Nefrytowy różaniec
(Нефритовые чётки)
Borys Akunin
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: Świat Książki
rok wydania: 2006
rok wydania pol.: 2008
ISBN: 978-83-247-14-63-6
liczba stron: 656
format:
Zapowiadając, że nie będzie więcej pisał o Fandorinie, Boris Akunin na szczęście nie dotrzymał słowa. Nowa książka to cykl opowiadań, w których słynny detektyw rozwiązuje wiele zdumiewających zagadek, przeżywając niezwykłe przygody od Moskwy i Syberii, przez Japonię, po Anglię i... Dziki Zachód.
Skąd się wziął nefrytowy różaniec, który pomaga Fandorinowi w skupieniu się? O co staje do pojedynku z samym Sherlockiem Holmesem? Kim jest podstępna „czerwona perła prerii”? Pasjonująca fabuła, klimat i kapitalne nawiązania do klasycznych mistrzów gatunku.
(materiały wydawcy)
Erast Pietrowicz grzecznie stłumił ziewnięcie – nozdrza pięknie rzeźbionego nosa drgnęły, toczony podbródek lekko wyciągnął się w dół, ale wargi nie rozwarły się nawet na moment, a spojrzenie spokojnych błękitnych oczu pozostało życzliwie roztargnione. Sztuka dyskretnego ziewania była jednym z absolute musts człowieka światowego, piastującego przy tym godność urzędnika do specjalnych poruczeń przy generale-gubernatorze. Obowiązkowa obecność na balach i rautach była jednym z cięższych obowiązków służby Erasta Pietrowicza – poza tym niezbyt absorbującej i niekiedy nawet atrakcyjnej.
Radca dworu pochwycił na sobie wymowne spojrzenie Peggy Niemczinowej i jął ze skupioną miną kontemplować kryształowy żyrandol, rozjarzony drżącym gazowym światłem. Wzrok pięknej panny, która w tym sezonie zrobiła prawdziwą furorę i już otrzymała trzy propozycje małżeństwa (odrzucone z racji niedostatecznych perspektyw), oznaczał: czemu nie miałby pan zatańczyć ze mną kadryla? Chodzi o to, że Fandorin miał nieostrożność zaprosić śliczną debiutantkę do walca i natychmiast tego pożałował: tańczyła jak mechaniczna lalka, a na domiar złego okazała się wyjątkowo głupiutka. Widząc, że mademoiselle Niemczinowa jakby przypadkiem ruszyła wzdłuż ściany, wyraźnie zamierzając przejść do stanowczych działań, Erast Pietrowicz udaremnił ten niebezpieczny manewr – przesunął się w kąt sali, gdzie zgromadził się sam kwiat nietańczących. Był tu i książę Dołgoruki we własnej osobie, i dostojni sędziwi radcy stanu we wstęgach orderowych z mieniącej się mory, i zażywni generałowie w złotych epoletach.
Wśród tych ostatnich znajdował się także oberpolicmajster Baranów, który z wyrozumiałym uśmiechem słuchał gestykulującego z ożywieniem jegomościa w źle skrojonym fraku i przekrzywionej białej muszce. Był to znany moskiewski dziwak i ekscentryk, hrabia Chrucki, który słynął jako wyjątkowy mruk i nigdy nie chodził na bale. Opowiadano o nim, że długo podróżował po krajach Wschodu i spędził kilka lat w jakimś górskim klasztorze, zgłębiając tajemnice bytu. Podobno nawet je zgłębił i groził, że napisze o tym książkę, która przewróci do góry nogami całą zachodnią cywilizację, ale ciągle nie mógł się do niej zabrać, wciąż zaabsorbowany czymś nowym: to organizacją zbiórki na budowę w Moskwie buddyjskiej świątyni, to wykładami na uniwersytecie na temat wschodniego mistycyzmu, to idiotycznym projektem, który rozśmieszył całe miasto, zbudowania kolei żelaznej do Oceanu Spokojnego. Zimą nawet w największe mrozy Chrucki codziennie zażywał kąpieli w śniegu na dziedzińcu swojej na pół zrujnowanej arbackiej siedziby, w którym to celu stróż utrzymywał w gotowości specjalną sypką zaspę – przechodnie zaś gapili się na szalonego hrabiego przez stare żelazne ogrodzenie.
