Napoleon
(Наполеон: жизнь после смерти / Napoleon; żyzń posle smierti)
Edward Radziński
gatunek: książka historyczna
tłumaczenie: Eugenia Siemaszkiewicz
wydawnictwo: Magnum
rok wydania: 2003
rok wydania pol.: 2003
ISBN: 83-85852-86-7
liczba stron: 320
format: 16,5 x 23,5 cm
tłumaczenie: Eugenia Siemaszkiewicz
wydawnictwo: Magnum
rok wydania: 2003
rok wydania pol.: 2003
ISBN: 83-85852-86-7
liczba stron: 320
format: 16,5 x 23,5 cm
Błyskotliwa biografia Napoleona. Internowany na Wyspie Świętej Heleny imperator pisze scenariusz swojego życia, dyktując go zaufanemu sekretarzowi de Las Casesowi. Przeżywa raz jeszcze swoje zwycięstwa i dni chwały, ale też wszystkie przegrane i klęski, pragnąc pozostawić o nich własny przekaz. Hrabia de Las Cases, bystry obserwator życia na angielskiej wyspie, jest – jak wszyscy bohaterowie tej powieści – postacią autentyczną. Jego sensacyjne zapiski ze Świętej Heleny, przemycone do Paryża i wydane w 1823 roku, już po śmierci Napoleona, doczekały się wielu wydań.
[Wydawnictwo Magnum]
[Wydawnictwo Magnum]
Pod Arcole też zagrałem ze śmiercią. Tam też było straszliwe piekło... Na próżno próbowaliśmy zdobyć most. Na moście piętrzyły się już stosy trupów. Żołnierzy ogarnęła rozpacz. Wtedy sam ich poprowadziłem. Marmont błagał mnie: „Niech pan tam nie idzie, zginie pan”. Miałby rację, gdyby szło o zwykłego śmiertelnika. Ale to byłem ja... Dokoła znów padali ludzie, zabito mego adiutanta Moirona, który osłonił mnie przed kulą własną piersią... A mnie się nie stało nic...
Pamiętał! Wszystko pamiętał!
Cesarz uśmiechnął się, jak zwykle czytając w moich myślach, i ciągnął:
– „Forsowaliście rzeki bez pontonów, wygrywaliście bitwy bez armat, biwakowaliście bez kawałka chleba i kubka wina, pokonywaliście setki kilometrów, nie mając nawet butów, bo jesteście żołnierzami Wolności. Teraz macie wszystko! Wdzięczna Ojczyzna sławi wasze czyny! Ale pamiętajcie, że to, czego dokonaliście, jest niczym w porównaniu z tym, co przed wami!”
Nakładając jednak kontrybucje na pokonane rządy, nigdy nie pozwalałem swoim żołnierzom rabować ludności. Zwracałem się do nich: „Przyrzekam wam wielkie zwycięstwa. Wy zaś przysięgnijcie, że będziecie szczędzić ludy, które przyszliśmy wyzwolić. Łamiąc tę przysięgę, staniecie się barbarzyńcami, biczem ludów i wolna Ojczyzna nigdy nie uzna was za synów... Pamiętajcie, że nie ścierpię rozbójników, którzy rzucą cień na naszą chwałę. Grabieżcy zostaną rozstrzelani!”.
Z mego rozkazu rozstrzelano sześciu żołnierzy, którzy ograbili miejscowy kościół i kilka domów. Mogłem tedy napisać w swojej proklamacji: „Ludy Italii! Francja spieszy wam na pomoc! Przysięgamy szanować waszą religię, obyczaje i waszą własność. Walczymy tylko z waszymi ciemiężycielami!”.
