Dzień oprycznika
(День опричника / Dien’ opricznika)
Władimir Sorokin
gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 2006
rok wydania pol.: 2008
ISBN: 978-83-7414-378-3
liczba stron: 232
format: 12,3 x 19,5 cm
tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 2006
rok wydania pol.: 2008
ISBN: 978-83-7414-378-3
liczba stron: 232
format: 12,3 x 19,5 cm
Jest rok 2027. Czasy zamętu odchodzą w niepamięć, nastaje era odbudowy. Po odzyskaniu należnej władzy monarchia oficjalnie deklaruje swoje cele: wierność religii i tradycji. Paszporty spalono uroczyście na placu Czerwonym, wydalono zagranicznych dyplomatów. Rosję od reszty świata odgradza teraz wielki mur, a gwarancją jakości życia mieszkańców jest eksport ropy i gazu. Przyjazne stosunki polityczne państwo utrzymuje tylko z Chinami, dostawcą niezbędnych produktów użytku prywatnego i przemysłowego. od samolotów typu Boeing po muszle klozetowe. Na tym tle toczy się opowieść o jednym dniu z życia Andrieja Daniłowicza Komiagi, tytułowego oprycznika. Literacki eksperyment Sorokina . anty utopijny futurystyczny utwór napisany językiem Puszkina . ukazuje Rosję nieuchronnie zmierzającą ku przeszłości, ku wiekom średnim, kiedy władza, za sprawą opryczników, przemawiała językiem terroru. Ledwie wydana w Rosji, powieść Sorokina rozpętała narodową debatę i podbiła tamtejsze listy bestsellerów. Dzień oprycznika uważa się za bezkompromisową satyrę polityczną na współczesną Rosję. Sam autor nazywa książkę „fantazją na motywach rosyjskich.” i dodaje: „Tak odpowiadam na sytuację w moim państwie”.
[Wydawnictwo W.A.B.]
[Wydawnictwo W.A.B.]
Kozłowa długo nie wraca. Zapalam papierosa. Włączam c z y s t e teleradio. Ono pozwala widzieć i słyszeć to, co z wielkim trudem widzą i słyszą po nocach nasi rodzimi odszczepieńcy. Zrazu przebiegam radiostacje konspiracjne: Wolna Osada podaje listę aresztowanych ubiegłej nocy, relacjonuje „prawdziwe przyczyny” sprawy Kuricyna. Hultaje! Kogo teraz obchodzą ich „prawdziwe przyczyny”… Radio Nadzieja w dzień milczy – odsypiają, nocne marki. Za to czuwa syberyjski Hajdamak Rzeczny, głos zbiegłych katorżników:
– Na prośbę Wowana Półtora Iwana, co przedwczoraj wyciągnął kopyta, nadajemy starą pieśń katorżniczą.
Odzywa się soczysta harmonia i ochrypły młodzieńczy głos intonuje pieśń:
Leżały na pryczach dwa ryje –
Jeden z drugim dawno się skumał.
Jeden miał ksywę Bakcyl,
Drugi miał ksywę Dżuma.
Tego Hajdamaka Rzecznego, skaczącego po zachodniej Syberii na podobieństwo pchły, próbowaliśmy wykończyć dwukrotnie – pierwszy raz przydusił go tamtejszy Urząd Tajny, drugi raz – my. Kancelistom się wywinęli, od nas s i ę w y ł g a l i za pomocą chińskich akwariów. W czasie gdy trwały targi o wykupienie sprawy, nasi zdążyli trzem lektorom rozgłośni powyłamywać ręce na kole, a przez Siwołaja lektorka miała brzuch z niedźwiedziem. Ale wyposażenie stacji radiowej pozostało nienaruszone, nowe studio zakupiono w m i g i znów kajdaniarze wyszli w eter. Monarcha na szczęście nie zwraca na nich uwagi. Aliści niech sobie dalej wyją swoje katorżnicze pieśni.
Jęknęła cała Kołyma,
Bo oto kumple znów w akcji.
We mchy powrócił Dżuma,
W śniegi wyrwał się Bakcyl…
Łapię Zachód. Oto gdzie jest ostoja prawdziwej antyrosyjskiej rokoszy. Tutaj niczym oślizgłe gady w wygrzebanej jamie roją się wrogie głosy: Wolność dla Rosji!, Głos Ameryki, Wolna Europa, Swoboda, Fala Niemiecka, Rosja na Wygnaniu, Rosyjski Rzym, Rosyjski Berlin, Rosyjski Paryż, Rosyjski Brighton Beach, Rosyjskie Lazurowe Wybrzeże.