Erast Pietrowicz był kiedyś przedstawiony hrabiemu i nawet odbył z nim arcyciekawą rozmowę o praktycznej możliwości nieśmiertelności, ale jakoś nie miał okazji zbliżyć się z nim bardziej, chociaż sam też interesował się Wschodem i zażywał śnieżnych kąpieli – co prawda bardziej prywatnie.
– Panie Fandorin! – zawołał energicznie Chrucki, zwracając się do Erasta Pietrowicza. – Zjawia się pan w samą porę! Już bitą godzinę opowiadam generałowi o pewnym tajemniczym zdarzeniu, ale on mnie nie słucha. – Hrabia znów odwrócił się do oberpolicmajstra, złapał go za guzik z herbem i wykrzyknął zapalczywie: – Mówię panu, łaskawco, to nie jest zwykłe zabójstwo i grabież!
Erast Pietrowicz jest człowiekiem przenikliwym, nie to co pan. Niech on nas
rozsądzi.
Generał rzucił Fandorinowi męczeńskie spojrzenie, ostrożnie uwolnił pojmany guzik i zadudnił dobrodusznym basem:
– No i cóż w tym tajemniczego, Lwie Aristarchowiczu. Stuknęli siekierą po łbie handlarza starzyzną. Na Suchariewce takie tajemnice zdarzają się prawie codziennie. To jest zwyczajna policyjna historia, poradzi z tym sobie byle cyrkułowy.
Jaki handlarz starzyzną? – zapytał Erast Pietrowicz. – Ma pan na myśli antykwariusza Priachina? Czytałem o tym w „Komunikatach policyjnych”. Wygląda na rozbój po pijanemu.
– Bez żadnych wątpliwości. – Baranów kiwnął głową. – Sklepik nędzny, doświadczony bandyta by się na coś takiego nie połaszczył. Zabili właściciela, zrabowali jakąś groszową tandetę...
– Doskonale znałem Priachina! – przerwał mu zapalczywie Chrucki. – Często do niego wpadałem. Skupował różne różności od Chińczyków opiumistów i odkładał dla mnie. Po większej części istotnie była to tandeta, ale czasem trafiało się coś ciekawego. No więc, Eraście Pietrowiczu, trzy dni temu był już jeden napad na ten sklepik. Późnym wieczorem, kiedy pozostał tam tylko subiekt. Uderzyli go od tyłu w głowę, ogłuszyli. Przeryli wszystko i wynieśli się, niczego nie zabierając. No i co pan na to?
– Zaiste dziwne – przyznał Fandorin, zauważywszy kątem oka, że mademoiselle Niemczinowa zbliżyła się do rozmawiających na jakieś trzy sążnie i zatrzymała się niezdecydowana.
Przywołując na twarz wyraz niezwykłego przejęcia, radca dworu odwrócił się do hrabiego i zapytał:
– A zatem niczego nie zabrano?
– Priachin mi mówił, że rabusie przewrócili wszystko do góry nogami, a zabrali tylko wielki kolorowy fajansowy wazon, który mógł kosztować najwyżej pięć rubli. A japońskiego netsuke z agatu, rzeczy najcenniejszej, nie tknęli.
– A czy tym razem coś zginęło?
– Rozmawiałem z Nikiforem, subiektem – powiedział Chrucki. – Znowu rozbebeszyli cały sklep, nawet zerwali podłogę, a wzięli tylko parę tanich hongkońskich chust i miedzianą arabską fajkę. Nie, panowie, to nie był napad rabunkowy. Jestem pewien, że mordercy czegoś szukali. Erast Pietrowicz ze zdziwieniem uniósł brwi.
– Na jakiej podstawie twierdzi pan,że morderca nie był sam?
– Tak uważa policja – odpowiedział za hrabiego Baranów. – W pojedynkę trudno narobić takich szkód. No, chyba że w napadzie jakiejś szczególnej wściekłości. Tego nieszczęsnego antykwariusza wręcz porąbano na kawałki.
– To w istocie dziwna historia. – Z tyłu dały się słyszeć lekkie kroki i szelest gipiurowej sukni, Fandorin więc przysunął się bliżej do generała, jakby chcąc go poinformować o jakimś wydarzeniu wielkiej wagi państwowej. – Jak na napad na skromny sklepik, w dodatku z wyraźnymi śladami przeszukania. Raczej nie wygląda to na zwykły rabunek po pijanemu.
– Tak pan sądzi? – Oberpolicmajster zawsze odnosił się do opinii urzędnika do specjalnych poruczeń z całą powagą, toteż teraz zaproponował: – A może przekazać tę sprawę z cyrkułu do policji śledczej?
