Kryształowy świat
(Жёлтая стрела / Żełtaja strieła)
Wiktor Pielewin
gatunek: opowiadania
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1993
rok wydania pol.: 2008
ISBN: 978-83-7414-497-1
liczba stron: 408
format: 12,3 x 19,5
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1993
rok wydania pol.: 2008
ISBN: 978-83-7414-497-1
liczba stron: 408
format: 12,3 x 19,5
Późna noc. W sypialni zalanej zimnym światłem niebieskiej latarni chłopcy opowiadają sobie straszne historie. A tę o martwym mieście znacie? Wraca facet z delegacji, patrzy – a wszyscy wokół są trupami... Chodzą do pracy, rozmawiają – ale tak naprawdę nie żyją...
Jeżeli świat to wola i przedstawienie (Schopenhauer) – jak wygląda świat ukształtowany wolą babci klozetowej? Czy spod umownej rzeczywistości nie zacznie w końcu przenikać smród? Sekta antonowców wierzy, że człowiek jest jedynie zarodkiem trupa. Ale w ogóle skąd pewność, że żyjemy? Może wszyscy od dawna jesteśmy martwi? A jeśli ciągle śpimy i tylko dobrze udajemy, że wcale tak nie jest? Odkrywa to Nikita Sonieczkin, kiedy uczy się drzemać na wykładzie tak, żeby nie dało się tego zauważyć – i spostrzega, że wszyscy, nie wyłączając wykładowcy, robią to samo. Ale czy śnimy ten sam sen?
Trochę strasznie. Ale to nic. Wystarczy działka kokainy i świat robi się kryształowy. W swoich opowiadaniach Pielewin zastawia filozoficzne pułapki, zadaje niepokojące pytania i udziela odpowiedzi, które przyprawiają o zawrót głowy.
[Wydawnictwo W.A.B.]
Jeżeli świat to wola i przedstawienie (Schopenhauer) – jak wygląda świat ukształtowany wolą babci klozetowej? Czy spod umownej rzeczywistości nie zacznie w końcu przenikać smród? Sekta antonowców wierzy, że człowiek jest jedynie zarodkiem trupa. Ale w ogóle skąd pewność, że żyjemy? Może wszyscy od dawna jesteśmy martwi? A jeśli ciągle śpimy i tylko dobrze udajemy, że wcale tak nie jest? Odkrywa to Nikita Sonieczkin, kiedy uczy się drzemać na wykładzie tak, żeby nie dało się tego zauważyć – i spostrzega, że wszyscy, nie wyłączając wykładowcy, robią to samo. Ale czy śnimy ten sam sen?
Trochę strasznie. Ale to nic. Wystarczy działka kokainy i świat robi się kryształowy. W swoich opowiadaniach Pielewin zastawia filozoficzne pułapki, zadaje niepokojące pytania i udziela odpowiedzi, które przyprawiają o zawrót głowy.
[Wydawnictwo W.A.B.]
Wychrub
1
Przestań się wymądrzać – powiedział Wasilij Marałow, intelektualista na emeryturze. – Sam potrafię się wymądrzać, napisałem trzy książki. Trzeba mówić prościej. Na przykład, co masz na ręku? Zegarek, tak?
Jego rozmówca – przyjaciel i w pewnym sensie uczeń – czknął potakująco.
– No więc pomyśl. W tym jest swoista dialektyka. Nosisz go, nosisz, on ci tyka, tyka…
– Ale co ma do tego naukowy ateizm, Wasia? Przecież mówiliśmy o naukowym ate…
– Daj mi dokończyć. Zegarek tyka, tyka i nagle – brzdęk! Wpadł do umywalki.
– Dlaczego do umywalki?
– Mnie się coś takiego zdarzyło, jeszcze przed przejściem na emeryturę, w Siestroriecku. Byłem…
– Dobra, dobra, nieważne… No, wpadł, i co dalej?
– W jednym trybiku wyłamał się ząbek. I wszystkie pozostałe zaczęły się wolniej obracać. I zegarek zamiast piątku nagle pokazuje jakiś wtorek. Tak samo jest z człowiekiem… Hej, Pietia!
Jego rozmówca już spał, przytulony policzkiem do beżowej ceraty.
– Pietia – powiedział Marałow, potrząsając go za ramię. – Pietia, słyszysz?... Chodź, położysz się na kanapie.
2
Marałow obudził się, kilka razy poruszył nogą zaplątaną w ściągniętą podpinkę, a może w nie do końca zdjęte spodnie, i jak zwykle ponuro wyjrzał z rozwiewającego się nocnego świata do zalanego szarym światłem pokoju. Przez jego budzący się mózg popłynęły wolno pierwsze poranne myśli – o otaczającym go bałaganie. Ten rzeczywiście był straszny: w pokoju panował taki chaos, że można się w nim było dopatrzyć nawet harmonii – długą kałużę na podłodze równoważył poniekąd niedopałek, wbity w kawałek kiełbasy, a przewrócone krzesło wnosiło w kompozycję wojenną nutę.
Marałow szybko pomachał w powietrzu nogami, uwalniając się ostatecznie od spodni (mimo to pasek jak żmija ukąsił go zimną sprzączką w łydkę), i jak zwykle zaczął zaprowadzać porządek wewnętrzny. Coś podobnego do niesmaku w ustach wyraźnie dawało się odczuć w duszy i było chyba związane z wczorajszą rozmową, chociaż jej treści, tematu i nawet przybliżonej trajektorii Marałow zupełnie nie mógł sobie przypomnieć. Jakby coś utkwiło mu w mózgu, odizolowane od całej reszty, i teraz odbierał to jako zwartą masę pośród znajomych myśli – zimną, bezkształtną i groźną.
„Muszę sobie przypomnieć – myślał Marałow – o czym myśmy… Chyba o zegarku? Nie, nie – o zegarku pamiętam. Przeszliśmy na ten temat z ateizmu. Ale potem, kiedy Pietia położył się na kanapie. Chyba z godzinę bredził… I właśnie wtedy coś takiego mi… Nie, nie pamiętam”.
Otwierając oczy, Marałow widział dokoła zaśmiecony pokój, zamykając – zauważał w sobie głęboki wewnętrzny dół, w którym wyraźnie kryło się coś niebezpiecznego. Trwało to dość długo. Marałow nie tyle nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło, ile raczej nie potrafił się zmusić do zrobienia tego, tak jak nigdy nie mógł się zmusić, by zanurkować do zimnej wody. Wreszcie wszystko nastąpiło automatycznie – za oknem rozległ się jakiś huk, w mieszkaniu na górze zapłakało dziecko, i Marałow nagle sobie przypomniał.
– Wychrub – powiedział głośno.
Wczoraj zdążyli jeszcze porozmawiać o Bogu. Okazało się, że obaj wierzą, ale każdy po swojemu. Pietia się przyznał, że zabiera ze sobą do pracy wysuszone wilcze ucho, a w szczególnie poważnych wypadkach trzy razy obchodzi klomb na podwórzu, co daje mu wyjątkowy ładunek energii i odwagi.