Wybieram Swobodę, najbardziej zaciekłą psiawiarę, i od razu natykam się na świeżo wysmażoną rokosz: w studio poeta emigrant, wątły, okularnik-judasz, nasz stary znajomy z pogruchotaną prawą dłonią (Pojarok w czasie przesłuchania postawił na niej mocarną stopę). Poprawiając zeszpeconą ręką staromodne okulary, odszczepieniec recytuje rozdygotanym, histerycznym falsetem:
Gdzie para hrabiów – tam i paragraf!
Gdzie prawy sąd – tam będziesz winny!
Psubratom wszak nie jesteś bratem,
Pókiś się z win nie uniewinnił!
Judasz! Ruchem palca odsuwam od siebie bladą gębę naszego liberała. Nikczemni są jako to robactwo żywiące się ścierwem, padliną. Brak kręgosłupa, pokrętność, nienasycenie, ślepota – oto co łączy ich z tym obmierzłym gatunkiem. Od onego różnią się liberałowie nasi jeno krasomówstwem, którym niby jadem i ropą śmierdzącą bryzgają wokół siebie, zatruwając nie tylko ludzi, ale i sam boży świat, zapaskudzając jego świętą niewinność i prostotę aż do błękitnego widnokręgu, do sklepienia niebieskiego, żmijowatą śliną swoich szyderstw, drwin, pogardy, obłudą, zwątpieniem, niedowiarstwem, zawiścią, złością i bezwstydem.
Wolność dla Rosji! kwęka o „udręczonej wolnej woli”, rozgłośnia staroobrzędowców Z Ruchem Słońca mamrocze o sprzedajności wyższych hierarchów rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, Rosyjski Paryż czyta książkę Josafa Baka Histeryczna gestykulacja jako sposób przeżycia we współczesnej Rosji, Rosyjski Rzym nadaje wrzaskliwy małpi jazz, Rosyjski Berlin – pojedynek ideologiczny dwóch nieprzejednanych zwyrodnialców emigrantów, Głos Ameryki – program „Rosyjskie wulgaryzmy na wygnaniu” z nieprzystojną trawestacją nieśmiertelnej Zbrodni i kary:
Zajebisty cios wykurwistej siekiery ugodził w samo ciemię trzykrotnie roz-na-wyjebanej staruchy, do czego się jak chuj przyczynił jej niski piździelsko mendowski wzrost. Pierdolona cipa krzyknęła i nagle jakoś tak zakurwiście osunęła się na niedoruchaną podłogę, choć jeszcze zdążyła pizda niemyta podnieść obie wyjebane w kosmos ręce do chujowej, kurewsko gołej głowy*…
Obrzydlistwo – nie ma co gadać.
Płacz i zgrzytanie zębów – to reakcja liberałów na słynny trzydziesty siódmy dekret o odpowiedzialności karnej z obowiązkowym publicznym wymierzeniem kary cielesnej za niecenzuralne bezeceństwa w miejscach publicznych i prywatnych. I co najdziwniejsze – nasz naród od razu ze zrozumieniem przyjął ów dekret. Po szeregu pokazowych procesów, po c h ł o s t a c h na głównych placach miast rosyjskich, po świście bykowca na placu Siennym i lamentach na placu Maneżowym prosty lud w jednej chwili przestał używać szkaradnych słów, przejętych w dawnych czasach od cudzoziemców. Jeno inteligencja w żaden sposób nie może się pogodzić i wciąż miota i miota wulgarny jad w kuchniach, w sypialniach, w wychodkach, w windach, w spiżarniach, w bramach, w samochodach, nie chce się rozstawać z tym odrażającym czyrakiem na ciele języka rosyjskiego, czyrakiem, który zatruł niejedno pokolenie rodaków. Aliści gnijący Zachód wtóruje naszym plugawym konspiracyjnym wulgarystom.
Rosyjskie Lazurowe Wybrzeże głosem zuchwałego bezwstydnika śmie krytykować rozporządzenie monarsze o dobowym zakręceniu Rury nr 3. Ileż złości nagromadzili w sobie panowie Europejczycy! Dziesiątki lat podkradali nasz gaz, nie zastanawiając się nad tym, z jakim trudem wydobywa go nasz pracowity naród. To ci dopiero wiadomość: w Nicei z n ó w zimno! Przyjdzie wam, panowie, co najmniej parę razy w tygodniu jeść zimne foie gras. Bon appétit! Chiny okazały się jednak mądrzejsze od was…
[…]
Jadę ulicą Mochową.