– Na razie nie. Jutro zajrzę na miejsce przestępstwa i zobaczę, co i jak. Wtedy podejmiemy decyzję. Kto tam jest cyrkułowym? Niebaba?
– Tak, Makar Niebaba. – Generał uśmiechnął się. – Śmieszne nazwisko. Istotnie, do baby wcale nie jest podobny. Pudowe łapska, wszyscy kloszardzi z Suchariewki trzęsą przed nim portkami. Straszny z niego szelma, ale porządku pilnuje dobrze.
Tu spojrzenie jego ekscelencji pobiegło gdzieś za plecy Erasta Pietrowicza, twarz przybrała wyraz udawanego zachwytu, a podkręcone wąsy nastroszyły się z galanterią, z czego można było wywnioskować, że Peggy ruszyła do szturmu.
Fandorin usłyszał lekki stuk, któremu towarzyszyło melodyjne „ach!”. Westchnąwszy z rezygnacja odwrócił się i podniósł upuszczony wachlarz. Kadryl był nie do uniknięcia.
– O której, mówicie, to się stało? – zapytał Fandorin, kucając i z uwagą oglądając zamek w drzwiach.
– Tak jakoś o dziewiątej albo dziesiątej wieczór – odparł cyrkułowy, znany na całej Suchariewce Makar Niłowicz Niebaba, żylasty, długoręki, o grubo ciosanej ponurej twarzy. – Sklep był już zamknięty, ale gospodarz jeszcze coś tam robił. Pewnikiem obliczał utarg. A tego w sklepie nie było.
Policjant wskazał na „tego” – subiekta Nikifora Klujewa, nerwowego przygarbionego chłopinę około czterdziestki. Głowa subiekta obwiązana była niezbyt czystą szmatką – podczas poprzedniego napadu Klujew otrzymał od nieznanych sprawców porządny cios w ciemię.
– Od tamtego dnia leżałem całkiem bez sił – poskarżył się Klujew – i do dzisiaj telepie mnie na boki. Dochtór powiedzieli, cud boski, że mi czerep nie pękł na dwoje. Bóg strzegł. A jakbym tu był pozawczoraj, toby i mnie, jak Siłantija Michałycza... – Przeżegnał się i pochwyciwszy surowe spojrzenie cyrkułowego, jął pośpiesznie odwijać szmatę. – O proszę, Makarze Niłyczu, raczy pan spojrzeć. Nie guz, ale prawdziwa gruszka diuszesa. Klujew pochylił łysą gruzłowatą głowę i zademonstrował dowód przeżytych cierpień. Guz istotnie był imponujący: sinopurpurowy, nabrzmiały, może nie gruszka diuszesa, ale porządna śliwka.
– Między dziewiątą a dziesiątą? – powtórzył radca dworu i zabębnił palcami w drzwi. Cyrkułowy nachylił się ku niemu i zaszeptał głośno, delikatnie zakrywając usta olbrzymią dłonią, ale i tak zaleciało czosnkiem i okowitą – Erast Pietrowicz lekko zmarszczył nos.
– Sam się zdziwiłem. Taka późna pora, Priachin powinien był już dawno zamknąć drzwi na zasuwę. Sam pan rozumie, wasza wielmożność, to Suchariewka. A śladów włamania nie ma – znaczy, zabity sam otworzył. Może to był ktoś znajomy?
– Zdziwiliście się? – Erast Pietrowicz spojrzał z ukosa na policjanta. – To czemu nie napisaliście tego w raporcie?
– Moja wina...
Twarz Niebaby w jednej chwili przybrała tępy, twardy wyraz, oczy nabrały szczególnego blasku, właściwego jedynie starym policyjnym wygom. Fandorin tylko westchnął: cyrkułowy z Suchariewki nie chciał, żeby po jego terytorium myszkowali panowie z policji śledczej, więc zataił podejrzaną okoliczność. Zwyczajna praktyka.
Urzędnik zwrócił się do subiekta:
– Niech no pan opowie, Klujew, szczegółowo, jak się pan dorobił takiej ozdoby na głowie. Kiedy to się stało? Cztery dni temu?