Marałow już chciał opowiedzieć o tym, co kiedyś widział w Siestroriecku, ale ku własnemu zaskoczeniu zaczął mówić ogólnikami, że żadnego jedynego Boga nie ma, że po prostu w każdym kraju ludzie mają jakieś dominujące uczucie związane z życiem, i jeśli się je wyrazi w formie baśni czy opowieści, powstanie konkretne, osobne pismo święte i osobny, indywidualnie pojęty bóg.
– Bóg – wyjaśniał – i wszystkie inne diabły to jakby upersonifikowane uogólnienie wszystkiego, co niepojęte.
– No cóż – po chwili milczenia odrzekł wtedy Pietia z kanapy – w kraju przez cały ten czas nagromadziła się kupa niepojętych rzeczy, i im dalej, tym bardziej są niepojęte. Więc twierdzisz, że istnieje taki bóg, który do tego pasuje? Nie ten, w którego wierzono dawniej, ale taki, który to wszystko, jak powiadasz, uogólnia w sposób upersonifikowany?
– Oczywiście – odparł Marałow. – Patrząc obiektywnie, powinien być.
– I odpowiednia mistyka religijna też?
– A czemu nie? To proste.
W tym miejscu rozmowa się urwała. Marałow długo przewracał się z boku na bok, wzdychał i rozmyślał o tym interesującym przedmiocie, próbując sobie wyobrazić takiego boga. Pomyśleć tylko: olbrzymie portrety nad miastami i błękitne świerki, uroczyste akademie i grobowce w murach, brązowe popiersia i saluty armatnie – to wszystko nie jest tak sobie. Wszystkie te materialne rzeczy, rozmyślał Marałow, muszą mieć jakiś odpowiednik duchowy… To właśnie jest ów konkretny bóg – coś, co niepostrzeżenie wchłania w siebie całą resztę… Marałow sam nie zauważył, kiedy zasnął. Potem obudził się Pietia i zaczął się kręcić po mieszkaniu – był już spóźniony do pracy na drugim końcu miasta. Marałow odprowadził go do drzwi, wrócił i tu, w mętnym porannym półśnie, kiedy siedząc na łóżku ściągał spodnie, olśniło go niezwykłe zrozumienie – takie, że przestał się dalej rozbierać, jak ogłuszony padł na łóżko i skorzystał z pijackiej umiejętności natychmiastowego zasypiania. Minęło kilka godzin ciężkiego snu, podczas których owo zrozumienie nie rozeszło się po kościach, ale na podobieństwo toczącej się z góry śnieżnej kuli obrosło kokonem strachu i beznadziei.
– Wychrub! – powiedział nagle Marałow. No tak, wszystko zasadzało się na tym słowie – to ono zrodziło się w porannym wybuchu olśnienia i to ono znajdowało się teraz w środku ciemnego tworu w jego duszy.
„Ale co znaczy wychrub? – pomyślał Marałow, z grymasem bólu odwracając się do ściany. – Wychrub. Nic nie znaczy”.
3
Mieszkanie było już posprzątane i kac minął. Marałow patrzył w lustro, zaczesując w poprzek głowy długą szpakowatą pożyczkę i myśląc, jak to głupio tak się czesać – mało że wszyscy widzą jego łysinę, to jeszcze i jego kompleks na tym punkcie. Niepokój w duszy jakby przycichł i Marałow tylko chwilami przypominał o sobie owym bezsensownym słowie, wyrzucając je raptem na powierzchnię. Poprawił krawat (marynarkę i krawat włożył, by się jakoś obronić przed tą dziwną wewnętrzną zapadnią) i poszedł do kuchni.
Idąc przez przedpokój, nagle chwycił się za pierś i oparł o drzwi szafy ściennej – mieszkanie gwałtownie się zakołysało, jakiś czas trwało w przechyle, po czym wolno wróciło do normalnego położenia. Marałow był pewien, że to zjawisko jest w jakiś sposób związane z wychrubem.
– Co to jest, do licha? – zapytał głośno.
– Wy-chrubbb…Wy-chrubbb… – zadudniło w ścianie.
Upewniwszy się, że podłoga już się nie kołysze, Marałow postanowił zjeść obiad, a później przez godzinkę, może dwie poczytać jakąś powieść przygodową. Poszedł do pokoju, nie patrząc, wyjął z biblioteczki szarą książkę z odciśniętym krążkiem na okładce i otworzył ją jak zwykle na stronicy oznaczającej jego wiek – sześćdziesiątej ósmej. (Przedtem sprawdził, ile mu jeszcze zostało lat życia: dwieście dwadzieścia osiem. To go uspokoiło).
„…drobnych i kolorowych. Rubinowe szmaragdy…”
Marałow prychnął. Jak to możliwe – rubinowe szmaragdy?
Znów przebiegł linijkę oczyma – i nagle całym swoim usiłującym się odprężyć jestestwem nadział się na rozdzielony kropką wychrub.
„Jasna cholera – pomyślał. – Lepiej już czytać klasyków”.
Wstał z kanapy, wrócił do szafy i wyjął inną książkę, ze złotymi paseczkami na grzbiecie.
„…tak, łaskawco. Dwieście nowych rubli…”
Marałow zaśmiał się teatralnie i zrobił rękami gest wesołego zdumienia, również bardzo teatralny.
– Przyczepi się jakaś bzdura – powiedział głośno, zwracając się do biblioteczki – i człowiek może postradać zmysły. Oczywiście, jeżeli jest słaby duchem.
4
Tego dnia Marałow jeszcze nie raz odczuł wrogie nastawienie losu.
Obrzydliwa rzecz wydarzyła się w kinie – zdawałoby się, że gdzie jak gdzie, ale tam wychrub się nie pojawi, a tu proszę, na ścianie plakat: Powrót z krwawych rubieży. Wychrub siedział zaczajony i złym okiem patrzył na Marałowa. I żeby się tak zamaskować! Gdyby Marałow nie miał się na baczności…
Wyszedł na ulicę i po kilku krokach znalazł się przed sklepem spożywczym. „Powinienem kupić mięso – pomyślał. – I zrobić kotlety na święta”. Dotarłszy do działu mięsnego, zobaczył mężczyznę w białej czapce, który krótko popatrzył mu w oczy i uniósł olbrzymi topór o wyglądzie sprzętu sportowego.
– W-ych! – sapnął.
– Chrub! – Topór wbił się w deskę. I goła, martwa noga – chyba wołu – rozleciała się na dwie części.
