Generation P

(Generation «П» / Generation P)

Wiktor Pielewin

gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1999
rok wydania pol.: 2002
ISBN: 83-88221-82-5
liczba stron: 320
format: 12,5 x 19,5 cm
Pierwsza na polskim rynku książka najpoczytniejszego pisarza rosyjskiego. Tytułowe Pokolenie P odnosi się do "generacji Pepsi-Coli", młodzieży układającej sobie życie już w nowej Rosji – jak na przykład bohater powieści, student Instytutu Literatury. Niespodziewanie robi on zawrotną karierę jako copywriter. Pracując dla potężnych "nowych Rosjan", poznaje zdumiewającą prawdę: rosyjski wielki biznes i polityka, znane szarym ludziom z mediów, okazują się złudą, jakiej nie domyśla się nikt. Jak ta iluzja jest możliwa i jak wobec niej zachowa się nasz Wowa Tatarski? Pełna pomysłów powieść Pielewina ucieszy każdego, kto lubi rosyjskich mistrzów fantastyki, wyobraźnię, groteskę, postmodernistyczny pastisz albo mistykę w stylu Carlosa Castanedy – i każdego, kogo ciekawi nowa Rosja albo proza XXI wieku.


[Wydawnictwo W.A.B.]
 
Wowczyk Mały

Boża miłość do człowieka objawia się w wielkiej i niewyrażalnej słowami zasadzie „mimo wszystko można”. „Mimo wszystko można” oznacza całe mnóstwo rzeczy – na przykład to, że sama zasada, chociaż absolutnie nie dająca się zwerbalizować, może być wyrażona, może znaleźć wyraz i formę. Co więcej może się przejawić nieskończenie mnóstwo razy, za każdym razem w zupełnie inny sposób; dlatego właśnie istnieje poezja. Oto jaka jest Boża miłość. A jak ją odwzajemnia człowiek?
Tatarski obudził się zlany zimnym potem, nie rozumiejąc, co takiego uczynił, że z okien wali mu się na głowę bezlitosne białe światło. Przypominał sobie mętnie, że krzyczał we śnie i chyba się przed kimś tłumaczył – że w ogóle śniły mu się pijackie koszmary. A kac był tak potężny i fundamentalny, że Tatarski nie miał co liczyć na wlanie do gardła zbawczych stu gramów. Nie mógł nawet o tym myśleć, jako że sama myśl o alkoholu wywoływała odruch wymiotny. Na jego szczęście jednak owa irracjonalnie-mistyczna hipostaza Bożej miłości, której chwałę wyśpiewał wielki Jerofiejew, już okryła go swym drżącym skrzydłem.
Zaklinować mimo wszystko mógł. Istniała specjalna metoda, zwana „parowizikiem”. Ów udoskonalony przez pokolenia alkoholików sposób przekazał Tatarskiemu pewien człowiek z ezoterycznych kół Sankt Petersburga rankiem po potwornym pijaństwie. „Jest to właściwie metoda Gurdżijewa – tłumaczył Tatarskiemu. – Nawiązuje do tak zwanej „drogi przebiegłego człowieka”. Wyobrażasz sobie siebie jako maszynę. Ta maszyna ma receptory, zakończenia nerwowe i ośrodek koordynacyjny, który wyraźnie daje znać, że każda próba zażycia alkoholu doprowadzi do natychmiastowych torsji. Co robi człowiek przebiegły? Oszukuje receptory maszyny. W praktyce wygląda to tak. Nabierasz pełne usta lemoniady. Następnie nalewasz do szklanki wódkę i podnosisz do ust. Teraz przełykasz lemoniadę i podczas gdy receptory informują ośrodek kontrolny, że pijesz lemoniadę, szybko przełykasz wódkę. Organizm po prostu nie zdąża zareagować, ponieważ mózg działa dość powolnie. Jest jednak pewien niuans. Jeżeli przed wódką połkniesz nie lemoniadę, ale coca-colę, puścisz pawia z pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem. A jeżeli połkniesz pepsi, to paw jest nieunikniony”.
„To by się nadało do koncepcji reklamowej” – pomyślał ponuro Tatarski, wchodząc do kuchni. W jednej z butelek zostało trochę wódki. Nalał ją do szklanki i odwrócił się w stronę lodówki. Przeraziła go myśl, że nie ma tam niczego prócz pepsi-coli, którą kupował zazwyczaj z przywiązania do ideałów swego pokolenia, ale na szczęście na dolnej półce stała puszka lemoniady 7-Up, przyniesiona przez któregoś z gości.
Seven-Up – szepnął Tatarski, oblizując wyschnięte wargi. – The Uncola...
Operacja się powiodła. Tatarski wrócił do pokoju i zobaczył na biurku kilka kartek papieru, zapisanych krzywymi kulfonami. Okazało się, że wczorajszy przypływ uczuć religijnych wyrzucił na papier cały zestaw tekstów, choć Tatarski nie pamiętał, kiedy je napisał. Pierwszy był taki:

Propozycja komercyjna: ogłosić konkurs na odlanie dzwonów do Świątyni Chrystusa Zbawiciela. Cola-kołokoł i Pepsi-kołokoł . Korek do butelki w kształcie złotego dzwoneczka. (Świątynia Zbawiciela na pro-V: szampon, inwestycje).

Dalej autor najwyraźniej dał się ponieść codziennemu rzemiosłu, ale potem się zawstydził – pod dzwonami widniały przekreślone linijki:

coca-kolczyki, coca-kołyska, coca-kołymskie opowieści (wynająć drużynę pisarzy).

Na kolejnej kartce bardzo starannie wypisano drukowanymi literami:

KOKTAIL „ŻYCIE WIECZNE”

CZŁOWIEKU! NIE PRAGNIJ DLA SIEBIE NICZEGO
KIEDY LUDZIE PRZYJDĄ DO CIEBIE TŁUMNIE,
ODDAJ IM SIEBIE BEZ RESZTY.

MÓWISZ, ŻEŚ JESZCZE NIE GOTÓW?
WIERZYMY, ŻE JUTRO JUŻ BĘDZIESZ.
A NA RAZIE – GIN BOMBAY SAPHIRE Z TONIKIEM, SOKIEM ALBO PO PROSTU Z KOSTKĄ LODU.

Ostatni tekst nadszedł z olbrzymiej agencji reklamowej w niebiosach zapewne już wtedy, gdy Tatarski przekroczył graniczne stadium upojenia alkoholowego – na samo rozszyfrowanie własnych bazgrołów stracił kilka minut. Wyglądało na to, że slogan został napisany, kiedy szczyt modlitewnej ekstazy już minął i świadomość ostatecznie powróciła do pragmatycznego racjonalizmu:

DO IT YOURSELF, MOTHERFUCKER .
REEBOK

Zadzwonił telefon. „Chanin” – z przestrachem pomyślał Tatarski, podnosząc słuchawkę. Był to jednak Giriejew.
Wawan? No i jak?
Śmak – odparł Tatarski.
Przepraszam cię za wczoraj. Ale późno zadzwoniłeś i żona się wściekła. Wygrzebałeś się jakoś?
Mniej więcej.
Wiesz, co ci chciałem powiedzieć? Na pewno zainteresuje cię to jako profesjonalistę. Przyjechał tu pewien lama – Urgan Dżambon Tułku Siódmy, z sekty gelungpa. Wygłosił cały wykład o reklamie. Mam kasetę, dam ci posłuchać. Było tam dużo różnych rzeczy, ale główna myśl jest bardzo ciekawa. Z punktu widzenia buddyzmu sens reklamy jest bardzo prosty. Reklama usiłuje przekonać ludzi, że konsumpcja reklamowanego produktu prowadzi do wielkich i korzystnych ponownych narodzin, przy czym nie po śmierci, ale natychmiast po akcie konsumpcji. To znaczy, że wystarczy, byś pożuł Orbit bez cukru – i już jesteś Asurem. A jak pożujesz Dirol – to w ogóle stajesz się bogiem o śnieżnobiałych zębach.
Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówisz – powiedział Tatarski, krzywiąc się od stopniowo ustępujących skurczów wymiotnych
No, mówiąc przystępnie, chciał powiedzieć, że głównym zadaniem reklamy jest pokazać ludziom innych ludzi, którzy potrafili dać się oszukać i znaleźć szczęście w posiadaniu przedmiotów materialnych. W rzeczywistości zaś tacy oszukani istnieją tylko w klipach reklamowych.
Dlaczego? – spytał Tatarski, próbując nadążyć za niespokojną myślą kolegi.
Dlatego, że zawsze reklamuje się nie rzeczy, ale zwykłe ludzkie szczęście. Zawsze pokazuje się jednakowo szczęśliwych ludzi, tyle że w różnych wypadkach to szczęście jest wywołane różnymi nabytkami. Dlatego też człowiek idzie do sklepu nie po rzeczy, ale po owo szczęście, a tego tam nie sprzedają. A później lama skrytykował teorię jakiegoś Che Guevary. Powiedział, że Che Guevara nie całkiem jest buddystą, a więc dla buddysty niecałkiem jest autorytetem. I że w ogóle nie dał światu nic prócz serii z automatu i swojej marki handlowej. Co prawda, świat też niczego mu nie dał...
Posłuchaj – przerwał mu Tatarski. – Zamknij się. Ja i tak teraz nic nie zrozumiem – głowa mnie boli. Lepiej powiedz, coś ty mi za mantrę wczoraj dał?
To nie mantra – odparł Giriejew. – To hebrajskie zdanie z podręcznika. Moja żona się uczy.
Żona? – powtórzył Tatarski, ocierając z czoła krople zimnego potu. – Chociaż rzeczywiście. Skoro masz syna, to i żonę. A dlaczego ona się uczy hebrajskiego?
Chce stąd wyjechać. Niedawno miała straszna wizję. Bez żadnych halucynogenów, po prostu w czasie medytacji. Krótko mówiąc, skała, na niej leży naga dziewczyna i ta dziewczyna to Rosja. I pochyla się nad nią jakiś... Twarzy nie widać, ale jakby w szynelu z pagonami. Albo w takim płaszczu. I on jej...
Przestań – powiedział Tatarski – bo się wyrzygam. Zadzwonię do ciebie później.
Dobra – zgodził się Giriejew.
Zaraz. Dlaczego mi dałeś to zdanie, a nie mantrę?
A jaka to różnica. W takim stanie wszystko jedno, co się powtarza. Najważniejsze to zająć czymś umysł i wypić jak najwięcej wódki. A zresztą bez przekazu kto by ci dał mantrę?
I co znaczy to zdanie?
Zaraz sprawdzę. Gdzie to było... Aha, jest. „Od malafafon ba-wakasza”. To znaczy: „Poproszę jeszcze ogórek”. Ale jaja, co? Naturalna mantra. Tyle że, prawdę mówiąc, zaczyna się nie na „om”, ale na „od”, ja to podmieniłem. A jakby tak jeszcze na końcu dodać „hum”...
Wystarczy – rzucił Tatarski. – Na razie. Idę po piwo.

Ranek był pogodny i świeży; w jego czystym chłodku czuło się jakiś niepojęty wyrzut. Tatarski wyszedł z bramy i przystanął, by się zastanowić. Do całodobowego sklepu, dokąd zazwyczaj wpadał po klina (miejscowi pijaczkowie nazywali go „miękkie lądowanie”), było jakieś dziesięć minut pieszo i tyleż z powrotem. Tuż obok, o dwie minuty marszu, były budki, w jednej z których kiedyś pracował, ale od tego czasu nigdy nawet nie pokazał się w pobliżu. Teraz jednak nie miał głowy do nieokreślonych obaw. Walcząc z niechęcią do dalszego życia, Tatarski ruszył ku budkom.
Kilka z nich już otwarto; obok był kiosk z gazetami. Tatarski kupił trzy puszki Tuborga i analityczny tabloid – przeglądał go z uwagi na wstawki reklamowe, które interesowały go bardzo nawet na ciężkim kacu. Pierwszą puszkę wypił, kartkując tabloid. Jego uwagę zwróciła reklama Aerofłotu, w której po schodkach, przystawionych do obwieszonej rajskimi owocami palmy, wspinała się para małżeńska. „Idioci – pomyślał Tatarski. – Kto robi takie reklamy? Powiedzmy, że człowiek musi lecieć do Nowosybirska. A tu obiecuje mu się, że trafi do ziemskiego raju. A może on jeszcze nie chce do raju, może ma sprawy w Nowosybirsku... Mało brakuje, żeby wymyślili aerobus «Ikar»...”. Sąsiednią stronicę zajmowała kolorowa reklama szampana Veuve Dovdogne 57: oszałamiająca blondynka mknęła na nartach wodnych obok porośniętej palmami żółtej wyspy, rozmawiając z kimś przez telefon komórkowy. W piśmie była też reklama amerykańskiej restauracji na placu Powstania – zdjęcie drzwi wejściowych, nad którymi płonął wesoły neonowy napis:

BEVERLY KILLS
A CHUCK NORRIS ENTERPRISE

Tatarski złożył gazetę, rozścielił ją na stojącej między budkami skrzynce, usiadł i otworzył drugą puszkę.
Prawie od razu mu ulżyło. Żeby nie patrzeć na otaczający go świat, Tatarski utkwił wzrok w puszce. Pod żółtym napisem „Tuborg” był duży obrazek: gruby mężczyzna w szelkach ocierał pot z czoła białą chusteczką. Nad mężczyzną jarzyło się błękitne niebo, on sam zaś stał na wąskiej ścieżce, biegnącej poza horyzont; jednym słowem, obrazek zawierał taki ładunek symboli, że aż dziw, jak to wytrzymywała cienka blacha puszki. Tatarski automatycznie zaczął układać hasło.
„Coś w tym rodzaju – myślał. – Życie to samotna wędrówka pod palącym słońcem. Droga, którą idziemy, zmierza donikąd. I nie wiadomo, gdzie spotka nas śmierć. Kiedy człowiek o tym pomyśli, cały świat wydaje mu się pusty i nic nie warty. I wtedy przychodzi olśnienie. Tuborg. Pomyśl o najważniejszym!”
Część hasła można by napisać po łacinie, Tatarski rozsmakował się w tym już przy pierwszej pracy. „Przechodniu, zatrzymaj się” –coś tam, coś tam viator, Tatarski dokładnie nie pamiętał, trzeba sprawdzić w Skrzydlatych latynizmach. Zaczął szperać po kieszeniach w poszukiwaniu długopisu, żeby zapisać pomysł. Długopisu nie było. Tatarski postanowił poprosić o coś do pisania kogoś z przechodniów, podniósł wzrok i tuż przed sobą ujrzał Husejna.
Husejn uśmiechał się kącikami ust, ręce trzymał w kieszeniach szerokich aksamitnych spodni, a jego tłusto połyskujące oczy były bez wyrazu – dopiero co wstrzyknął sobie działkę. Prawie się nie zmienił, co najwyżej trochę przytył. Na głowie miał płaską papachę.
Puszka z piwem wypadła Tatarskiemu z ręki i symboliczny żółty strumyczek nakreślił na asfalcie ciemną plamę. Uczucia, które w ciągu sekundy przemknęły przez jego duszę, nadawałyby się idealnie do obmyślanej właśnie reklamy Tuborga – z tym jednym wyjątkiem, że nie nastąpiło żadne olśnienie.
– Idziemy – powiedział Husejn i pokiwał na Tatarskiego palcem.
Tatarski zastanawiał się przez sekundę, czy nie rzucić się do ucieczki, uznał jednak, że rozsądniej będzie tego nie robić. O ile pamiętał, Husejn odruchowo brał na cel wszystkie poruszające się szybko obiekty większe od psa i mniejsze od samochodu. Oczywiście, od czasu, gdy się ostatni raz widzieli, pod działaniem morfiny i muzyki sufickiej w jego świecie wewnętrznym mogły zajść istotne zmiany, ale Tatarski raczej nie miał ochoty sprawdzać tego na własnej skórze.
Przyczepa, w której mieszkał Husejn, też się prawie nie zmieniła, tylko w oknach były teraz szczelne zasłonki, a na dachu talerz anteny satelitarnej. Husejn otworzył drzwi i łagodnie pchnął Tatarskiego w plecy.
W środku panował półmrok. Olbrzymi telewizor był włączony, na ekranie zastygły trzy postacie pod rozłożystym drzewem. Obraz leciutko drgał – telewizor był podłączony do magnetowidu, ustawionego na półeczce. Naprzeciw telewizora była ławka. Oparty o ścianę, siedział na niej zarośnięty facet w wymiętej klubowej marynarce ze złotymi guzikami. Śmierdział. Jego prawa noga była skuta z ręką przeciągniętymi pod ławką kajdankami, co sprawiało że trwał w trudnej do opisania półleżącej pozycji, która przypomniała Tatarskiemu wow-analną pozę pasażera business-class z reklamy „Korean Air” (tylko w reklamie „Korean Air” ciało sfilmowano w ten sposób, że kajdanki były niewidoczne). Na widok Husejna facet się szarpnął. Husejn wyjął z kieszeni telefon komórkowy i pokazał go przykutemu do ławki mężczyźnie. Ten przecząco potrząsnął głową i Tatarski spostrzegł, że usta ma zaklejone szerokim skoczem w kolorze cielistym, na którym ktoś czerwonym markerem narysował uśmiech.