– Opowiem wszystko z najdrobniejszymi detalami – odrzekł z gotowością poszkodowany, wyprostował wąskie ramiona, odkaszlnął i zaczął:
– Zapadał wieczór. Srożyła się burza, nieboskłon rozdzierały błyskawice i deszcz lał jak z cebra. Siłantij Michałycz, przyjąwszy krople rzepakowe na hemoroidy i życzywszy mi kojących snów, oddalił się, by zażyć zasłużonego wypoczynku po pracowitym dniu, a ja wychyliłem filiżaneczkę herbaty i przygotowałem się do zamknięcia rzeczonego sklepu. Wyszedłem na ulicę, zaciągniętą mglistą oponą deszczu.
– Czytuje pan „Niedzielne Lektury”? – przerwał mu Fandorin. – Proszę bez opisów przyrody, do rzeczy.
– Do rzeczy? – zająknął się zbity z tropu Klujew. – A do rzeczy, wasza wielmożność, to było tak. Odwróciłem się, żeby zaryglować drzwi, a dalej nic nie pamiętam. Ocknąłem się – leżę na progu, ciemno choć oko wykol i bezpański pies liże mnie po głowie.
– Uderzono go od tyłu ciężkim tępym przedmiotem w okolicę potylicznociemieniową – uściślił z powagą cyrkułowy.
– I nie słyszał pan odgłosu kroków? Niech się pan postara sobie przypomnieć. Wszak ulica jest brukowana.
Klujew zmarszczył czoło na znak, że bardzo się stara, ale tylko pokręcił głową.
– Nie. Nie pamiętam. Pełno tu rozmaitych oberwańców, wielu chodzi w ogóle bez butów. Jak nic, złoczyńca był rozzuty – wysunął przypuszczenie subiekt, ale zaraz sam sobie zaprzeczył. – Chociaż gdyby był rozzuty, toby plaskał, a żadnego plaskania nie było.
– Może to Chince? – wtrącił Niebaba. – Oni chodzą w kapciach. Cichutko, bez żadnego hałasu.
Poszkodowany z zapałem poparł tę hipotezę:
– A to jest bardzo możliwe. Do naszego sklepu zagląda sporo skośnych. A zdarzają się i półobłąkani, co palą ichnią chińską trawę. Cyrkułowy potężną łapą odsunął wątłego świadka na bok, żeby go nie oddzielał od zwierzchności.
– Ja to myślę tak, wasza jaśnie wielmożność. Nie inaczej, tylko Priachina wykończył jakiś chiński opiumista. Nasz prawosławny po pijanemu nie gorzej potrafi zmasakrować. żeby zrobić coś tak okrutnego, trza być w kompletnym zamroczeniu. Mało, że zatłukli, to jeszcze potem cięli siekierą – odrąbane palce poniewierały się na podłodze, cały bok w drobnych nacięciach, brzucho rozprute, a krwi – morze. To jest jak nic robota palacza w opiumowym szale. Tylko że Kitajca w życiu nie znajdziemy. Oni naszej policji nic nie powiedzą, wszystkie porachunki załatwiają między sobą. A i na mordę wszyscy jednakowi, zgadnij tu, człowieku, który jest który.
Erast Pietrowicz wszedł do ciasnego sklepu i zatrzymał się przed ogromną brunatną plamą zaschniętej krwi, ciągnącą się od lady prawie do samych drzwi.
– Czy były tu ś-ślady stóp?
– Nie, nie znaleziono ani jednego. Urzędnik przeszedł po plamie, pokręcił głową.
– A zatem ani jednego krwawego odcisku? Przecież cała podłoga jest zalana. Zbrodniarz rąbał ofiarę o tam, przy kontuarze?
– Tak jest. I o, raczy pan spojrzeć, cały towar poniszczył i porozrzucał.
– I jak się p-po tym wszystkim dostał do drzwi, ani razu nie wdeptując w kałużę? Cyrkułowy zastanowił się, wzruszył ramionami.
– Musiał przeskoczyć
– Wyjątkowa ostrożność jak na odurzonego opium. No i niezły skok – na jakieś cztery arszyny, bez rozbiegu.
Erast Pietrowicz obejrzał przestrzeń za kontuarem, zarzuconą rozmaitymi rupieciami. Podniósł z podłogi zwój z chińskimi znakami, rozwinął, przeczytał, troskliwie odłożył na kantorek i krótko rzucił okiem na małego, oblazłego wypchanego krokodyla, wiszącego na ścianie nad lampą naftową. Przykucnął i zaczął szperać w porozrzucanym towarze, częściowo potłuczonym lub zmiażdżonym. Szczególne zainteresowanie radcy dworu wzbudziła żółta kościana kula, nieco mniejsza od bilardowej – zniszczona i poszczerbiona, z jakimiś zawiłymi napisami. Ale na dziwaczne znaki Fandorin nie zwrócił uwagi, tylko poskrobał paznokciem szczerby i nawet obejrzał je przez lupę. Cyrkułowy tymczasem przechadzał się wzdłuż zdemolowanych półek. Wziął brązowe lusterko z wygiętą rączką, chuchnął na plamistą powierzchnię, przetarł ją mankietem i wsunął znalezisko do kieszeni. Subiekt tylko westchnął, ale nie śmiał interweniować, zresztą co go teraz obchodził dobytek pryncypała?