Zatykając dłonią usta, Marałow wypadł na ulicę i szybko ruszył do przystanku. Po drodze zobaczył po drugiej stronie ulicy kilku żołnierzy z batalionu budowlanego w szarych ordyńskich kominiarkach, mocujących na ścianie domu olbrzymi plakat. Na plakacie namalowana była dziewczyna w kokoszniku, o dziecięcych oczach i bujnych piersiach; jej wypięte prawe biodro okalał napis:
NIECH ŻYJĄ UCZESTNICY
XI MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU
WALCZĄCYCH O ROZBROJENIE JĄDROWE
I chociaż Marałow nie dopatrzył się w tym wszystkim żadnego wychrubu, i tak miał przemożne uczucie, że ten jest obecny i na plakacie, i w tych żołnierzach, i nawet w tym październikowym niebie nad głową.
Nasunąwszy głębiej kapelusz i odwracając się od wiatru, podreptał do domu.
5
W ciągu kolejnych dwóch dni wychrub z maleńkiej szczeliny zamienił się w bezdenną i bezgraniczną przepaść, nad którą Marałow wisiał, uczepiony resztek już nie zdrowego rozsądku czy, powiedzmy, rozumu, ale po prostu pewnej szczątkowej niewychrubności. To, że wychrub jest wszędzie, już go nie dziwiło – dziwiło go raczej to, że wewnątrz niego pozostawało coś jeszcze. Marałow próbował się zastanawiać, dlaczego nie zauważył wychrubu wcześniej, i szybko znalazł odpowiedź. Wszystko dokoła bez wątpienia było dokładnie tak samo przepojone i napełnione wychrubem – i dwa dni temu, i pięć lat temu, na długo przed objawieniem. Ale wtedy wychrub nie był widoczny w środku, a zatem nie rzucał się w oczy również wychrub zewnętrzny, mimo całej swojej imponującej wielkości.
„Przecież – myślał Marałow – zgłębić, zrozumieć otaczający konkretny świat albo innego konkretnego człowieka można tylko w jeden sposób – dostrzegając w nim coś, co sam masz już w środku…”
Przed owym snem, zanim to coś, mignąwszy najpierw niewyraźną plamką gdzieś na peryferiach duszy, nagle z przerażającą szybkością wdarło się do samego środka osobowości i pękło tam, zamieniając się w wychrub i oświetlając wewnętrzny świat Marałowa mętnym czerwonym migotaniem – otóż przed owym snem Marałow postrzegał powietrze jako powietrze, asfalt jako asfalt i tak dalej, teraz zaś okazało się, że wszystko, co go otacza, to po prostu kształt, w którym chwilowo zastygł wychrub – tak samo jak brąz pozostaje brązem bez względu na to, czy odlano z niego żolnierzyka, krzyżyk czy pomnik Gribojedowa. A więc istnieje ogromny, bezkresny wychrub, a jego centrum stanowi oświecony przezeń Marałow, świadomy, że musi się za wszelką cenę powstrzymać od zrozumienia tego, że i on też jest w istocie wychrubem.
„Jak długo ja tak wytrzymam? – myślał z rozpaczą Marałow i nie znajdował na to pytanie odpowiedzi. – Muszę się od tego oderwać, zająć się pracą”.
Pracę, na szczęście, miał – odpowiadał na listy czytelników magazynu „Problemy Metodologii”, gdzie się zatrudnił na umowę-zlecenie, by nie czuć się kompletnym emerytem. Stosik nierozpieczętowanych listów właśnie czekał na biurku; Marałow na chybił trafil wziął kopertę zaadresowaną koślawym dziecięcym pismem i otworzył.
„Droga Redakcjo! – przeczytał. – Bardzo lubię wasz tygodnik i zawsze go czytam. Szczególnie spodobał mi się artykuł N. Skołpowskiego o martwych kosmonautach. Skończyłem właśnie dziesiątą klasę i ciągle myślę o tym, po co ja żyję na świecie. I nie wiem. Proszę, odpowiedzcie mi na to pytanie. Kola M., Siestrorieck”.
„Normalka – ocenił Marałow – i zawsze na czasie. Słowo przestrogi trafia do każdego numeru. Powiedzmy, jedna szpalta – to jakieś półtorej strony… Najważniejsze, żeby nie brzmiało oficjalnie; powinno być intymnie”.
Usiadł przy maszynie i wkręcił w nią czystą kartkę.
„Przyznam Ci się, Nikołaju, że Twój list dał mi wiele do myślenia. Sądząc z tego, co o sobie piszesz, jesteś jeszcze bardzo młody, a w Twoim tonie daje się już wyczuć pewne znużenie, zobojętnienie – i to mnie niepokoi. Może się mylę – wobec tego przepraszam. A teraz co do Twojego listu. Widać, że poważnie zastanawiasz się nad życiem, zadając sobie pytanie, nad którym biedziły się najtęższe umysły ludzkości. Niestety, raczej nie ma na nie prostej i jednoznacznej odpowiedzi (chociaż wiele szkół filozoficznych i religijnych próbowało w swoim czasie jej udzielić). Być może człowiek odpowiada na to pytanie całym swoim życiem i dopiero pod sam jego koniec zaczyna rozumieć, po co żył i jaki jest w tym sens… A więc po co żyjemy? Ależ po to, żeby każdego poranka cieszyć się świeżym oddechem poranka…”
„Nie, niedobrze – pomyślał. – Co to ma być: «każdego poranka cieszyć się oddechem poranka…» Źle”.
„…świeżym oddechem wiatru, słońcem, pięknem ludzkich twarzy; swoją pracą, która koniecznie powinna sprawiać radość. Żyjemy po to, żeby wieczorami patrzeć w gwiazdy na ciemnym niebie i myśleć o nieskończoności, której cząstką jesteśmy; żyjemy po to, by kochać i być kochanymi, żeby być szczęśliwymi i dawać szczęście innym. Żyjemy po to, by odkrywać tajemnice wszechświata i pozostawiać tę wiedzę naszym dziecim, żeby…”
– Dopiszę po „Wiadomościach” – postanowił Marałow.
6
– …nie zwracając uwagi na deszczyk ze śniegiem, zbierają się w centrum miasta. Wszędzie panuje dziś miły, radosny nastrój. Dobrego dnia! – mówiło radio w kuchni mglistego listopadowego wieczoru.
„Ależ się ich uczepił ten wychrub – pomyślał z irytacją Marałow. – Chociaż jak się głębiej zastanowić, to nie ich się uczepił, ale siebie samego”.
Teraz odbierał swoją sytuację następująco: on stoi na dolnym wychrubie, a z góry, jak prasa hydrauliczna, opuszcza się powoli drugi wychrub; on, Marałow, jeszcze żyje, tylko dlatego, że nie chce przyznać, iż jest wychrubem, chociaż zdaje sobie sprawę, że to nieuczciwe.
– W takich chwilach trzeba bez obawy spojrzeć prawdzie w oczy. I oczywiście należy pamiętać wszystko dobre, co się wydarzyło. O tym właśnie śpiewa grupa Duran-Duran – zakończyło radio.
