojca, co więcej, że ten ojciec śpi za ścianą w sąsiednim pokoju, mówi codziennie rano dzień dobry, gotuje w kuchni wodę na kawę, i w ogóle to właśnie on, metr dziewięćdziesiąt wzrostu, włosy ciemnoblond, oczy zielone. Iroczka strzelała do mnie oczkami tak znacząco, że nie chciało mi się wierzyć, iż nie plotkowała o mnie z przyjaciółką. Tym niemniej...
Od zaproszenia na wspólny posiłek grzecznie się wymówiłem, obrałem swoje osiem ziemniaków, postawiłem garnek na kuchence, wrzuciwszy do niego porządny kawałek masła, żeby się szybciej gotowało, i zabrałem się do przyrządzenia sałatki z pomidorów, cebuli, ogórków i śmietany. W głębi duszy miałem nadzieję, że zanim moja kolacja będzie gotowa, stół się zwolni. Był ogromny, mieściło się przy nim swobodnie z dziesięć osób. Takie zadaszone stoły przed domami są na południu bardzo popularne, wieczorami zbierają się przy nich duże rodziny gospodarzy, czasem w spotkaniach biorą udział urlopowicze. Miejsca wystarcza dla wszystkich, i nie chodzi o to, że bałem się ciasnoty przy stole. Nie chciałem po prostu nic zmieniać w moich oficjalnych relacjach z kobietami, poza tym nie byłem w nastroju do rozmowy z obcymi.
Moje nadzieje okazały się płonne. Kolacja była gotowa, a Ira z Tanią siedziały wciąż przy stole, i leniwie dłubiąc widelcami w talerzach, prowadziły nieśpieszną rozmowę. Nie było wyjścia, należało się przyłączyć do towarzystwa.
Tatiana nadal mnie nie dostrzegała, ale kiedy przyszła Lila, od razu wybuchła ożywiona dyskusja, więc pomyślałem, że skoro nie udało się zjeść kolacji w spokoju i samotności, to chociaż się dowiem, co mogą mieć ze sobą wspólnego te dwie żeńskie istoty.
- Zaczęłam dzisiaj nową książkę - oznajmiła Lila, zręcznie operując nożem i widelcem i zmiatając z talerza parówki. - Nazywa się „Ukradzione sny".
Nastrój przy stole gwałtownie się zmienił. Panie zrobiły miny, jakby miały pełno wody w ustach i bały się poruszyć, żeby nie uronić ani kropli.
- I jak? Podoba ci się? - spytała Ira jakimś dziwnym głosem, odkładając widelec.
- Super! - zawołała z pełnymi ustami moja zachwycona córka. - Zupełnie jak w życiu.
- Co masz na myśli? - Głos Iry zabrzmiał jeszcze dziwniej.
Pytania Iroczki obudziły moją czujność, bo jakoś nie mogłem pojąć, co takiego szczególnego zobaczyły petersburżanki w tym, że Lila czyta kryminał.
- Główna bohaterka przyjechała na urlop do sanatorium, a tam akurat zdarzyło się morderstwo, i wtedy ona, bo pracowała w milicji, zaproponowała miejscowym glinom pomoc, a oni ją odrzucili, i wtedy ona się obraziła.
- Kto się obraził, milicja czy pomoc? - zapytałem z przekąsem i pomyślałem, że w wolnym czasie trzeba będzie podszkolić Lilę w opowiadaniu, żeby nie zapominała używać imion własnych i rzeczowników, i nie mówiła ciągle „ona", „on", „ten".
- Bohaterka się obraziła - rzeczowo wyjaśniła Lila, nie zauważając mojej złośliwości. - A potem zainteresowała się nią mafia, a dalej jeszcze nie przeczytałam.
Kobiety zaczęły się śmiać jak wariatki. Tatiana jakoś jeszcze nad sobą panowała, ale Ira zsunęła się z ławki na ziemię, wcisnęła twarz w kolana i trzęsła się cała, wydając z siebie jakieś stłumione szlochy. W milczeniu przeczekałem wybuch niezrozumiałej wesołości.
W końcu panie się uspokoiły. Tatiana otarła oczy chusteczką, a Ira znowu usiadła na ławce.
- Przepraszamy, Władik - powiedziała, z trudem łapiąc oddech. - Pewnie pan myśli, że jesteśmy stuknięte. Chodzi o to, że książkę „Ukradzione sny" napisała Tania.
- Co takiego?!