No proszę, naprzeciwko starego uniwersytetu mają zamiar kogoś wychłostać. Ciekawe. Podjeżdżam, zatrzymuję samochód. W tym miejscu chłoszcze się inteligencję. Na placu Maneżowym, nieco dalej, tradycyjnie – ziemskich, na Miejscu Kaźni – kancelaryjnych. Strzelcy sami to załatwiają między sobą w garnizonach. Aliści resztę swołoczy c h l a s z c z e s i ę na placu Smoleńskim, Miusskim, na Możajskim Trakcie i w Jasieniewie na rynku.
Podjechałem, opuszczam szybę, zapalam papierosa. Tłum się rozstępuje, żebym miał lepszy widok: szanują nas, opryczników. Na drewnianym podeście stoi Szka Iwanow – znany kat moskiewskiej inteligencji. Tutaj wymierza chłostę w każdy poniedziałek. Naród go zna i ceni. Szka Iwanow to zdrowe, szerokie w barach chłopisko, krępe, kędzierzawe, o białym ciele, w okrągłych okularach. Donośnym głosem oprawca Szka odczytuje wyrok. Słucham jednym uchem, spoglądam na zgromadzonych ludzi. Rozumiem jeno, że przykazano wychłostać jakiegoś gryzipiórka Daniłkowa z Izby Literackiej za „przestępcze niedbalstwo”. Coś ważnego błędnie przepisał, poplątał, a potem ukrył. Wokół kłębi się inteligencja, liczni studenci, gimnazjalistki. Szka zwija wyrok, chowa do kieszeni, gwiżdże. Zjawia się pomocnik siepacza – Miszania Cudzysłów. Wysoki, wąski w ramionach, ogolony na łyso dryblas z wiecznie szyderczym wyrazem twarzy. Przezwano go tak dlatego, że wszystko mówi jakby w cudzysłowie i po każdym słowie obiema rękami pokazuje przy głowie cudzysłów, stając się w danym momencie wielce podobny do zająca szaraka. Miszania wyprowadza na łańcuchu skazanego na chłostę Daniłkowa; to zwykły pismak z długim nosem. Żegna się bezustannie, coś mamrocze pod nosem.
Miszania zwraca się do niego głośno:
– Teraz, rodaku, wygarbujemy ci skórę!
I od razu robi cudzysłów palcami.
– Wygarbujemy tak, że ci się od razu polepszy!
I znów – cudzysłów. A ludzie chichoczą, biją brawo. Studenci gwiżdżą. Siepacze chwytają pismaka, przywiązują. Szka się uśmiecha.
– Kładź się, kładź, ciołku jebany!
Katom i wyższym szarżom wojskowym zezwolono w Rosji złorzeczyć. Nasz Monarcha uczynił wyjątek, mając na względzie ich ciężki trud.
Daniłkow już przywiązany, Miszania siada mu na nogach. Opuszcza spodnie. Zad pismaka, sądząc po szramach, już nie raz był chłostany. Widać, nie pierwszyznać to dla Daniłkowa, g a r b o w a n i e s k ó r y. Studenci świszczą, urągają głośno.
– No i widzisz, rodaku – mówi Miszania. – Literatura piękna – to nie prowadzenie motoru!
Szka bierze zamach knutem i zaczyna chłostać. Ale tak, że oczu nie można oderwać. Zna swoje obowiązki kat, lubi to. Szacunek w narodzie swoją solidną robotą wzbudza. Świszcze knut po pisarczykowej dupie: najpierw z lewej, potem z prawej strony. Zgrabna kratka powstaje na tyłku. Piszczy i wyje Daniłkow, pąsowieje jego długi nos.
[copyright by Wydawnictwo W.A.B.]
– Na prośbę Wowana Półtora Iwana, co przedwczoraj wyciągnął kopyta, nadajemy starą pieśń katorżniczą.
Odzywa się soczysta harmonia i ochrypły młodzieńczy głos intonuje pieśń:
Leżały na pryczach dwa ryje –
Jeden z drugim dawno się skumał.
Jeden miał ksywę Bakcyl,
Drugi miał ksywę Dżuma.
Tego Hajdamaka Rzecznego, skaczącego po zachodniej Syberii na podobieństwo pchły, próbowaliśmy wykończyć dwukrotnie – pierwszy raz przydusił go tamtejszy Urząd Tajny, drugi raz – my. Kancelistom się wywinęli, od nas s i ę w y ł g a l i za pomocą chińskich akwariów. W czasie gdy trwały targi o wykupienie sprawy, nasi zdążyli trzem lektorom rozgłośni powyłamywać ręce na kole, a przez Siwołaja lektorka miała brzuch z niedźwiedziem. Ale wyposażenie stacji radiowej pozostało nienaruszone, nowe studio zakupiono w m i g i znów kajdaniarze wyszli w eter. Monarcha na szczęście nie zwraca na nich uwagi. Aliści niech sobie dalej wyją swoje katorżnicze pieśni.