– Wychrub-wychrub! – krzyknął Marałow, zrywając się z taboretu i rzucając do głośnika. – Wychrub-wychrub!
Głośnik, zamknąwszy się wreszcie, zawisł na jednym gwoździu. Marałow odetchnął. Aby żyć dalej, za wszelką cenę należało utrzymać równowagę między górnym i dolnym wychrubem, a może między zewnętrznym i wewnętrznym. Wychrub, zawarty w słowach z radia, omal nie naruszył tej równowagi – ale w momencie balansowania na samym skraju rozpadu świadomość Marałowa ze strachu błyskawicznie wypracowała prosty i jasny plan.
Chodziło o to, że chociaż wychrub wchłonął cały widzialny świat, nie zdradził jeszcze swej prawdziwej istoty. A Marałow już dawno powziął oparte na pewnych drobnych obserwacjach podejrzenie, że żadnego wychrubu w ogóle nigdy nie było – w rzeczywistości istniało coś innego, i kiedy wdarło mu się w duszę, zrobiło w niej dziurę, przez którą cały Marałow wyciekłby jak mleko z uszkodzonego kartonu, gdyby nie zatkał otworu. Wychrub był, po pierwsze, dźwiękowym, po drugie, literalnym, a po trzecie, znaczeniowym konglomeratem, służącym do zatykania dziur. (Burta „Titanica”, przebita górą lodową, i rozmaite paskudztwa, zatykające otwór; w maszynowni wychrub to zasmolone szmaty, w kabinach pasażerskich – bielizna pościelowa, smokingi oraz suknie, i tak dalej).
„Wychrub to nic innego jak symbol, konkretny, wzięty oddzielnie symbol – myślał Marałow, wkładając palto i okręcając szyję szalikiem w kolorze szarego mydła. – I należy go otworzyć za pomocą tego samego symbolu, to jest wychrubu. Zresztą nawet historia dowiodła, że jeden wychrub unicestwia się za pomocą innego, stworzonego na jego miejsce”.
– Zaraz się dowiemy – szeptał Marałow, zamykając drzwi mieszkania i idąc do windy – zaraz się dowiemy, co się tam kryje…
Wiedział, że tam kryje się coś potwornego, coś, czego obecności nie mógł znieść ani przez sekundę – i teraz zamierzał zajść to coś nieznośnego poniekąd od tyłu, popatrzeć na nie przynajmniej jednym okiem.
7
Szybko złapał taksówkę. Usiadł na przednim siedzeniu, popatrzył na kierowcę i aż się wzdrygnął z obrzydzenia: między wąsami tego typa poruszał się bladoróżowy, rozdwojony wychrub. Rozciągnął się we wszystkie strony jednocześnie, mignęło za nim coś wilgotnego i Marałow usłyszał:
– Dokąd jedziemy?
– Do wychrubu – odrzekł cicho Marałow, tak jak to przewidywał jego plan.
– Do jakiego klubu? – zapytał kierowca. – Klubów jest dużo. Więc gdzie?
– Wychrub – powtórzył Marałow lakonicznie.
– Jak to wygłup? – oburzył się kierowca.
– Wych… wych… – wykrztusił z przestrachem Marałow. – Wychrub!
– No i po co te ychy – zamruczał taksówkarz. – Nie ma co tak krzyczeć. – Wyraźnie się obraził.
Ulica pomknęła im na spotkanie – ulica dla kierowcy, a dla Marałowa wiadomo co: coś, co miało po bokach pionowe szare wychruby, na których świeciły inne wychruby – żółte i kwadratowe.
8
– Tutaj? – zapytał nieżyczliwie kierowca.
Marałow spojrzał przez przednią szybę. Miał przed sobą jakby koniec miasta – asfaltowa droga pięła się w górę i kończyła w zaspie, za którą, co można było wyraźnie wyczuć, nie było już nic – zaczynał się tam spadek na drugą stronę i zza śnieżnego grzbietu sterczały tylko wątłe wierzchołki drzew.
Marałow bez słowa wręczył tasówkarzowi pieniądze. Ten, nie zapalając światła, zaczął monotonnie szeleścić banknotami – kontur jego głowy zlewał się przy tym z zagłówkiem, a z radia leciało jakieś okropne wycie. Marałow przestraszył się – a nuż kierowca go obrabuje? Natychmiast jednak poczuł, że jego strach jest nieprawdziwy i wcale niestraszny w porównaniu z tym, jak on sam może zaraz nastraszyć taksiarza.
– Nie szukaj pan, nieważne – odezwał się przymilnie. – Posłuchaj pan lepiej, co panu powiem…
Kiedy krzyk taksówkarza ucichł gdzieś za domami, Marałow wysiadł z samochodu i ruszył naprzód, na przełaj przez zaspy. Drzewa przepuściły go, uderzywszy gałęziami po twarzy – Marałow nawet się nie schylił po strącony z głowy kapelusz. Przed nim leżało pole pokryte ośnieżonymi kopcami i dołami, a z najbliższego kopczyka spoglądał nań wychrub w postaci niedużego psa.
Marałow pomachał mu ręką.
– Już idę! – zawołał. – Zaraz…
Czuł w jakiś sposób, że zbliża się do tajemnicy ukrytej za dziwnym słowem. Zapadając się w śnieg, szedł naprzód, i ta pewność w nim narastała. Pies podreptał za nim, zachęcony jego zdecydowanym krokiem. To, co Marałow ujrzał i pojął owej dawnej pijackiej nocy, zaczynało wrzeć w jego duszy niby woda w garnku, a pojęcie „wychrub” stało się jakby pokrywką – podniósłszy ją, można było natychmiast wszystko zrozumieć, jeśli oczywiście człowiek się nie bał ewentualnych poparzeń.
Maszerując zamaszyście po bruzdach i nie zwracając uwagi na sypiący mu się butów śnieg, Marałow zaczął rozmyślać o znaczeniu, jakie kryło się w tym słowie. Z takiego punktu widzenia jeszcze nie rozpatrywał tego problemu, a sama nowość podejścia i lekkość, z jaką myślało mu się o wychrubie, świadczyły o tym, że jest bliski rozwiązania zagadki. „«Wychrub» – analizował – to i «wybój», i «wykrot», tak, z pewnością. Albo…”
„Albo” okazało się już niepotrzebne. Marałow zobaczył wychrub jako taki. Oczywiście cała reszta – niebo, śnieg, drzewa – też było wychrubem, ale jakby ukrytym, zakamuflowanym pod innym kształtem, a tu był wychrub w stanie surowym, w swojej pierwotnej formie – podłużny, zasypany śniegiem wykop z dwiema dość wysokimi, sięgającymi Marałowowi do pasa, oblodzonymi pryzmami po bokach.
