Nocny patrol
(Ночной дозор / Nocznoj dozor)
gatunek: science-fiction
tłumaczenie: Anna Skórska
wydawnictwo: MAG
rok wydania: 1998
rok wydania pol.: 2007
ISBN: 978-83-7480-061-7
liczba stron: 392
format: 125x195
tłumaczenie: Anna Skórska
wydawnictwo: MAG
rok wydania: 1998
rok wydania pol.: 2007
ISBN: 978-83-7480-061-7
liczba stron: 392
format: 125x195
Istnieją na tym świecie dwie siły – Światłość i Ciemność, które, jak Dobro i Zło, tkwią w równowadze. Na straży równowagi stoją dwa patrole, Dzienny (przedstawiciel Ciemności) i Nocny (przedstawiciel Światłości) – ci pierwsi strzegą dnia, który jest czasem działania sił Światłości; ci drudzy działają w nocy, patrząc na ręce sił Ciemności. Siły Ciemności żyją w świecie Zmroku pełnym wilkołaków, strzyg, wampirów i czarodziejów. Obie Straże są instytucjami wywiadowczymi korzystającymi zarówno z magii, jak i baz informatycznych. Nocny patrol jest mniej jawny, mniej bezwzględny, może uczciwszy. Dzienny natomiast brutalniejszy – ich strażnicy są wampirami, którzy z łatwością nęcą krwią nawet najwytrwalsze i najuczciwsze głowy patrolu czuwającego nocą.
Rok 2004 jest decydującym dla obu organizacji – w Moskwie ma się pojawić Wielki (Wspaniały, Jedyny) czyli człowiek, który zasili jedną ze Straży i przez to siły Ciemności lub Światłości będą światem rządziły. Zaczyna się śledztwo, pogoń i walka o władzę. Na czele nocnego patrolu stoi Anton. Antoni będzie musiał zadać sobie pytanie, czy aby na pewno stoi po właściwej stronie? Czy przeznaczenie można zmienić? Czy warto poświęcić miłość w imię wielkiej sprawy? Z tymi oraz podobnymi problemami zmierzy się główny bohater Nocnego Patrolu.
Rok 2004 jest decydującym dla obu organizacji – w Moskwie ma się pojawić Wielki (Wspaniały, Jedyny) czyli człowiek, który zasili jedną ze Straży i przez to siły Ciemności lub Światłości będą światem rządziły. Zaczyna się śledztwo, pogoń i walka o władzę. Na czele nocnego patrolu stoi Anton. Antoni będzie musiał zadać sobie pytanie, czy aby na pewno stoi po właściwej stronie? Czy przeznaczenie można zmienić? Czy warto poświęcić miłość w imię wielkiej sprawy? Z tymi oraz podobnymi problemami zmierzy się główny bohater Nocnego Patrolu.
HISTORIA PIERWSZA
WŁASNY LOS
Prolog
Ruchome schody jechały powoli, z wysiłkiem; i nic dziwnego, stara stacja metra. Za to wiatr szalał w tej betonowej rurze na całego – szarpał za włosy, wciskał się pod szalik, spychał w dół.
Wiatr nie chciał, żeby Jegor wyjeżdżał na górę.
Prosił, żeby zawrócił.
To dziwne, ale ludzie na schodach nie zauważali wiatru. Było ich niewielu, przed północą stacja się wyludniała. Kilka osób jechało na dół, zaś schody jadące do góry świeciły pustką – jedna osoba przed Jegorem, dwie czy trzy z tyłu; to wszystko.
No i jeszcze wiatr. Jegor wcisnął ręce do kieszeni, odwrócił się. Od dwóch minut, od chwili, gdy wyszedł z pociągu czuł na sobie czyjeś spojrzenie. To nie było straszne, raczej hipnotyzujące i ostre jak ukłucie.
Na samym szczycie ruchomych schodów stał wysoki mężczyzna w mundurze. Nie milicjant, wojskowy. Dalej kobieta z sennym dzieckiem, które trzymało ją za rękę. I jeszcze jeden mężczyzna, młody, w jaskrawo pomarańczowej kurtce, z odtwarzaczem. Chyba spał na stojąco.
Nic podejrzanego, nawet dla chłopca, który zbyt późno wraca do domu. Jegor znów spojrzał w górę, gdzie oparty o lśniącą poręcz milicjant smętnie wypatrywał wśród pasażerów łatwej zdobyczy.
Nie ma się czego bać.
Wiatr pchnął Jegora po raz ostatni i ucichł, jakby się poddał, jakby zrozumiał, że walka nie ma sensu. Chłopiec znów się obejrzał i zaczął szybko iść po stopniach, które spłaszczały się pod jego stopami. Musi się spieszyć. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że musi. Znów poczuł ukłucie, dziwne i trwożne, po jego ciele przebiegł dreszcz. To wiatr.