Jęknęła cała Kołyma,
Bo oto kumple znów w akcji.
We mchy powrócił Dżuma,
W śniegi wyrwał się Bakcyl…
Łapię Zachód. Oto gdzie jest ostoja prawdziwej antyrosyjskiej rokoszy. Tutaj niczym oślizgłe gady w wygrzebanej jamie roją się wrogie głosy: Wolność dla Rosji!, Głos Ameryki, Wolna Europa, Swoboda, Fala Niemiecka, Rosja na Wygnaniu, Rosyjski Rzym, Rosyjski Berlin, Rosyjski Paryż, Rosyjski Brighton Beach, Rosyjskie Lazurowe Wybrzeże.
Wybieram Swobodę, najbardziej zaciekłą psiawiarę, i od razu natykam się na świeżo wysmażoną rokosz: w studio poeta emigrant, wątły, okularnik-judasz, nasz stary znajomy z pogruchotaną prawą dłonią (Pojarok w czasie przesłuchania postawił na niej mocarną stopę). Poprawiając zeszpeconą ręką staromodne okulary, odszczepieniec recytuje rozdygotanym, histerycznym falsetem:
Gdzie para hrabiów – tam i paragraf!
Gdzie prawy sąd – tam będziesz winny!
Psubratom wszak nie jesteś bratem,
Pókiś się z win nie uniewinnił!
Judasz! Ruchem palca odsuwam od siebie bladą gębę naszego liberała. Nikczemni są jako to robactwo żywiące się ścierwem, padliną. Brak kręgosłupa, pokrętność, nienasycenie, ślepota – oto co łączy ich z tym obmierzłym gatunkiem. Od onego różnią się liberałowie nasi jeno krasomówstwem, którym niby jadem i ropą śmierdzącą bryzgają wokół siebie, zatruwając nie tylko ludzi, ale i sam boży świat, zapaskudzając jego świętą niewinność i prostotę aż do błękitnego widnokręgu, do sklepienia niebieskiego, żmijowatą śliną swoich szyderstw, drwin, pogardy, obłudą, zwątpieniem, niedowiarstwem, zawiścią, złością i bezwstydem.
Wolność dla Rosji! kwęka o „udręczonej wolnej woli”, rozgłośnia staroobrzędowców Z Ruchem Słońca mamrocze o sprzedajności wyższych hierarchów rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, Rosyjski Paryż czyta książkę Josafa Baka Histeryczna gestykulacja jako sposób przeżycia we współczesnej Rosji, Rosyjski Rzym nadaje wrzaskliwy małpi jazz, Rosyjski Berlin – pojedynek ideologiczny dwóch nieprzejednanych zwyrodnialców emigrantów, Głos Ameryki – program „Rosyjskie wulgaryzmy na wygnaniu” z nieprzystojną trawestacją nieśmiertelnej Zbrodni i kary:
Zajebisty cios wykurwistej siekiery ugodził w samo ciemię trzykrotnie roz-na-wyjebanej staruchy, do czego się jak chuj przyczynił jej niski piździelsko mendowski wzrost. Pierdolona cipa krzyknęła i nagle jakoś tak zakurwiście osunęła się na niedoruchaną podłogę, choć jeszcze zdążyła pizda niemyta podnieść obie wyjebane w kosmos ręce do chujowej, kurewsko gołej głowy*…
Obrzydlistwo – nie ma co gadać.
Płacz i zgrzytanie zębów – to reakcja liberałów na słynny trzydziesty siódmy dekret o odpowiedzialności karnej z obowiązkowym publicznym wymierzeniem kary cielesnej za niecenzuralne bezeceństwa w miejscach publicznych i prywatnych. I co najdziwniejsze – nasz naród od razu ze zrozumieniem przyjął ów dekret. Po szeregu pokazowych procesów, po c h ł o s t a c h na głównych placach miast rosyjskich, po świście bykowca na placu Siennym i lamentach na placu Maneżowym prosty lud w jednej chwili przestał używać szkaradnych słów, przejętych w dawnych czasach od cudzoziemców. Jeno inteligencja w żaden sposób nie może się pogodzić i wciąż miota i miota wulgarny jad w kuchniach, w sypialniach, w wychodkach, w windach, w spiżarniach, w bramach, w samochodach, nie chce się rozstawać z tym odrażającym czyrakiem na ciele języka rosyjskiego, czyrakiem, który zatruł niejedno pokolenie rodaków. Aliści gnijący Zachód wtóruje naszym plugawym konspiracyjnym wulgarystom.