– Łajza – zamruczał Husejn.
Wziął ze stołu pilota i nacisnął klawisz. Postacie na ekranie telewizora niemrawo zaczęły się poruszać – magnetowid działał na zwolnionych obrotach. Tatarski rozpoznał niezapomniane z racji ich poprawności politycznej kadry z Kaukaskiego jeńca – tak się chyba ten film nazywał. Rosyjski komandos w wymiętym moro wesoło i niepewnie rozglądał się na boki, dwaj ognistoocy Kaukazczycy w strojach narodowych trzymali go pod ręce, a trzeci, w takiej samej papasze, jaką miał Husejn, przykładał mu do gardła muzealną szablę. Na ekranie ukazało się kolejno kilka zbliżeń – oczy komandosa, przyciśnięte do napiętej skóry ostrze (Tatarski pomyślał, że jest to świadomy cytat z Psa andaluzyjskiego Buňuela, wstawiony z myślą o jury w Cannes), a potem ręka zabójcy ostro szarpnęła szablę ku sobie. I zaraz potem na ekranie ukazał się początek sceny: zabójca znów zbliżał szable do gardła ofiary. Fragment powtarzał się w kółko. Dopiero teraz do Tatarskiego dotarło, że ogląda coś w rodzaju spotu reklamowego, który wyświetlają na stoisku jakichś targów. Nawet nie „coś w rodzaju” – to był naprawdę spot reklamowy: Husejn także złapał bakcyla technologii informacyjnych i teraz przy użyciu środków wizualnych pozycjonował siebie w świadomości klienta, pokazując, jakie usługi oferuje jego przedsiębiorstwo. Niewykluczone, że kadr ze zbliżeniem szabli na gardle był nawet zmontowany – Tatarski nie pamiętał takiej sceny z filmu. Klient, najwyraźniej, był dobrze obznajomiony i z tym kadrem, i z przedsiębiorstwem Husejna – zamknął oczy i opuścił głowę na piersi.
– Ej, ty, patrz, patrz – powiedział Husejn, złapał go za włosy i obrócił twarzą do ekranu. – Pieprzony wesołek. Uważaj, bo się doigrasz...
Nieszczęśnik zajęczał cicho, ponieważ jednak na jego twarzy wciąż jaśniał szeroki uśmiech, Tatarski poczuł doń nieuzasadnioną niechęć.
Husejn puścił go, poprawił papachę i zwrócił się do Tatarskiego:
– Wystarczyłoby, żeby wykonał jeden telefon, a on nie chce. I siebie męczy, i innych. Co za ludzie... A co tam u ciebie? Naćpałeś się, jak widzę?
– Nie – odparł Tatarski. – Kac.
– No to ci naleję – powiedział Husejn.
Podszedł do szafy ogniotrwałej i wyjął z niej butelkę Hennessy oraz dwie niezbyt czyste szklanki z grubego szkła.
– Gość w dom – powiedział, nalewając koniak.
Tatarski stuknął się z nim i wypił.
– Co porabiasz tak w ogóle? – spytał Husejn.
– Pracuję.
– Gdzie?
Trzeba było coś powiedzieć, i to coś takiego, żeby Husejn nie mógł zażądać odstępnego za odejście z biznesu. Pieniędzy Tatarski akurat nie miał. Jego spojrzenie zatrzymało się na ekranie telewizora, gdzie kolejny raz następowała śmierć. „ Wykończą mnie tak samo – pomyślał – i nikt mi nawet kwiatów na grobie nie położy...”.
– No więc gdzie? – powtórzył pytanie Husejn.
– W biznesie kwiatowym – nieoczekiwanie dla samego siebie powiedział Tatarski. – Z Azerbejdżanami.