Jegor wyskoczył przez uchylone drzwi, przenikliwy ziąb zaatakował z nową siłą. Włosy, wilgotne po basenie – suszarka znów nie działała – od razu zesztywniały. Jegor naciągnął mocniej kaptur, szybkim krokiem mijał małe sklepiki, zanurkował do przejścia. Tu, na górze było znacznie więcej ludzi, ale niepokój tylko się nasilił. Jegor nawet się odwrócił, nie zwalniając, ale nikt za nim nie szedł. Kobieta z dzieckiem ruszyła do przystanku tramwajowego, mężczyzna z odtwarzaczem stanął przy pawilonie i zaczął oglądać butelki, wojskowy jeszcze nie wyszedł z metra.
Chłopiec szedł, coraz bardziej przyspieszając. Skądś płynęła muzyka, cicha, ledwie słyszalna, ale zaskakująco przyjemna. Delikatny śpiew fletu, brzęk gitarowych strun, dźwięk ksylofonu. Muzyka wzywała, przynaglała. Jegor odsunął się, żeby nie wpaść na idące z naprzeciwko towarzystwo, ominął człapiącego, podchmielonego mężczyznę. Teraz wywiało mu z głowy wszystkie myśli, teraz już prawie biegł. Muzyka przyzywała.
Wplotły się w nią słowa.… Na razie ciche, niezrozumiałe, ale również mamiące. Jegor wyszedł z przejścia, przystanął na chwilę, łykając zimne powietrze. Do przystanku właśnie podjechał trolejbus. Mógłby wsiąść, podjechać jeden przystanek, wysiadłby prawie pod domem.
Powoli, jakby nagle zdrętwiały mu nogi, chłopiec zaczął iść w stronę trolejbusu. Pojazd czekał kilka sekund, w końcu drzwi się zamknęły i trolejbus odjechał. Jegor patrzył tępo na niego, a muzyka stawała się coraz głośniejsza, wypełniała cały świat, od podkowy hotelu do widniejącego nieopodal „pudełka na nóżkach” – jego bloku. Muzyka zachęcała, żeby iść piechotą. Po jasno oświetlonej ulicy, gdzie nadal było sporo osób. Tylko pięć minut drogi do jego bloku.
A do muzyki jeszcze mniej…
Gdy Jegor przeszedł jeszcze sto metrów, hotel przestał osłaniać go od wiatru. Lodowy strumień powietrza uderzył w twarz, niemal zagłuszając hipnotyczną melodię. Chłopiec zachwiał się, przystanął. Urok rozwiał się, za to powróciło wrażenie cudzego spojrzenia, teraz już mocno podszyte strachem. Odwrócił się – do przystanku znów podjeżdżał trolejbus, w świetle latarni mignęła pomarańczowa kurtka. Mężczyzna, który wjeżdżał ruchomymi schodami szedł teraz z tyłu. Ciągle miał przymknięte oczy, ale szedł niespodziewanie szybko i celowo, jakby widział Jegora.
Chłopiec zaczął biec.
Muzyka wybuchła z nową siłą, przedarła się przez zasłonę wiatru. Teraz mógł już rozróżnić słowa… Mógł, ale nie chciał.
Właściwie powinien iść ulicą, mijając zamknięte, ale oświetlone sklepy, mijając spóźnionych przechodniów, na widoku jadących samochodów.
Ale Jegor skręcił w podwórko – bo tam wzywała go muzyka.
W podwórku było prawie zupełnie ciemno i pusto, tylko pod ścianą poruszały się dwa cienie. Jegor widział je jakby przez mgłę, wyglądały jak podświetlone matowym, sinym światłem – młody chłopak i dziewczyna, oboje lekko ubrani, jakby na dworze nie było dwudziestu stopni mrozu.
Muzyka uderzyła po raz ostatni, przenikliwie i triumfująco, i umilkła. Chłopiec poczuł, że traci siły. Był zlany potem, nogi się pod nim uginały, miał ochotę usiąść na śliskim chodniku, pokrytym zmarzniętym błotem.
– Ładny – powiedziała cicho dziewczyna. Miała szczupłą twarz, zapadnięte policzki, bladą skórę. Tylko oczy żyły: wielkie, czarne, przyzywające.
– Zostawisz odrobinę – rzekł chłopak i uśmiechnął się. Byli podobni do siebie jak brat i siostra, ale nie z rysów twarzy, chodziło o coś nieuchwytnego, coś narzuconego na nich niczym zakurzony, półprzezroczysty tiul.
– Tobie? – Dziewczyna na chwilę oderwała wzrok od Jegora. Otępienie minęło, napłynął strach. Chłopiec już otworzył usta, ale napotkał wzrok młodzieńca i nie zdołał krzyknąć. Poczuł się tak, jakby ścisnęła go zimna gumowa zasłona.
– Tak. Trzymaj!
Dziewczyna prychnęła drwiąco, przeniosła spojrzenie na Jegora i wysunęła wargi, jakby przesyłając pocałunek. Po cichu wymówiła znajome słowa, te same, które wplatały się w hipnotyczną muzykę.
– Chodź tutaj… chodź do mnie…
Jegor nie ruszył się. Nie potrafił uciec – mimo całego przerażenia, mimo zrywającego się i umierającego w gardle krzyku – ale przynajmniej mógł jeszcze stać.