Rosyjskie Lazurowe Wybrzeże głosem zuchwałego bezwstydnika śmie krytykować rozporządzenie monarsze o dobowym zakręceniu Rury nr 3. Ileż złości nagromadzili w sobie panowie Europejczycy! Dziesiątki lat podkradali nasz gaz, nie zastanawiając się nad tym, z jakim trudem wydobywa go nasz pracowity naród. To ci dopiero wiadomość: w Nicei z n ó w zimno! Przyjdzie wam, panowie, co najmniej parę razy w tygodniu jeść zimne foie gras. Bon appétit! Chiny okazały się jednak mądrzejsze od was…
[…]
Jadę ulicą Mochową.
No proszę, naprzeciwko starego uniwersytetu mają zamiar kogoś wychłostać. Ciekawe. Podjeżdżam, zatrzymuję samochód. W tym miejscu chłoszcze się inteligencję. Na placu Maneżowym, nieco dalej, tradycyjnie – ziemskich, na Miejscu Kaźni – kancelaryjnych. Strzelcy sami to załatwiają między sobą w garnizonach. Aliści resztę swołoczy c h l a s z c z e s i ę na placu Smoleńskim, Miusskim, na Możajskim Trakcie i w Jasieniewie na rynku.
Podjechałem, opuszczam szybę, zapalam papierosa. Tłum się rozstępuje, żebym miał lepszy widok: szanują nas, opryczników. Na drewnianym podeście stoi Szka Iwanow – znany kat moskiewskiej inteligencji. Tutaj wymierza chłostę w każdy poniedziałek. Naród go zna i ceni. Szka Iwanow to zdrowe, szerokie w barach chłopisko, krępe, kędzierzawe, o białym ciele, w okrągłych okularach. Donośnym głosem oprawca Szka odczytuje wyrok. Słucham jednym uchem, spoglądam na zgromadzonych ludzi. Rozumiem jeno, że przykazano wychłostać jakiegoś gryzipiórka Daniłkowa z Izby Literackiej za „przestępcze niedbalstwo”. Coś ważnego błędnie przepisał, poplątał, a potem ukrył. Wokół kłębi się inteligencja, liczni studenci, gimnazjalistki. Szka zwija wyrok, chowa do kieszeni, gwiżdże. Zjawia się pomocnik siepacza – Miszania Cudzysłów. Wysoki, wąski w ramionach, ogolony na łyso dryblas z wiecznie szyderczym wyrazem twarzy. Przezwano go tak dlatego, że wszystko mówi jakby w cudzysłowie i po każdym słowie obiema rękami pokazuje przy głowie cudzysłów, stając się w danym momencie wielce podobny do zająca szaraka. Miszania wyprowadza na łańcuchu skazanego na chłostę Daniłkowa; to zwykły pismak z długim nosem. Żegna się bezustannie, coś mamrocze pod nosem.
Miszania zwraca się do niego głośno:
– Teraz, rodaku, wygarbujemy ci skórę!
I od razu robi cudzysłów palcami.
– Wygarbujemy tak, że ci się od razu polepszy!
I znów – cudzysłów. A ludzie chichoczą, biją brawo. Studenci gwiżdżą. Siepacze chwytają pismaka, przywiązują. Szka się uśmiecha.
– Kładź się, kładź, ciołku jebany!
Katom i wyższym szarżom wojskowym zezwolono w Rosji złorzeczyć. Nasz Monarcha uczynił wyjątek, mając na względzie ich ciężki trud.
Daniłkow już przywiązany, Miszania siada mu na nogach. Opuszcza spodnie. Zad pismaka, sądząc po szramach, już nie raz był chłostany. Widać, nie pierwszyznać to dla Daniłkowa, g a r b o w a n i e s k ó r y. Studenci świszczą, urągają głośno.
– No i widzisz, rodaku – mówi Miszania. – Literatura piękna – to nie prowadzenie motoru!
Szka bierze zamach knutem i zaczyna chłostać. Ale tak, że oczu nie można oderwać. Zna swoje obowiązki kat, lubi to. Szacunek w narodzie swoją solidną robotą wzbudza. Świszcze knut po pisarczykowej dupie: najpierw z lewej, potem z prawej strony. Zgrabna kratka powstaje na tyłku. Piszczy i wyje Daniłkow, pąsowieje jego długi nos.
[copyright by Wydawnictwo W.A.B.]