Wiedząc już, co ma robić, Marałow ruszył biegiem, po drodze rozpinając palto, zrzucając z nóg buty i głosnym śmiechem odpowiadając na szczekanie kręcącego mu się pod nogami psa. Odległość była niewielka – i było w tej przebieżce coś z ostatnich kroków młodzieńca z pochodnią przed ogromnym olimpijskim zniczem; im jest on bliżej, tym uroczystszy i wolniejszy staje się jego krok, tym bardziej nieuniknione to najważniejsze. Marałow ujrzał w wyobraźni wszystkie niezliczone tramwaje, autobusy i pociągi podmiejskie, samoloty i statki wycieczkowe, które go tu przywiozły, wszystkie buty, znoszone w drodze do tego miejsca, wszystkie niegdysiejsze myśli o tym, jak najwygodniej i najbardziej komfortowo dotrzeć do owego punktu w czasie i przestrzeni, wszystkie racjonalne i poważne wyjaśnienia tego, co się dzieje, które normalny człowiek nakleja na każdy zwrot w swoim życiu – słowem, przypomniało mu się bardzo wiele.
– Wy-y-ych-ru-u-u-ub! – krzyknął, unosząc twarz ku niebu.
A potem bez wahania, z rozmachem dał nura do wykopu i – tak jak się zrzuca płachtę z pomnika – odrzucił niepotrzebne już słowo, przygotowując się na zobaczenie tego, co jest za nim.
9
Znaleźli go dwa dni później narciarze, zauważywszy sterczącą ze śniegu czerwoną skarpetkę.
[copyright by Wydawnictwo W.A.B.]
1
Przestań się wymądrzać – powiedział Wasilij Marałow, intelektualista na emeryturze. – Sam potrafię się wymądrzać, napisałem trzy książki. Trzeba mówić prościej. Na przykład, co masz na ręku? Zegarek, tak?
Jego rozmówca – przyjaciel i w pewnym sensie uczeń – czknął potakująco.
– No więc pomyśl. W tym jest swoista dialektyka. Nosisz go, nosisz, on ci tyka, tyka…
– Ale co ma do tego naukowy ateizm, Wasia? Przecież mówiliśmy o naukowym ate…
– Daj mi dokończyć. Zegarek tyka, tyka i nagle – brzdęk! Wpadł do umywalki.
– Dlaczego do umywalki?
– Mnie się coś takiego zdarzyło, jeszcze przed przejściem na emeryturę, w Siestroriecku. Byłem…
– Dobra, dobra, nieważne… No, wpadł, i co dalej?
– W jednym trybiku wyłamał się ząbek. I wszystkie pozostałe zaczęły się wolniej obracać. I zegarek zamiast piątku nagle pokazuje jakiś wtorek. Tak samo jest z człowiekiem… Hej, Pietia!
Jego rozmówca już spał, przytulony policzkiem do beżowej ceraty.
– Pietia – powiedział Marałow, potrząsając go za ramię. – Pietia, słyszysz?... Chodź, położysz się na kanapie.
2
Marałow obudził się, kilka razy poruszył nogą zaplątaną w ściągniętą podpinkę, a może w nie do końca zdjęte spodnie, i jak zwykle ponuro wyjrzał z rozwiewającego się nocnego świata do zalanego szarym światłem pokoju. Przez jego budzący się mózg popłynęły wolno pierwsze poranne myśli – o otaczającym go bałaganie. Ten rzeczywiście był straszny: w pokoju panował taki chaos, że można się w nim było dopatrzyć nawet harmonii – długą kałużę na podłodze równoważył poniekąd niedopałek, wbity w kawałek kiełbasy, a przewrócone krzesło wnosiło w kompozycję wojenną nutę.
Marałow szybko pomachał w powietrzu nogami, uwalniając się ostatecznie od spodni (mimo to pasek jak żmija ukąsił go zimną sprzączką w łydkę), i jak zwykle zaczął zaprowadzać porządek wewnętrzny. Coś podobnego do niesmaku w ustach wyraźnie dawało się odczuć w duszy i było chyba związane z wczorajszą rozmową, chociaż jej treści, tematu i nawet przybliżonej trajektorii Marałow zupełnie nie mógł sobie przypomnieć. Jakby coś utkwiło mu w mózgu, odizolowane od całej reszty, i teraz odbierał to jako zwartą masę pośród znajomych myśli – zimną, bezkształtną i groźną.
„Muszę sobie przypomnieć – myślał Marałow – o czym myśmy… Chyba o zegarku? Nie, nie – o zegarku pamiętam. Przeszliśmy na ten temat z ateizmu. Ale potem, kiedy Pietia położył się na kanapie. Chyba z godzinę bredził… I właśnie wtedy coś takiego mi… Nie, nie pamiętam”.
Otwierając oczy, Marałow widział dokoła zaśmiecony pokój, zamykając – zauważał w sobie głęboki wewnętrzny dół, w którym wyraźnie kryło się coś niebezpiecznego. Trwało to dość długo. Marałow nie tyle nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło, ile raczej nie potrafił się zmusić do zrobienia tego, tak jak nigdy nie mógł się zmusić, by zanurkować do zimnej wody. Wreszcie wszystko nastąpiło automatycznie – za oknem rozległ się jakiś huk, w mieszkaniu na górze zapłakało dziecko, i Marałow nagle sobie przypomniał.
– Wychrub – powiedział głośno.
Wczoraj zdążyli jeszcze porozmawiać o Bogu. Okazało się, że obaj wierzą, ale każdy po swojemu. Pietia się przyznał, że zabiera ze sobą do pracy wysuszone wilcze ucho, a w szczególnie poważnych wypadkach trzy razy obchodzi klomb na podwórzu, co daje mu wyjątkowy ładunek energii i odwagi.
Marałow już chciał opowiedzieć o tym, co kiedyś widział w Siestroriecku, ale ku własnemu zaskoczeniu zaczął mówić ogólnikami, że żadnego jedynego Boga nie ma, że po prostu w każdym kraju ludzie mają jakieś dominujące uczucie związane z życiem, i jeśli się je wyrazi w formie baśni czy opowieści, powstanie konkretne, osobne pismo święte i osobny, indywidualnie pojęty bóg.
– Bóg – wyjaśniał – i wszystkie inne diabły to jakby upersonifikowane uogólnienie wszystkiego, co niepojęte.
– No cóż – po chwili milczenia odrzekł wtedy Pietia z kanapy – w kraju przez cały ten czas nagromadziła się kupa niepojętych rzeczy, i im dalej, tym bardziej są niepojęte. Więc twierdzisz, że istnieje taki bóg, który do tego pasuje? Nie ten, w którego wierzono dawniej, ale taki, który to wszystko, jak powiadasz, uogólnia w sposób upersonifikowany?
– Oczywiście – odparł Marałow. – Patrząc obiektywnie, powinien być.
– I odpowiednia mistyka religijna też?
– A czemu nie? To proste.