Obok podwórka przeszła kobieta z dwoma wielkimi owczarkami na smyczy – szła powoli, jakby pod wodą, jakby śniła się w koszmarnym śnie. Kątem oka Jegor dostrzegł, że psy szarpnęły, zaczęły ciągnąć na podwórko i w duszy chłopca zapłonęła szalona nadzieja. Psy warczały, ale jakoś tak niepewnie, z nienawiścią i strachem jednocześnie. Kobieta zatrzymała się, zerknęła podejrzliwie na bramę. Jegor pochwycił jej spojrzenie – obojętne, jakby patrzyła w pustkę.
– No, chodźcie! – powiedziała i szarpnęła smycze. Psy ochoczo wróciły do jej nóg.
Mody chłopak zaśmiał się cicho.
Kobieta przyspieszyła kroku i zniknęła z pola widzenia.
– Nie idzie! – zawołała kapryśnie dziewczyna. – No, popatrz, nie idzie!
– Mocniej – powiedział krótko chłopak i ściągnął brwi. – Ucz się.
– Chodź! Chodź do mnie! – powiedziała z mocą dziewczyna. Jegor stał dwa metry od niej, ale dziewczynie chyba zależało na tym, żeby on sam pokonał tę odległość.
I Jegor zrozumiał, że nie zdoła już stawiać oporu. Spojrzenie dziewczyny trzymało go, przyklejało się do niewidocznej gumowej uwięzi, słowa wzywały i nie mógł już nic zrobić. Wiedział, że nie wolno mu iść i mimo to zrobił krok do przodu. Dziewczyna uśmiechnęła się – błysnęły równe białe zęby.
– Zdejmij szalik – poleciła.
Nie potrafił się już sprzeciwiać. Drżącymi rękami zrzucił kaptur i ściągnął szalik, nie rozwiązując go. Zrobił krok w stronę przyzywających go czarnych oczu.
Z twarzą dziewczyny coś się działo. Dolna szczęka opadła, zęby poruszyły się, zakrzywiły. Błysnęły długie, nieludzkie kły.
Jegor zrobił jeszcze jeden krok.
ROZDZIAŁ 1
Noc zaczęła się pechowo.
Obudziłem się, gdy zaczęło się ściemniać. Leżałem, patrząc, jak w szczelinach żaluzji znikają ostatnie błyski światła i rozmyślałem. Piąta noc polowania – i ciągle bez efektu. Dzisiejsza noc też pewnie nie przyniesie żadnych zmian.
W mieszkaniu było zimno, kaloryfery ledwie grzały. Lubię zimę wyłącznie za to, że szybko zapada zmierzch i na ulicach jest mało ludzi. A tak… już dawno olałbym to wszystko, wyjechał z Moskwy gdzieś do Jałty czy Soczi. Tak, właśnie nad Morze Czarne, a nie na jakieś dalekie wyspy obcych oceanów: lubię, gdy wokół rozbrzmiewa ojczysta mowa.
Głupie marzenia.
Jeszcze dla mnie za wcześnie na urlop w ciepłych krajach.
Nie zasłużyłem.
Telefon jakby czekał, aż się obudzę – zadzwonił nieprzyjemnie, władczo. Wyjąłem komórkę i przystawiłem do ucha, w milczeniu, bez słowa.
– Anton, odezwij się.
Milczałem. Głos Larysy był rzeczowy i skoncentrowany, ale zmęczony. No tak, ona nie spała cały dzień.
– Anton, połączyć cię z szefem?
– Nie trzeba – burknąłem.
– Toteż właśnie. Obudziłeś się?
– Tak.
– Dzisiaj działasz jak zwykle.
– Wydarzyło się coś nowego?
– Nie, nic. Masz co jeść?
– Znajdę.
– Dobrze. To powodzenia.
Zabrzmiało to bez przekonania. Larysa we mnie nie wierzyła. Szef też nie.
– Dzięki – rzuciłem krótkim, urywanym sygnałom. Wstałem, odbyłem wycieczkę do toalety i łazienki. Zacząłem nakładać pastę na szczoteczkę do zębów, ale uzmysłowiłem sobie, że się spieszę i odłożyłem ją na brzeg umywalki.
W kuchni było ciemno, ale nie zapalałem światła. Otworzyłem ciemną lodówkę – wykręcona żarówka marzła wśród jedzenia – spojrzałem na przykryty durszlakiem rondelek, gdzie leżał kawałek rozmrażającego się mięsa. Wyjąłem durszlak, przystawiłem rondelek do ust, upiłem łyk.
Jeśli ktoś myśli, że świńska krew jest smaczna, to się myli.