Były to wielkie czasy! Byłem wtedy niezmordowany... tak młody jak cała moja armia. Mogłem jeść gwoździe i w ogóle nie spać... Już później, w Rosji... kiedy z trudem się odlewałem i siedziałem na koniu... zrozumiałem, co to za szczęście być młodym!... Tego niech pan nie notuje. Proszę tylko zapisać: otaczali mnie wówczas tacy sami młodzi straceńcy jak ja – moi generałowie o nader podejrzanych biografiach. Każdego można było zesłać na galery i każdy wiedziałby za co! Byliśmy dziećmi rewolucji, która wyciąga z błota. Wszyscy też byliśmy synami jednego kraju. No i biliśmy armię austriacką składającą się z najemników i starych generałów. Niech pan zapamięta, że geniusz opromienia młodych... Aleksander Macedoński, Hannibal, Atylla byli moimi rówieśnikami, byli nawet młodsi... Codziennie wyrzucałem sobie: „Masz już dwadzieścia sześć lat! A dopiero zaczynasz...”. Nie miałem dla siebie litości – szedłem w samo piekło bitwy na czele swoich żołnierzy! Wiedziałem, że jeśli urodziłem się dla nieśmiertelności, przeznaczenie mnie obroni! Nie znałem lęku i to przynosiło mi posłuch zarówno żołnierzy, jak i generałów: Byli mi całkowicie posłuszni. Powtórzyłem doświadczenie Tulonu...
Dziesiątego maja w bitwie pod Lodi Austriacy ostrzeliwali most pociskami, a ja byłem w gąszczu atakujących. Dokoła ginęli ludzie i padały pociski, ale mnie kule się nie imały. No i wzięliśmy most... Kiedy zapadła noc, wróciłem na zdobyty most zasłany trupami i po raz nie wiedzieć który powiedziałem sobie: „Jakże osłania cię los! Zostałeś naznaczony i dokonasz wszystkiego, co widziałeś w ambitnych snach”.
Pod Arcole też zagrałem ze śmiercią. Tam też było straszliwe piekło... Na próżno próbowaliśmy zdobyć most. Na moście piętrzyły się już stosy trupów. Żołnierzy ogarnęła rozpacz. Wtedy sam ich poprowadziłem. Marmont błagał mnie: „Niech pan tam nie idzie, zginie pan”. Miałby rację, gdyby szło o zwykłego śmiertelnika. Ale to byłem ja... Dokoła znów padali ludzie, zabito mego adiutanta Moirona, który osłonił mnie przed kulą własną piersią... A mnie się nie stało nic...
Gros namalował mnie później na moście Arcole ze sztandarem. W rzeczywistości nie trzymałem sztandaru, a szpadę. I nieźle nią popracowałem. I znów wyszedłem cało z samego piekła...
Milczał przez chwilę.
– Jak pan widzi, nie tylko dowodziłem bitwami, uczestniczyłem w wielu krwawych walkach... ale nie odniosłem większych ran... ot, takie sobie draśnięcia.
Marchand opowiadał później, że kiedy obmywano ciało cesarza, znaleziono na nim wiele blizn po odniesionych ranach. Przemagając nieludzki ból, cesarz pozostawał w szeregu, żeby żołnierze wierzyli, że cesarza kule się nie imają.
[copyright by Wydawnictwo Magnum]
Pamiętał! Wszystko pamiętał!
Cesarz uśmiechnął się, jak zwykle czytając w moich myślach, i ciągnął:
– „Forsowaliście rzeki bez pontonów, wygrywaliście bitwy bez armat, biwakowaliście bez kawałka chleba i kubka wina, pokonywaliście setki kilometrów, nie mając nawet butów, bo jesteście żołnierzami Wolności. Teraz macie wszystko! Wdzięczna Ojczyzna sławi wasze czyny! Ale pamiętajcie, że to, czego dokonaliście, jest niczym w porównaniu z tym, co przed wami!”
Nakładając jednak kontrybucje na pokonane rządy, nigdy nie pozwalałem swoim żołnierzom rabować ludności. Zwracałem się do nich: „Przyrzekam wam wielkie zwycięstwa. Wy zaś przysięgnijcie, że będziecie szczędzić ludy, które przyszliśmy wyzwolić. Łamiąc tę przysięgę, staniecie się barbarzyńcami, biczem ludów i wolna Ojczyzna nigdy nie uzna was za synów... Pamiętajcie, że nie ścierpię rozbójników, którzy rzucą cień na naszą chwałę. Grabieżcy zostaną rozstrzelani!”.