– Z Azerbejdżanami? – nieufnie powtórzył Husejn. – Z jakimi Azerbejdżanami?
– Z Rafikiem – w natchnieniu odrzekł Tatarski – i z Eldarem. Czarterujemy samolot, tu przywozimy kwiaty, a tam... Sam wiesz, co. Oczywiście nie ja czarteruję. Robię to z doskoku.
– Tak? No to czemu nie mogłeś powiedzieć o tym jak człowiek? Czemu podrzuciłeś klucze?
– Miałem ciąg alkoholowy – odparł Tatarski.
Husejn zamyślił się.
– Sam nie wiem – odezwał się. – Kwiaty to dobry interes. Marnego słowa bym ci nie powiedział, gdybyś ze mną pogadał jak mężczyzna z mężczyzną. A tak... Muszę porozmawiać z twoim Rafikiem.
– Jest teraz w Baku – powiedział Tatarski. – I Eldar też.
Zapiszczał pager, który miał zaczepiony na pasku.
– Kto to? – zapytał Husejn.
Tatarski spojrzał na ekranik i zobaczył numer Chanina.
– Po prostu znajomy. On nie ma nic wspólnego...
Husejn w milczeniu wyciągnął rękę i Tatarski pokornie włożył w nią swój pager. Husejn wyjął telefon, wystukał numer i znacząco popatrzył na Tatarskiego. Na drugim końcu linii podniesiono słuchawkę.
– Halo – powiedział Husejn. – Z kim mam przyjemność? Chanin? Cześć, Chanin. Z tej strony ziomkostwo kaukaskie. Mówi Husejn. Zawracam ci głowę, dlatego że siedzi tu u nas twój przyjaciel Wowa. Ma problem – jest nam winien kasę. I nie wie, skąd wziąć. Prosił, żeby zadzwonić do ciebie – może ty mu pomożesz. Ty też wozisz z nim kwiaty?
Husejn mrugnął do Tatarskiego, po czym słuchał w milczeniu przez parę chwil.
– Co? – spytał, marszcząc brwi. – Pytam cię, czy wozisz z nim kwiaty? Jak to: wozisz metaforycznie? Jaka róża Persów? Jaki Ariosto? Kto? Kogo? Dawaj swojego kumpla... Słucham...
Po wyrazie twarzy Husejna Tatarski się zorientował, że na drugim końcu linii powiedziano coś niesłychanego.
– Nic mnie nie obchodzi, kim jesteś – odezwał się Husejn po długiej pauzie. – A wysyłaj kogo chcesz... Tak... A choćby cały pułk tego waszego OBZDON-u na czołgach. Tylko ich uprzedź na wszelki wypadek, że to nie ranny pionier z Białego Domu tu leży, przyswajasz? Co? Sam przyjedziesz? Przyjeżdżaj... Zapisz sobie adres...
Husejn wyłączył komórkę i pytająco popatrzył na Tatarskiego.
– Mówiłem przecież, że nie warto – powiedział Tatarski.
Husejn uśmiechnął się pod wąsem:
– Boisz się o mnie? Doceniam twoje dobre serce. Ale masz się co martwić.
Wyjął z szafy ogniotrwałej dwie „cytrynki”, rozgiął lekko wąsiki na zapalnikach i włożył po granacie do każdej kieszeni. Tatarski udał, że patrzy w inną stronę.
Pół godziny później o kilka metrów od przyczepy zatrzymał się typowo mafijny mercedes 600 z zaczernionymi szybami i Tatarski przypadł do szpary między zasłonkami. Z samochodu wysiedli dwaj ludzie – pierwszym był nastroszony Chanin, drugiego Tatarski nie znał.
Wszystkie wow-identyfikatory wskazywały na to, że jest to przedstawiciel tak zwanej klasy średniej – typowe byczysko, czerwony na gębie piechociniec z ochrony jakiegoś komisu w którymś z południowych portów. Miał na sobie czarną skórzaną marynarkę, gruby złoty łańcuch i spodnie od dresu. Sądząc jednak po samochodzie, uosabiał ten rzadki przypadek, kiedy żołnierzowi udaje się dosłużyć stopnia generała. Zamieniwszy z Chaninem kilka słów, ruszył do drzwi. Chanin pozostał na miejscu.


[copyright by Wydawnictwo W.A.B.]

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...