W tym miejscu rozmowa się urwała. Marałow długo przewracał się z boku na bok, wzdychał i rozmyślał o tym interesującym przedmiocie, próbując sobie wyobrazić takiego boga. Pomyśleć tylko: olbrzymie portrety nad miastami i błękitne świerki, uroczyste akademie i grobowce w murach, brązowe popiersia i saluty armatnie – to wszystko nie jest tak sobie. Wszystkie te materialne rzeczy, rozmyślał Marałow, muszą mieć jakiś odpowiednik duchowy… To właśnie jest ów konkretny bóg – coś, co niepostrzeżenie wchłania w siebie całą resztę… Marałow sam nie zauważył, kiedy zasnął. Potem obudził się Pietia i zaczął się kręcić po mieszkaniu – był już spóźniony do pracy na drugim końcu miasta. Marałow odprowadził go do drzwi, wrócił i tu, w mętnym porannym półśnie, kiedy siedząc na łóżku ściągał spodnie, olśniło go niezwykłe zrozumienie – takie, że przestał się dalej rozbierać, jak ogłuszony padł na łóżko i skorzystał z pijackiej umiejętności natychmiastowego zasypiania. Minęło kilka godzin ciężkiego snu, podczas których owo zrozumienie nie rozeszło się po kościach, ale na podobieństwo toczącej się z góry śnieżnej kuli obrosło kokonem strachu i beznadziei.
– Wychrub! – powiedział nagle Marałow. No tak, wszystko zasadzało się na tym słowie – to ono zrodziło się w porannym wybuchu olśnienia i to ono znajdowało się teraz w środku ciemnego tworu w jego duszy.
„Ale co znaczy wychrub? – pomyślał Marałow, z grymasem bólu odwracając się do ściany. – Wychrub. Nic nie znaczy”.
3
Mieszkanie było już posprzątane i kac minął. Marałow patrzył w lustro, zaczesując w poprzek głowy długą szpakowatą pożyczkę i myśląc, jak to głupio tak się czesać – mało że wszyscy widzą jego łysinę, to jeszcze i jego kompleks na tym punkcie. Niepokój w duszy jakby przycichł i Marałow tylko chwilami przypominał o sobie owym bezsensownym słowie, wyrzucając je raptem na powierzchnię. Poprawił krawat (marynarkę i krawat włożył, by się jakoś obronić przed tą dziwną wewnętrzną zapadnią) i poszedł do kuchni.
Idąc przez przedpokój, nagle chwycił się za pierś i oparł o drzwi szafy ściennej – mieszkanie gwałtownie się zakołysało, jakiś czas trwało w przechyle, po czym wolno wróciło do normalnego położenia. Marałow był pewien, że to zjawisko jest w jakiś sposób związane z wychrubem.
– Co to jest, do licha? – zapytał głośno.
– Wy-chrubbb…Wy-chrubbb… – zadudniło w ścianie.
Upewniwszy się, że podłoga już się nie kołysze, Marałow postanowił zjeść obiad, a później przez godzinkę, może dwie poczytać jakąś powieść przygodową. Poszedł do pokoju, nie patrząc, wyjął z biblioteczki szarą książkę z odciśniętym krążkiem na okładce i otworzył ją jak zwykle na stronicy oznaczającej jego wiek – sześćdziesiątej ósmej. (Przedtem sprawdził, ile mu jeszcze zostało lat życia: dwieście dwadzieścia osiem. To go uspokoiło).
„…drobnych i kolorowych. Rubinowe szmaragdy…”
Marałow prychnął. Jak to możliwe – rubinowe szmaragdy?
Znów przebiegł linijkę oczyma – i nagle całym swoim usiłującym się odprężyć jestestwem nadział się na rozdzielony kropką wychrub.
„Jasna cholera – pomyślał. – Lepiej już czytać klasyków”.
Wstał z kanapy, wrócił do szafy i wyjął inną książkę, ze złotymi paseczkami na grzbiecie.
„…tak, łaskawco. Dwieście nowych rubli…”
Marałow zaśmiał się teatralnie i zrobił rękami gest wesołego zdumienia, również bardzo teatralny.
– Przyczepi się jakaś bzdura – powiedział głośno, zwracając się do biblioteczki – i człowiek może postradać zmysły. Oczywiście, jeżeli jest słaby duchem.
4
Tego dnia Marałow jeszcze nie raz odczuł wrogie nastawienie losu.
Obrzydliwa rzecz wydarzyła się w kinie – zdawałoby się, że gdzie jak gdzie, ale tam wychrub się nie pojawi, a tu proszę, na ścianie plakat: Powrót z krwawych rubieży. Wychrub siedział zaczajony i złym okiem patrzył na Marałowa. I żeby się tak zamaskować! Gdyby Marałow nie miał się na baczności…
Wyszedł na ulicę i po kilku krokach znalazł się przed sklepem spożywczym. „Powinienem kupić mięso – pomyślał. – I zrobić kotlety na święta”. Dotarłszy do działu mięsnego, zobaczył mężczyznę w białej czapce, który krótko popatrzył mu w oczy i uniósł olbrzymi topór o wyglądzie sprzętu sportowego.
– W-ych! – sapnął.
– Chrub! – Topór wbił się w deskę. I goła, martwa noga – chyba wołu – rozleciała się na dwie części.
Zatykając dłonią usta, Marałow wypadł na ulicę i szybko ruszył do przystanku. Po drodze zobaczył po drugiej stronie ulicy kilku żołnierzy z batalionu budowlanego w szarych ordyńskich kominiarkach, mocujących na ścianie domu olbrzymi plakat. Na plakacie namalowana była dziewczyna w kokoszniku, o dziecięcych oczach i bujnych piersiach; jej wypięte prawe biodro okalał napis:
NIECH ŻYJĄ UCZESTNICY
XI MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU
WALCZĄCYCH O ROZBROJENIE JĄDROWE
I chociaż Marałow nie dopatrzył się w tym wszystkim żadnego wychrubu, i tak miał przemożne uczucie, że ten jest obecny i na plakacie, i w tych żołnierzach, i nawet w tym październikowym niebie nad głową.
Nasunąwszy głębiej kapelusz i odwracając się od wiatru, podreptał do domu.
5
W ciągu kolejnych dwóch dni wychrub z maleńkiej szczeliny zamienił się w bezdenną i bezgraniczną przepaść, nad którą Marałow wisiał, uczepiony resztek już nie zdrowego rozsądku czy, powiedzmy, rozumu, ale po prostu pewnej szczątkowej niewychrubności. To, że wychrub jest wszędzie, już go nie dziwiło – dziwiło go raczej to, że wewnątrz niego pozostawało coś jeszcze. Marałow próbował się zastanawiać, dlaczego nie zauważył wychrubu wcześniej, i szybko znalazł odpowiedź. Wszystko dokoła bez wątpienia było dokładnie tak samo przepojone i napełnione wychrubem – i dwa dni temu, i pięć lat temu, na długo przed objawieniem. Ale wtedy wychrub nie był widoczny w środku, a zatem nie rzucał się w oczy również wychrub zewnętrzny, mimo całej swojej imponującej wielkości.