Zaskoczony, machnąłem ręką, i kawałek wspaniałej wędzonej parówki zeskoczył z widelca i upadł na ziemię. Tłusty kot gospodarzy od razu zanurkował pod stół. Aż do tej pory kocur siedział cierpliwie koło nas i patrzył z wyrzutem na zastawiony stół, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie w którymś z gości obudzi się sumienie.
- To prawda, Władik. Tanieczka pisze książki, które nawiasem mówiąc, są chętnie wydawane. Jest bardzo znana w Petersburgu. Tatiana Tomilina.
Milczałem oszołomiony. Ta gruba krowa o świńskich oczkach jest znaną pisarką, autorką kryminałów? Ile ma lat? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Na pewno nie więcej.
Tu Lila po raz kolejny wykazała się błyskotliwością. Dzieci nigdy niczemu się nie dziwią, bo ich doświadczenie życiowe jest jeszcze tak niewielkie, że po prostu nie wiedzą, co jest normalne, a co nie, co się zdarza często, a co rzadko. Mając trzydzieści osiem lat na karku, byłem pewien, że po pierwsze, pisarka, która pisze kryminały, nie może wyglądać tak jak Tatiana, a po drugie, że pisarze, którzy publikują takie grube książki, nie wynajmują ciasnych klitek bez łazienki i gorącej wody. Ale Lila nie mogła, rzecz jasna, tak sądzić, bezkrytycznie we wszystko wierzyła. Toteż jej kolejna uwaga nie zawierała ani krztyny zdziwienia, była konkretna i zwyczajna.
- Ciociu Taniu, tylko proszę mi nie opowiadać, jaki będzie koniec, bo co za sens czytać wtedy dalej.
Iroczkę opanował nowy atak śmiechu. Tatiana tym razem tylko lekko się uśmiechnęła i popatrzyła na mnie ze skruchą. Nagle cały zdrętwiałem. O czym myślało moje dziecko, kiedy powiedziało, że w powieści „wszystko jest jak w życiu"? Bohaterka przyjechała na urlop, w sanatorium zdarzyło się morderstwo, ona zaproponowała swoją pomoc milicjantom, oni jej odmówili. Ja też przyjechałem na urlop, w gronie moich znajomych popełniono morderstwo, ja także chodziłem na komisariat, wprawdzie nie proponowałem pomocy, ale zawsze. Mnie też wyrzucono, choć nie z każdego pokoju... Boże, ale jak Lila mogła uchwycić podobieństwo? A może miała coś innego na myśli? Będę musiał przeczytać te Ukradzione sny.
- Lila, a ty wiedziałaś, że ciocia Tania pisze książki? - zapytałem podejrzliwie.
- Oczywiście - przytaknęła, pałaszując kolejną parówkę. - Od pierwszego dnia. Ciocia Tania pisze teraz nowe opowiadanie, jest tam chłopiec w moim wieku, i ona ciągle mnie pyta, co się przerabia w szkole, w jakie gramy gry.
- Dlaczego nic mi o tym nie mówiłaś? - rzuciłem cierpko.
- Bo nie pytałeś.
No i masz ci los. Należało ci się, Stasow, to efekt beztroskiego podejścia do obowiązków ojcowskich. Zapamiętaj wreszcie, że twoje dziecko z własnej inicjatywy nic ci nie powie, musisz je o wszystko drobiazgowo wypytywać.

[copyright by W.A.B.]

Z recenzji powieści Marininej:

"Marinina serwuje tylko towar najwyższej klasy. Ostatecznie to nie przypadek, że studiowała prawo, a potem przez dziesięć lat pracowała w milicji, gdzie dochrapała się pułkownikowskich gwiazdek. A gdy do doświadczenia dodamy prawdziwy talent w intrygowaniu wartką akcją, to okaże się, że określanie jej „rosyjską Agathą Christie" wcale nie jest przesadą."
Bożydar Brakoniecki

"Daria Doncowa, Tatiana Polakowa, Aleksandra Marinina... Rosyjska proza kryminalna ma wyjątkowe szczęście do świetnie piszących kobiet [...]. Z tej wybornej trójki (nie mylić z trojką) najbardziej znana i ceniona jest ta ostatnia."
Robert Ostaszewski
 

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...