Odstawiłem rondelek z resztką krwi na miejsce i poszedłem do łazienki. Słaba niebieska żarówka ledwie rozpraszała mrok. Długo i zaciekle myłem zęby, w końcu nie wytrzymałem, wróciłem do kuchni i napiłem się lodowatej wódki z zamrażarki. Teraz w moim żołądku było wręcz gorąco. Co za bukiet wrażeń: mróz na zębach i ogień w żołądku…
– Żeby tak tobie… – zacząłem pod adresem szefa, ale w porę urwałem. Pewnie wyczułby nawet nieukształtowane przekleństwo. Poszedłem do pokoju, zacząłem zbierać porozrzucane fragmenty garderoby. Spodnie znalazłem pod łóżkiem, skarpetki na parapecie, koszula nie wiedzieć czemu wisiała na masce Czhoen.
Starożytny koreański król patrzył na mnie z niezadowoleniem.
– Pilnuj lepiej – mruknąłem i wtedy znów odezwał się telefon. Miotając się chwilę po pokoju, w końcu udało mi się go znaleźć.
– Anton, chciałeś mi coś powiedzieć? – spytał niewidoczny rozmówca.
– Ależ skąd.
– No, no. Dodaj: „Cieszę się, że mogę pomóc, wasza miłość”.
– Nie cieszę się. I nic na to nie poradzę… wasza miłość.
– Anton… – rzekł szef po chwili milczenia. – Mimo wszystko prosiłbym cię, żebyś potraktował tę sytuację bardzo poważnie. Dobrze? Rano tak czy inaczej czekam na twój raport. I… powodzenia.
Nie poczułem się zawstydzony, ale rozdrażnienie opadło. Schowałem komórkę do kieszeni kurtki, otworzyłem szafę w przedpokoju. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czym uzupełnić „umundurowanie”. Miałem na wyposażeniu kilka nowości podarowanych przez przyjaciół w ciągu ostatniego tygodnia… W końcu jednak poprzestałem na standardowym zestawie, w miarę uniwersalnym i w miarę kompaktowym.
Jeszcze tylko odtwarzacz mini dysków. Słuch nie jest mi do niczego potrzebny, za to nuda byłaby śmiertelnym wrogiem.
Przed wyjściem dłuższy czas obserwowałem przez wizjer klatkę schodową. Nikogo.
Tak zaczęła się kolejna noc.
Jeździłem metrem sześć godzin, bez żadnego systemu przechodząc z linii na linię, od czasu do czasu zapadając w drzemkę, pozwalając świadomości odpocząć, a zmysłom odprężyć się. Nic. To znaczy, spostrzegłem kilka ciekawych rzeczy, ale to były zwykłe przypadki, dla nowicjuszy. Dopiero koło jedenastej w nocy, gdy w metrze zrobiło się bardziej pusto sytuacja uległa zmianie.
Siedziałem z zamkniętymi oczami, po raz trzeci tego wieczoru słuchając piątej symfonii Manfrediniego. W odtwarzaczu miałem skompilowany przez siebie mini dysk, kompletne wariactwo, składanka autorska, w której średniowieczni Włosi i Bach przeplatali się z „Alisą”, Ritchie’m Blackmore’em i „Piknikiem”.
Zawsze jestem ciekawy, jaka melodia połączy się z jakim wydarzeniem. Dzisiaj padło na Manfrediniego.
W pewnej chwili aż mnie skręciło – skurcz przeszedł od pięt do karku. Syknąłem; otworzyłem oczy i obejrzałem wagon.
Dziewczynę spostrzegłem od razu.
Bardzo ładna i młoda. W eleganckim kożuszku, z torebką i książką w ręku.
I takim czarnym wirem nad głową, jakiego nie widziałem ze trzy lata!
Pewnie musiałem wyglądać jak szaleniec. Dziewczyna wyczuła moje spojrzenie, spojrzała na mnie i odwróciła wzrok.
Lepiej byś w górę popatrzyła!
Nie, bez sensu, przecież i tak nie zobaczyłaby tego wiru. Najwyżej poczułaby delikatny niepokój i może leciutki ruch nad swoją głową… jakby wirujące muszki, albo drżące powietrze nad rozpalonym asfaltem…
Nic by nie zobaczyła. Został jej najwyżej dzień czy dwa dni życia, a potem pośliźnie się na lodzie i rozbije sobie głowę. Albo wpadnie pod samochód. Albo w bramie natknie się na bandytę… który nawet nie bardzo będzie rozumiał, dlaczego zabił tę dziewczynę. I wszyscy będą mówić: „Taka młoda, tyle życia miała przed sobą, tak ją wszyscy lubili…”
Na pewno. Ma ładną, sympatyczną twarz, wyczuwa się w niej zmęczenie, ale nie złość. Przy takiej kobiecie czujesz się inny, niż jesteś naprawdę. Próbujesz być coraz lepszy, a to ci ciąży. Z takimi kobietami mężczyźni lubią flirtować, dzielić się zwierzeniami, ale rzadko się w nich zakochują. Za to wszyscy je lubią… Prócz tej jednej jedynej osoby, która zapłaciła Ciemnemu magowi.
Czarny wir to dość pospolite zjawisko. Gdybym się lepiej przyjrzał, dostrzegłbym jeszcze pięć czy sześć nad innymi pasażerami. Ale wszystkie były rozmyte, niemrawe, słabe. Efekt zwykłego, nieprofesjonalnego przekleństwa. Ktoś rzucił za człowiekiem: „Żebyś tak zdechł, bydlaku”. Ktoś powiedział prościej i łagodniej: „Żeby cię szlag”. I z Ciemnej strony przybyło małe tornado, wyciągające powodzenie, wysysające siły.