„Przecież – myślał Marałow – zgłębić, zrozumieć otaczający konkretny świat albo innego konkretnego człowieka można tylko w jeden sposób – dostrzegając w nim coś, co sam masz już w środku…”
Przed owym snem, zanim to coś, mignąwszy najpierw niewyraźną plamką gdzieś na peryferiach duszy, nagle z przerażającą szybkością wdarło się do samego środka osobowości i pękło tam, zamieniając się w wychrub i oświetlając wewnętrzny świat Marałowa mętnym czerwonym migotaniem – otóż przed owym snem Marałow postrzegał powietrze jako powietrze, asfalt jako asfalt i tak dalej, teraz zaś okazało się, że wszystko, co go otacza, to po prostu kształt, w którym chwilowo zastygł wychrub – tak samo jak brąz pozostaje brązem bez względu na to, czy odlano z niego żolnierzyka, krzyżyk czy pomnik Gribojedowa. A więc istnieje ogromny, bezkresny wychrub, a jego centrum stanowi oświecony przezeń Marałow, świadomy, że musi się za wszelką cenę powstrzymać od zrozumienia tego, że i on też jest w istocie wychrubem.
„Jak długo ja tak wytrzymam? – myślał z rozpaczą Marałow i nie znajdował na to pytanie odpowiedzi. – Muszę się od tego oderwać, zająć się pracą”.
Pracę, na szczęście, miał – odpowiadał na listy czytelników magazynu „Problemy Metodologii”, gdzie się zatrudnił na umowę-zlecenie, by nie czuć się kompletnym emerytem. Stosik nierozpieczętowanych listów właśnie czekał na biurku; Marałow na chybił trafil wziął kopertę zaadresowaną koślawym dziecięcym pismem i otworzył.
„Droga Redakcjo! – przeczytał. – Bardzo lubię wasz tygodnik i zawsze go czytam. Szczególnie spodobał mi się artykuł N. Skołpowskiego o martwych kosmonautach. Skończyłem właśnie dziesiątą klasę i ciągle myślę o tym, po co ja żyję na świecie. I nie wiem. Proszę, odpowiedzcie mi na to pytanie. Kola M., Siestrorieck”.
„Normalka – ocenił Marałow – i zawsze na czasie. Słowo przestrogi trafia do każdego numeru. Powiedzmy, jedna szpalta – to jakieś półtorej strony… Najważniejsze, żeby nie brzmiało oficjalnie; powinno być intymnie”.
Usiadł przy maszynie i wkręcił w nią czystą kartkę.
„Przyznam Ci się, Nikołaju, że Twój list dał mi wiele do myślenia. Sądząc z tego, co o sobie piszesz, jesteś jeszcze bardzo młody, a w Twoim tonie daje się już wyczuć pewne znużenie, zobojętnienie – i to mnie niepokoi. Może się mylę – wobec tego przepraszam. A teraz co do Twojego listu. Widać, że poważnie zastanawiasz się nad życiem, zadając sobie pytanie, nad którym biedziły się najtęższe umysły ludzkości. Niestety, raczej nie ma na nie prostej i jednoznacznej odpowiedzi (chociaż wiele szkół filozoficznych i religijnych próbowało w swoim czasie jej udzielić). Być może człowiek odpowiada na to pytanie całym swoim życiem i dopiero pod sam jego koniec zaczyna rozumieć, po co żył i jaki jest w tym sens… A więc po co żyjemy? Ależ po to, żeby każdego poranka cieszyć się świeżym oddechem poranka…”
„Nie, niedobrze – pomyślał. – Co to ma być: «każdego poranka cieszyć się oddechem poranka…» Źle”.
„…świeżym oddechem wiatru, słońcem, pięknem ludzkich twarzy; swoją pracą, która koniecznie powinna sprawiać radość. Żyjemy po to, żeby wieczorami patrzeć w gwiazdy na ciemnym niebie i myśleć o nieskończoności, której cząstką jesteśmy; żyjemy po to, by kochać i być kochanymi, żeby być szczęśliwymi i dawać szczęście innym. Żyjemy po to, by odkrywać tajemnice wszechświata i pozostawiać tę wiedzę naszym dziecim, żeby…”
– Dopiszę po „Wiadomościach” – postanowił Marałow.
6
– …nie zwracając uwagi na deszczyk ze śniegiem, zbierają się w centrum miasta. Wszędzie panuje dziś miły, radosny nastrój. Dobrego dnia! – mówiło radio w kuchni mglistego listopadowego wieczoru.
„Ależ się ich uczepił ten wychrub – pomyślał z irytacją Marałow. – Chociaż jak się głębiej zastanowić, to nie ich się uczepił, ale siebie samego”.
Teraz odbierał swoją sytuację następująco: on stoi na dolnym wychrubie, a z góry, jak prasa hydrauliczna, opuszcza się powoli drugi wychrub; on, Marałow, jeszcze żyje, tylko dlatego, że nie chce przyznać, iż jest wychrubem, chociaż zdaje sobie sprawę, że to nieuczciwe.
– W takich chwilach trzeba bez obawy spojrzeć prawdzie w oczy. I oczywiście należy pamiętać wszystko dobre, co się wydarzyło. O tym właśnie śpiewa grupa Duran-Duran – zakończyło radio.
– Wychrub-wychrub! – krzyknął Marałow, zrywając się z taboretu i rzucając do głośnika. – Wychrub-wychrub!
Głośnik, zamknąwszy się wreszcie, zawisł na jednym gwoździu. Marałow odetchnął. Aby żyć dalej, za wszelką cenę należało utrzymać równowagę między górnym i dolnym wychrubem, a może między zewnętrznym i wewnętrznym. Wychrub, zawarty w słowach z radia, omal nie naruszył tej równowagi – ale w momencie balansowania na samym skraju rozpadu świadomość Marałowa ze strachu błyskawicznie wypracowała prosty i jasny plan.
Chodziło o to, że chociaż wychrub wchłonął cały widzialny świat, nie zdradził jeszcze swej prawdziwej istoty. A Marałow już dawno powziął oparte na pewnych drobnych obserwacjach podejrzenie, że żadnego wychrubu w ogóle nigdy nie było – w rzeczywistości istniało coś innego, i kiedy wdarło mu się w duszę, zrobiło w niej dziurę, przez którą cały Marałow wyciekłby jak mleko z uszkodzonego kartonu, gdyby nie zatkał otworu. Wychrub był, po pierwsze, dźwiękowym, po drugie, literalnym, a po trzecie, znaczeniowym konglomeratem, służącym do zatykania dziur. (Burta „Titanica”, przebita górą lodową, i rozmaite paskudztwa, zatykające otwór; w maszynowni wychrub to zasmolone szmaty, w kabinach pasażerskich – bielizna pościelowa, smokingi oraz suknie, i tak dalej).