– Powiedzcie mi, Niebaba, skąd wam przyszło do głowy, że Priachina najpierw zabito, a dopiero potem porąbano siekierą? – zapytał nagle Fandorin, podnosząc się z podłogi.
Władca Suchariewki popatrzył z politowaniem na naiwnego przedstawiciela zwierzchności, podkręcił szpakowatego wąsa.
– A jakże by inaczej, wasza jaśnie wielmożność! Gdyby Priachina rąbali żywcem, darłby się tak, że usłyszano by w sąsiednich domach. A żadnego darcia nie odnotowano, sprawdzałem.
– Rozumiem. – Fandorin zbliżył kulę do oczu policjanta. – A co to za ślady?
– Skąd ja... Oj, przecież to zęby! – jęknął Niebaba.l – Kto by miał gryźć taką kościaną gruszkę? Nawet by się nie dało.
Wziął kulę, zacisnął na niej mocne żółte zęby i okazało się, że istotnie kuli nie da się nagryźć, jest bardzo twarda.
– Obejrzeliście zęby zabitego? Nie? – Erast Pietrowicz zafrasowany zmarszczył czoło. – Jestem pewien, że niektóre z nich są połamane albo pokruszone. Tę kulę morderca wsadził antykwariuszowi w usta.
– Po co? – zdziwił się cyrkułowy, a subiekt pisnął, przeżegnał się i zasłonił ręką blade, wąskie wargi.
– Po to, żeby w sąsiednich domach nie było słychać, jak się wyraziliście, „darcia”. Ofiarę rąbano siekierą żywcem, i to dość długo. Antykwariusz zaś z bólu gryzł tę nieapetyczną kulę...
Teraz przeżegnał się również Niebaba.
– Zgroza! Ale dlaczego wzięli Priachina na takie męki?
– Żeby wskazał skrytkę – odparł krótko radca dworu i znów zaczął się rozglądać dookoła, nawet zadarł głowę ku sufitowi. – Jest rzeczą oczywistą, że Priachin był w posiadaniu jakiejś szczególnie cennej rzeczy. Za pierwszym razem, cztery dni temu, z-zbrodniarz (przypuszczam, że był to jeden człowiek) próbował się obejść bez rozlewu krwi: ogłuszył subiekta i przeszukał sklep, ale przedmiotu, który go interesował, nie znalazł. Wobec tego przyszedł drugi raz, już w obecności właściciela, i wziął go na tortury. Ale Priachin nie zdradził skrytki.
– Skąd pan wie, że nie zdradził? – zapytał sceptycznie Nieba-ba. – A któż by wytrzymał coś tak okropnego?
– U niektórych ludzi upór albo chciwość bywają silniejsze niż ból czy nawet strach przed śmiercią. Gdyby antykwariusz oddał to, czego szukał morderca, ten nie musiałby grzebać na półkach i zrywać podłogi. O, widzicie tam w kącie wyłamane deski? Nie, Priachin zabrał swą tajemnicę do grobu.
– O Boże, Boże – lamentował Klujew, żegnając się raz po raz, cyrkułowy zaś po chwili namysłu zapytał:
– A może ten potwór po zamordowaniu Priachina jednakowoż znalazł skrytkę?
– Wątpię – zamruczał z roztargnieniem Erast Pietrowicz, szybko kręcąc głową we wszystkie strony. – Gdyby to był prosty schowek, zbrodniarz odkryłby go już za pierwszym razem. Chodźcie no, teraz my s-spróbujemy.
Przeszedł w głąb ciasnego, wydłużonego pomieszczenia, ostukując tynk kostkami palców. Odwrócił się na obcasach i z jakiegoś powodu trzykrotnie klasnął w ręce.
– Proszę mi powiedzieć, Klujew, nie mieliście tu szafy ogniotrwałej?
– Nie, wasza jaśnie wielmożność, nigdy.