Z mego rozkazu rozstrzelano sześciu żołnierzy, którzy ograbili miejscowy kościół i kilka domów. Mogłem tedy napisać w swojej proklamacji: „Ludy Italii! Francja spieszy wam na pomoc! Przysięgamy szanować waszą religię, obyczaje i waszą własność. Walczymy tylko z waszymi ciemiężycielami!”.
Były to wielkie czasy! Byłem wtedy niezmordowany... tak młody jak cała moja armia. Mogłem jeść gwoździe i w ogóle nie spać... Już później, w Rosji... kiedy z trudem się odlewałem i siedziałem na koniu... zrozumiałem, co to za szczęście być młodym!... Tego niech pan nie notuje. Proszę tylko zapisać: otaczali mnie wówczas tacy sami młodzi straceńcy jak ja – moi generałowie o nader podejrzanych biografiach. Każdego można było zesłać na galery i każdy wiedziałby za co! Byliśmy dziećmi rewolucji, która wyciąga z błota. Wszyscy też byliśmy synami jednego kraju. No i biliśmy armię austriacką składającą się z najemników i starych generałów. Niech pan zapamięta, że geniusz opromienia młodych... Aleksander Macedoński, Hannibal, Atylla byli moimi rówieśnikami, byli nawet młodsi... Codziennie wyrzucałem sobie: „Masz już dwadzieścia sześć lat! A dopiero zaczynasz...”. Nie miałem dla siebie litości – szedłem w samo piekło bitwy na czele swoich żołnierzy! Wiedziałem, że jeśli urodziłem się dla nieśmiertelności, przeznaczenie mnie obroni! Nie znałem lęku i to przynosiło mi posłuch zarówno żołnierzy, jak i generałów: Byli mi całkowicie posłuszni. Powtórzyłem doświadczenie Tulonu...
Dziesiątego maja w bitwie pod Lodi Austriacy ostrzeliwali most pociskami, a ja byłem w gąszczu atakujących. Dokoła ginęli ludzie i padały pociski, ale mnie kule się nie imały. No i wzięliśmy most... Kiedy zapadła noc, wróciłem na zdobyty most zasłany trupami i po raz nie wiedzieć który powiedziałem sobie: „Jakże osłania cię los! Zostałeś naznaczony i dokonasz wszystkiego, co widziałeś w ambitnych snach”.
Pod Arcole też zagrałem ze śmiercią. Tam też było straszliwe piekło... Na próżno próbowaliśmy zdobyć most. Na moście piętrzyły się już stosy trupów. Żołnierzy ogarnęła rozpacz. Wtedy sam ich poprowadziłem. Marmont błagał mnie: „Niech pan tam nie idzie, zginie pan”. Miałby rację, gdyby szło o zwykłego śmiertelnika. Ale to byłem ja... Dokoła znów padali ludzie, zabito mego adiutanta Moirona, który osłonił mnie przed kulą własną piersią... A mnie się nie stało nic...
Gros namalował mnie później na moście Arcole ze sztandarem. W rzeczywistości nie trzymałem sztandaru, a szpadę. I nieźle nią popracowałem. I znów wyszedłem cało z samego piekła...
Milczał przez chwilę.
– Jak pan widzi, nie tylko dowodziłem bitwami, uczestniczyłem w wielu krwawych walkach... ale nie odniosłem większych ran... ot, takie sobie draśnięcia.
Marchand opowiadał później, że kiedy obmywano ciało cesarza, znaleziono na nim wiele blizn po odniesionych ranach. Przemagając nieludzki ból, cesarz pozostawał w szeregu, żeby żołnierze wierzyli, że cesarza kule się nie imają.
[copyright by Wydawnictwo Magnum]
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...