„Wychrub to nic innego jak symbol, konkretny, wzięty oddzielnie symbol – myślał Marałow, wkładając palto i okręcając szyję szalikiem w kolorze szarego mydła. – I należy go otworzyć za pomocą tego samego symbolu, to jest wychrubu. Zresztą nawet historia dowiodła, że jeden wychrub unicestwia się za pomocą innego, stworzonego na jego miejsce”.
– Zaraz się dowiemy – szeptał Marałow, zamykając drzwi mieszkania i idąc do windy – zaraz się dowiemy, co się tam kryje…
Wiedział, że tam kryje się coś potwornego, coś, czego obecności nie mógł znieść ani przez sekundę – i teraz zamierzał zajść to coś nieznośnego poniekąd od tyłu, popatrzeć na nie przynajmniej jednym okiem.
7
Szybko złapał taksówkę. Usiadł na przednim siedzeniu, popatrzył na kierowcę i aż się wzdrygnął z obrzydzenia: między wąsami tego typa poruszał się bladoróżowy, rozdwojony wychrub. Rozciągnął się we wszystkie strony jednocześnie, mignęło za nim coś wilgotnego i Marałow usłyszał:
– Dokąd jedziemy?
– Do wychrubu – odrzekł cicho Marałow, tak jak to przewidywał jego plan.
– Do jakiego klubu? – zapytał kierowca. – Klubów jest dużo. Więc gdzie?
– Wychrub – powtórzył Marałow lakonicznie.
– Jak to wygłup? – oburzył się kierowca.
– Wych… wych… – wykrztusił z przestrachem Marałow. – Wychrub!
– No i po co te ychy – zamruczał taksówkarz. – Nie ma co tak krzyczeć. – Wyraźnie się obraził.
Ulica pomknęła im na spotkanie – ulica dla kierowcy, a dla Marałowa wiadomo co: coś, co miało po bokach pionowe szare wychruby, na których świeciły inne wychruby – żółte i kwadratowe.
8
– Tutaj? – zapytał nieżyczliwie kierowca.
Marałow spojrzał przez przednią szybę. Miał przed sobą jakby koniec miasta – asfaltowa droga pięła się w górę i kończyła w zaspie, za którą, co można było wyraźnie wyczuć, nie było już nic – zaczynał się tam spadek na drugą stronę i zza śnieżnego grzbietu sterczały tylko wątłe wierzchołki drzew.
Marałow bez słowa wręczył tasówkarzowi pieniądze. Ten, nie zapalając światła, zaczął monotonnie szeleścić banknotami – kontur jego głowy zlewał się przy tym z zagłówkiem, a z radia leciało jakieś okropne wycie. Marałow przestraszył się – a nuż kierowca go obrabuje? Natychmiast jednak poczuł, że jego strach jest nieprawdziwy i wcale niestraszny w porównaniu z tym, jak on sam może zaraz nastraszyć taksiarza.
– Nie szukaj pan, nieważne – odezwał się przymilnie. – Posłuchaj pan lepiej, co panu powiem…
Kiedy krzyk taksówkarza ucichł gdzieś za domami, Marałow wysiadł z samochodu i ruszył naprzód, na przełaj przez zaspy. Drzewa przepuściły go, uderzywszy gałęziami po twarzy – Marałow nawet się nie schylił po strącony z głowy kapelusz. Przed nim leżało pole pokryte ośnieżonymi kopcami i dołami, a z najbliższego kopczyka spoglądał nań wychrub w postaci niedużego psa.
Marałow pomachał mu ręką.
– Już idę! – zawołał. – Zaraz…
Czuł w jakiś sposób, że zbliża się do tajemnicy ukrytej za dziwnym słowem. Zapadając się w śnieg, szedł naprzód, i ta pewność w nim narastała. Pies podreptał za nim, zachęcony jego zdecydowanym krokiem. To, co Marałow ujrzał i pojął owej dawnej pijackiej nocy, zaczynało wrzeć w jego duszy niby woda w garnku, a pojęcie „wychrub” stało się jakby pokrywką – podniósłszy ją, można było natychmiast wszystko zrozumieć, jeśli oczywiście człowiek się nie bał ewentualnych poparzeń.
Maszerując zamaszyście po bruzdach i nie zwracając uwagi na sypiący mu się butów śnieg, Marałow zaczął rozmyślać o znaczeniu, jakie kryło się w tym słowie. Z takiego punktu widzenia jeszcze nie rozpatrywał tego problemu, a sama nowość podejścia i lekkość, z jaką myślało mu się o wychrubie, świadczyły o tym, że jest bliski rozwiązania zagadki. „«Wychrub» – analizował – to i «wybój», i «wykrot», tak, z pewnością. Albo…”
„Albo” okazało się już niepotrzebne. Marałow zobaczył wychrub jako taki. Oczywiście cała reszta – niebo, śnieg, drzewa – też było wychrubem, ale jakby ukrytym, zakamuflowanym pod innym kształtem, a tu był wychrub w stanie surowym, w swojej pierwotnej formie – podłużny, zasypany śniegiem wykop z dwiema dość wysokimi, sięgającymi Marałowowi do pasa, oblodzonymi pryzmami po bokach.
Wiedząc już, co ma robić, Marałow ruszył biegiem, po drodze rozpinając palto, zrzucając z nóg buty i głosnym śmiechem odpowiadając na szczekanie kręcącego mu się pod nogami psa. Odległość była niewielka – i było w tej przebieżce coś z ostatnich kroków młodzieńca z pochodnią przed ogromnym olimpijskim zniczem; im jest on bliżej, tym uroczystszy i wolniejszy staje się jego krok, tym bardziej nieuniknione to najważniejsze. Marałow ujrzał w wyobraźni wszystkie niezliczone tramwaje, autobusy i pociągi podmiejskie, samoloty i statki wycieczkowe, które go tu przywiozły, wszystkie buty, znoszone w drodze do tego miejsca, wszystkie niegdysiejsze myśli o tym, jak najwygodniej i najbardziej komfortowo dotrzeć do owego punktu w czasie i przestrzeni, wszystkie racjonalne i poważne wyjaśnienia tego, co się dzieje, które normalny człowiek nakleja na każdy zwrot w swoim życiu – słowem, przypomniało mu się bardzo wiele.
– Wy-y-ych-ru-u-u-ub! – krzyknął, unosząc twarz ku niebu.
A potem bez wahania, z rozmachem dał nura do wykopu i – tak jak się zrzuca płachtę z pomnika – odrzucił niepotrzebne już słowo, przygotowując się na zobaczenie tego, co jest za nim.
9
Znaleźli go dwa dni później narciarze, zauważywszy sterczącą ze śniegu czerwoną skarpetkę.
[copyright by Wydawnictwo W.A.B.]
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...