– A gdzie pański pryncypał przechowywał pieniądze i kosztowności?
– Trudno mi powiedzieć, wasza jaśnie wielmożność. Szanowny Siłantij Michałycz był bardzo nieufny.
-I co, przez cały czas, jak pan tu pracujesz, ani razu nie widziałeś, skąd wyjmuje resztę albo gdzie w-wkłada utarg?
– Jakże by nie, widziałem. Do kieszeni – wiadomo. Tylko że w kieszeni dużo pieniędzy nie trzymał. I na ulicę wychodził co najwyżej z trzema rubelkami. „Ludzie to złodzieje i dranie”, powtarzał. Takie miał powiedzonko, a wyrażając się uczenie, kredo.
– Kredo, kredo... – powtórzył przeciągle Erast Pietrowicz i pochyliwszy się, pomacał podłogę.
– Może w piwnicy? – podsunął cyrkułowy.
– W piwnicy raczej nie. – Fandorin szybko wrócił do kontuaru. – Przecież nie schodziłby tam za każdym razem, żeby schować trzyrublówkę. A to jest po co?
Wskazał na spłowiałego krokodyla, szczerzącego ku niemu zębatą paszczę. Mieszkaniec mulistych rzek i ciepłych bagien wisiał za ogon, ale jaszczurczy łeb miał wygięty pod kątem prostym, co wyglądało, jakby się gapił na radcę dworu maleńkimi wesołymi oczkami.
– To jest zwierzę pod nazwą kochinchiński karkadyl – wyjaśnił subiekt.
– Widzę, że krokodyl. Ale po co tu wisi? To nie jest przedmiot antykwaryczny.
– Zawsze tu wisiał, jeszcze zanim nastałem do Siłantija Michałycza. W charakterze ozdoby. Szanowny Siłantij Michałycz bardzo lubił tę potworę, co wieczór osobiście przecierał ją szmatką. Nawet imię jej nadał – Herod.
Erast Pietrowicz westchnął, jakby ubolewając nad dziwactwami ludzkiej natury, i bez najmniejszego wahania wsunął rękę do paszczy krokodyla. Cyrkułowy mimo woli jęknął – wyszczerzone zębiska zamorskiego straszydła wydawały się bardzo ostre i nieprzyjazne.
– No i co my tu mamy? – zamruczał do siebie Fandorin i chyba coś namacał. – No tak. Pod ręką i na widoku – nikt by się nie domyślił. Morderca najwyraźniej nie czytał Edgara Poe. Ostrożnie wyciągnął z dziwacznego schowka najpierw plik drobnych banknotów, a potem zawiniątko z aksamitu, w którym coś lekko postukiwało. Pieniądze niedbale rzucił na kantorek, a aksamit rozwinął. Zaglądający mu przez ramię Niebaba i Klujew westchnęli zawiedzeni: w środku zamiast drogich kamieni czy złota spoczywały kuliste zielone kamyczki, nanizane na nitkę – zwyczajny naszyjnik. Nie, sądząc po chwaścikach, raczej nie naszyjnik, tylko różaniec, tyle że nie chrześcijański, lecz jakiś bisurmański. Cyrkułowy zaczekał, aż Erast Pietrowicz dokładnie obejrzy znalezisko, i zapytał półgłosem:
– To cenna rzecz?
– Niespecjalnie. Zwyczajny nefrytowy r-różaniec. W Chinach i Japonii jest takich pełno. Co prawda ten jest, zdaje się, bardzo stary. Klujew, widział go pan kiedyś?
Subiekt rozłożył ręce.
– Nigdy.
– Zabiorę to ze sobą – postanowił Fandorin. – A pieniądze przeliczcie i sporządźcie protokół.
Niebaba spojrzał chciwie na banknoty, lekko poruszył je palcem i w tej samej sekundzie oznajmił z przekonaniem:
– Trzydzieści siedem rubelków. Wasza jaśnie wielmożność... – Co?
– Może by tak pokazać ten cały różaniec hrabiemu Chruckiemu? Jaśnie pan hrabia jest wielkim znawcą tych wszystkich wschodnich fidrygałów.
– Nie trzeba. – Erast Pietrowicz beztrosko machnął ręką, chowając aksamitne zawiniątko do kieszeni. – Ja też, Niebaba, znam się co nieco na „wschodnich fidrygałach”.
I skierował się do wyjścia, przeprowadzany nieufnym spojrzeniem
cyrkułowego.
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...