Zwykłe przekleństwo, dyletanckie i nieokreślone, wystarcza na godzinę, dwie, najwyżej na dobę. Konsekwencje są wprawdzie przykre, ale nie śmiertelne. Ale wir wiszący nad dziewczyną był pełnowartościowy, ustabilizowany, wykonany przez doświadczonego maga. Jeszcze o tym nie wiedząc, dziewczyna już była martwa.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, przypomniałem sobie, gdzie jestem i skrzywiłem się. No do licha, dlaczego w metrze nie działają komórki? Czy ich posiadacze nie jeżdżą pod ziemią?
Byłem rozdarty między swoim zasadniczym zadaniem, które musiałem wykonać niemal bez nadziei na sukces i skazaną dziewczyną. Nie wiem, czy można jej jeszcze pomóc, ale mam obowiązek wyśledzić twórcę wiru…
I wtedy uderzyło mnie po raz drugi. Tym razem inaczej, bez skurczy, bez bólu – tylko suchość w ustach, drętwiejące dziąsła, pulsowanie krwi w skroniach i mrowienie w opuszkach palców.
Jest!
No dlaczego akurat teraz?!
Wstałem, pociąg już hamował przed stacją. Przeszedłem obok dziewczyny i poczułem jej spojrzenie. Obserwowała mnie. Bała się. Być może niewidoczny dla niej czarny wir budził niepokój, zmuszał do bacznego przyglądania się otoczeniu.
Może dlatego jeszcze żyła?
Usiłując nie patrzeć jej w oczy, wsunąłem rękę do kieszeni i wymacałem amulet – zimy walec, wytoczony z onyksu. Jeszcze chwilę zwlekałem, próbując wymyślić coś innego.
Nie. Innej możliwości nie było.
Zacisnąłem go w dłoni, poczułem lekkie kłucie w palcach, kamień spotniał, oddając nagromadzoną energię. Wrażenie ciepła nie było złudzeniem, ale nie dałoby się go zmierzyć termometrem. Miałem wrażenie, że ściskam w ręku węgielek z ogniska, pokryty zimnym popiołem, ale rozpalony w środku.
„Wyssałem” amulet do końca i spojrzałem na dziewczynę. Czarny wir drżał, lekko pochylając się w moją stronę. Był tak potężny, że posiadał zaczątki intelektu.
Uderzyłem.
Gdyby w wagonie… co tam zresztą w wagonie! Gdyby w całym pociągu był chociaż jeden Inny, ujrzałby oślepiający błysk, bez trudu widoczny przez metal i beton.
Jeszcze nigdy nie waliłem w czarny wir o tak złożonej strukturze. I nigdy nie używałem amuletu o tak potężnym ładunku.
Efekt był absolutnym zaskoczeniem. Słabiutkie przekleństwa wiszące nad innymi ludźmi zmiotło bez śladu. Starsza kobieta, która ze zmęczeniem pocierała czoło, popatrzyła zdumiona na swoją dłoń – uporczywa migrena minęła. Młody chłopak, tępo wpatrzony w szybę drgnął nagle, jego twarz rozluźniła się, z oczu odpłynął głuchy smutek.
Czarny wir nad dziewczyną odjechał na pięć metrów, nawet do połowy wysunął się z wagonu. Ale zachował strukturę i już zygzakami wracał do swej ofiary.
To dopiero siła! To dopiero nacelowanie!
Podobno (chociaż ja nigdy tego nie widziałem) odrzucony na dwa metry wir traci orientację i przykleja się do najbliższego człowieka. Z jednej strony trochę to wredne, ale z drugiej cudze przekleństwo działa znacznie słabiej i nowa ofiara ma znacznie większe szanse na przeżycie.
Ale ten wir pełzł z powrotem, niczym wierny pies do swego pana!
Pociąg zatrzymał się. Rzuciłem na wir ostatnie spojrzenie – znów wisiał nad dziewczyną i chyba nawet szybciej się obracał. Nie mogłem zrobić nic, kompletnie nic. Tuż obok, na stacji był cel mojej tygodniowej wędrówki po Moskwie. Nie mogłem go przegapić, nie mogłem pilnować dziewczyny, szef zeżarł by mnie żywcem… Może nawet w sensie dosłownym.
Drzwi rozeszły się z sykiem, rzuciłem dziewczynie ostatnie spojrzenie, śpiesznie zapamiętując aurę. Małe są szanse znalezienia jej w ogromnym mieście, ale mimo wszystko będę musiał spróbować. Tylko później, nie teraz.
Wyskoczyłem z wagonu i obejrzałem się. Rzeczywiście brak mi doświadczenia pracy w terenie, tu szef ma całkowitą rację. Tylko jego metody „szkolenia” absolutnie nie przypadły mi do gustu. Jak, do licha, mam znaleźć cel?
Oglądałem ludzi zwykłym wzrokiem, ale nikt nie budził podejrzeń. Na tej stacji nadal było sporo pasażerów, w końcu to „Kurska-obwodowa”, są tu i przyjezdni z dworca, i rozchodzący się handlarze, i ludzie jadący do dzielnic-sypialni. Przymknąłem oczy i ujrzałem znacznie ciekawszy obraz: typowo wieczorne, wyblakłe aury. Wśród nich jasnoczerwoną plamą płonęła czyjaś złość, jakaś parka spiesząca się do łóżka jarzyła się pomarańczowym blaskiem, aury pijanych ciągnęły się rozmytymi brązowo-szarymi pasami.
I nic, żadnego śladu. Tylko suchość w gardle, drętwiejące dziąsła, serce, które wali jak szalone. Smak krwi na ustach. Narastające podniecenie.
Same poboczne oznaki, a jednak zbyt wyraźne, żeby je zlekceważyć.
Kto? Kto?
Pociąg za moimi plecami ruszył, wrażenie bliskości celu nie słabło, czyli na razie jesteśmy blisko siebie. Z naprzeciwka nadjeżdżał drugi pociąg… Poczułem, że cel drgnął i ruszył w jego stronę.
Naprzód!
Przeciąłem peron, lawirując między przyjezdnymi wpatrzonymi w tablice informacyjne i ruszyłem w stronę końca pociągu. Wrażenie bliskości celu zaczęło słabnąć. Pobiegłem w stronę pierwszego wagonu… Jest! Bliżej! Zupełnie jak w tej dziecięcej grze „ciepło-zimno”…
Do wagonów zaczęli wsiadać ludzie. Biegłem wzdłuż pociągu, czując, że ślina wypełnia mi usta, że zaczynają mnie boleć zęby, zakrzywiają się palce… W słuchawkach grzmiała muzyka.
In the shadow of the moon
She danced in the starlight
Whispering a gaunting tune
To the night…
Piosenka pasowała się idealnie. Zły znak.
Wpadłem między zsuwające się drzwi, zamarłem, wsłuchałem w siebie. Zgadłem czy nie? Nadal nie widziałem celu…
Zgadłem.
Pociąg mknął po obwodnicy, a moje buntujące się zmysły krzyczały: „Jest tutaj!”
Może nawet w tym wagonie?
Ukradkiem przyjrzałem się pasażerom, ale nikt nie wydał mi się podejrzany.
No cóż, poczekamy…
Feel no sroow, jeep no pain
Feel no hurl, there’s noting gamed…
Only love will then remain
She would say.
Na Prospekcie Pokoju poczułem, że cel się oddala. Wyskoczyłem z wagonu, poszedłem korytarzem do stacji przesiadkowej. Obok, tuż obok…
Na stacji wrażenie celu stało się bardzo silne. Wyłuskałem kilkoro „podejrzanych”: dwie dziewczyny, młody chłopak, chłopiec. Wszyscy byli potencjalnymi kandydatami, ale które z nich?
„Obstawiana” czwórka wsiadła do jednego wagonu. To już było coś. Wszedłem za nimi i zacząłem czekać.
Jedna dziewczyna wysiadła na Ryżskiej.
Wrażenie celu nie osłabło.
Chłopak wysiadł na Aleksiejewskiej.
Doskonale. Dziewczyna czy chłopiec? Które z nich?
Spojrzałem na nich ukradkiem. Dziewczyna – pulchna, z różowymi policzkami – uważnie czytała „MK”, nie okazując niepokoju. Chłopiec, chudy i kruchy, stał przy drzwiach, sunąc palcem po szybie.
Według mnie dziewczyna była znacznie bardziej… apetyczna. Dwa do jednego, że chodzi o nią.
Ale w takich wypadkach o wszystkim decyduje kwestia płci.
Ja też już słyszałem Zew. Jeszcze nie zwerbalizowany, na razie to tylko delikatna, przyzywająca melodia. Muzyki w słuchawkach już nie słyszałem, Zew zagłuszył ją bez trudu.
Ani dziewczyna, ani chłopak nie wyglądali na zaniepokojonych. Albo mają wysoki próg odporności, albo już się poddali.
Pociąg wjechał na stację WDNCh. Chłopiec oderwał dłoń od szyby, wyszedł na peron i zaczął iść w stronę starego wyjścia. Dziewczyna została.
Cholera!
Są za blisko siebie, nie wiem, które z nich teraz czuję!
I wtedy melodia zagrzmiała triumfalnie i pojawiły się w niej słowa.
Kobiecy głos!
Wyskoczyłem przez zatrzaskujące się drzwi i pobiegłem za chłopcem.
Znakomicie, polowanie ma się ku końcowi.
Tylko jak sobie poradzę z rozładowanym amuletem?
Ludzi było mało, ruchomymi schodami wjeżdżaliśmy we czwórkę: chłopiec, za nim kobieta z dzieckiem, potem ja, z tyłu starszawy pułkownik. Aura woskowego była piękna, świetlista, złożona z lśniących, stalowo-szarych i błękitnych odcieni. Nawet pomyślałem, z drwiną i znużeniem, że można by go poprosić o pomoc. Tacy jak on do dziś wierzą w pojęcie „honor oficerski”.
Ale ze starego pułkownika byłoby jeszcze mniej pożytku niż z muchobijki w czasie polowania na słonie…
Przestałem zajmować się głupotami i znowu spojrzałem na chłopca przez zamknięte powieki – skanowałem aurę.
Efekt był zaskakujący.
Otaczało go mieniące się, półprzezroczyste lśnienie, wypełniające się to czerwienią, to intensywną zielenią, to rozbłyskujące ciemnym granatem.
Rzadki wypadek. Nieukształtowany los, płynny potencjał. Chłopiec może wyrosnąć na łajdaka, może zostać człowiekiem dobrym i sprawiedliwym, albo wydmuszką, jakich pełno na świecie. Jak to mówią, wszystko przed nim. Takie aury są typowe dla dzieci do lat dwóch, u starszych spotyka się je bardzo rzadko.
Teraz rozumiem, czemu Zew nakierowano właśnie na niego. Co by nie mówić, specjał…
Poczułem, jak moje usta wypełniają się śliną.
Zbyt długo się to wszystko ciągnęło, zbyt długo… Patrzyłem na chłopca, na jego cienką szyję pod szalikiem i przeklinałem szefa, tradycje, rytuały – wszystko to, co składało się na moją pracę. Dziąsła bolały, w gardle zaschło.
Krew ma gorzkosłony smak, ale takie pragnienie zdoła ugasić tylko ona…
Cholera!
Chłopiec zszedł z ruchomych schodów, zaczął biec westybulem, zniknął za szklanymi drzwiami. Poczułem ulgę. Nie zwalniając kroku, szedłem za nim, kątem oka rejestrując ruch: chłopiec wszedł do przejścia. Teraz już biegł, Zew ciągnął go z całej siły.
Szybciej!
Podbiegłem do sklepiku, rzuciłem sprzedawcy dwie monety i powiedziałem, usiłując nie pokazywać zębów:
– Za sześć, z „obrączką”.
Pryszczaty chłopak powoli – chyba sam rozgrzewał się w pracy – podał mi butelkę, uczciwe uprzedzając:
– Wódka nie za bardzo. Nie trucizna, ale…
– Zdrowie ważniejsze – uciąłem. Wódka była namiastką, ale teraz mnie to urządzało. Jedną ręką zerwałem nakrętkę za przymocowane do niej druciane kółeczko-„obrączkę”, drugą wyjąłem komórkę i wybrałem ostatni numer. Sprzedawca wytrzeszczył oczy. Upiłem łyk – wódka cuchnęła jak nafta, w smaku była jeszcze gorsza, podróbka jak nic, pewnie za rogiem nalewali – i pobiegłem do przejścia.
– Słucham – powiedział głos w słuchawce.
To już nie Larysa, w nocy zwykle dyżuruje Paweł.
– Mówi Anton. Hotel „Kosmos”, gdzieś obok, w podwórku. Idę za nim.
– Brygadę? – w jego głosie zabrzmiało zainteresowanie.
– Tak. Wyładowałem amulet.
– Coś się stało?
Bezdomny, siedzący na środku przejścia wyciągnął rękę, jakby liczył, że oddam napoczętą butelkę. Przebiegłem obok niego.
– Było co innego… Szybciej, Paweł.
– Chłopaki już są w drodze.
W tej samej chwili poczułem, że szczęki przebija mi rozpalona igła. Och, ty draniu…
– Pasza, nie odpowiadam za siebie! – rzuciłem szybko i rozłączyłem się. I stanąłem oko w oko z patrolem milicji.
Zawsze to samo! Dlaczego ludzcy stróże porządku pojawiają się w najmniej odpowiednich chwilach?
– Sierżant Kamiński – powiedział szybko młody milicjant – Dokumenty.
Ciekawe, co chcą mi przylepić? Picie alkoholu w miejscu publicznym? Pewnie tak.
Wsunąłem rękę do kieszeni, dotknąłem amuletu. Ledwie ciepły, ale tu dużo nie potrzeba…
– Nie ma mnie – oznajmiłem.
Dwie pary oczu, obszukujące mnie w przedsmaku zdobyczy utraciły resztki intelektu.
– Pana tu nie ma – powtórzyli milicjanci chórem.
Nie miałem czasu ich programować, rzuciłem pierwsze, co mi przyszło do głowy:
– Kupcie wódkę i odpocznijcie. Biegiem marsz!
Widocznie polecenie upadło na podatny grunt, bo milicjanci wzięli się za ręce, jak przedszkolaki na spacerze i poszli przejściem do sklepików. Poczułem lekkie zakłopotanie na myśl o konsekwencjach własnego polecenia, ale nie miałam czasu nic naprawiać.
Z przejścia wybiegłem przekonany, że już się spóźniłem, ale chłopiec daleko nie zaszedł. Stał, chwiejąc się lekko, sto metrów dalej. Ale odporny! Zew rozbrzmiewał z taką siłą, że aż się dziwiłem, czemu nieliczni przechodnie nie puszczają się w tan, czemu trolejbusy nie zjeżdżają z ulicy, nie wdzierają się na podwórko, nie pędzą ku słodkiemu przeznaczeniu…
Chłopiec obejrzał się, chyba mnie zobaczył, i zaczął szybko iść przed siebie.
To już koniec. Złamał się.
Ruszyłem za nim, myśląc gorączkowo, co zrobię. Właściwie należało zaczekać na brygadę, powinni tu być za dziesięć minut.
Tylko że dla chłopca będzie to decydujące dziesięć minut…
Litość to niebezpieczna rzecz. Dzisiaj już dwa razy jej uległem: najpierw w metrze, tracąc ładunek amuletu na bezowocną próbę zbicia czarnego wiru i teraz znowu, ruszając za chłopcem.
Wiele lat temu usłyszałem zdanie, z którym nie chciałem się pogodzić. Nie zgadzam się z nim również teraz, choć wielokrotnie przekonałem się o jego słuszności.
„Dobro ogółu i dobro jednostki rzadko idą w parze…”
Tak, wiem. I rozumiem, że to prawda.
Ale jedna z tych prawd, które są gorsze od kłamstwa.
Pobiegłem w stronę Zewu. Dla mnie brzmiał on inaczej, niż dla chłopca. Dla niego wezwanie było hipnotyczną, czarującą melodią, pozbawiającą go woli i sił. Dla mnie przeciwnie – burzącym krew sygnałem alarmowym.
Burzącym krew…
Moje ciało, nad którym znęcałem się do tygodnia, teraz się buntowało. Strasznie chciało mi się pić… Ale nie wody, w końcu mogę bez szkody dla siebie zaspokoić pragnienie brudnym miejskim śniegiem, i nie wódki – butelkę „siwuchy” miałem pod ręką, i nawet ta trucizna by mi nie zaszkodziła.
Chciałem krwi.
I to nie świńskiej, nie krowiej, ale właśnie ludzkiej. Niech szlag trafi to polowanie…
„Musisz przez to przejść – powiedział szef. – Pięć lat w wydziale analitycznym to trochę dużo, nie uważasz?” No nie wiem, może i dużo, ale mnie się podobało. Poza tym sam szef od ponad stu lat nie zajmuje się pracą operacyjną.
Biegłem obok oświetlonych witryn, zastawionych „gżelem”, zapełnionych atrapami produktów spożywczych. Ulicą jechały samochody, chodnikiem szli nielicznie przechodnie. To również było atrapa, iluzja, jedna z krawędzi świata, i jedyna dostępna ludziom. Dobrze, że nie jestem człowiekiem.
Nie przestając biec, przywołałem Zmrok.
Świat westchnął, rozstępując się. Wyglądało to tak, jakby z tyłu włączono silne, lotniskowe reflektory, wycinające długi, wąski cień. Cień kłębił się i nabierał wymiarów, jakby wciągając mnie w siebie – w przestrzeń, w której nie ma cieni. Cień odrywał się od brudnego asfaltu, prężył, niczym słup gęstego dymu, biegł przede mną…
Przyspieszając kroku przebiłem szarą sylwetkę i wszedłem w Zmrok. Kolory wyblakły, samochody na ulicy zwolniły, grzęznąc w powietrzu.
Zbliżałem się do miejsca przeznaczenia.
Wpadając do bramy byłem przygotowany na to, że zobaczę nieruchome, opustoszone, wypite ciało chłopca i znikające wampiry.
Ale zdążyłem.
Chłopiec stał przed dziewczyną-wampirem, która już wypuszczała kły i powoli ściągał szalik. Pewnie nawet się nie boi, Zew skutecznie tłamsi jego świadomość. Może nawet marzy o dotknięciu ostrych, lśniących kłów…
Obok stał chłopak-wampir. Od razu poczułem, że to on jest w tej parze najważniejszy: to on inicjował dziewczynę, on napuścił ją na krew. Co gorsza, miał na sobie stempel moskiewskiej rejestracji. A to bydlak!
Ale dzięki temu ja miałem większe szanse…
Wampiry odwróciły się do mnie: z zaskoczeniem, jeszcze nie rozumiejąc, co się dzieje. Chłopak był w ich Zmroku, nie mogłem, nie powinienem go zobaczyć… Tak jak nie powinienem widzieć ich.
A potem twarz chłopaka zaczęła się rozjaśniać, nawet się uśmiechnął, serdecznie, spokojnie.
– Cześć…
Wziął mnie za swojaka. No cóż, to nie jego wina, teraz faktycznie byłem jednym z nich… Prawie. Tydzień przygotowań nie minął bez śladu: wyczułem ich, ale i sam niemal przeszedłem na Ciemną stronę.
– Nocny Patrol – oznajmiłem spokojnie, wysuwając przed siebie rękę z amuletem. Był rozładowany, ale trudno wyczuć to na odległość. – Wyjść ze Zmroku!
Chłopak pewnie by posłuchał – w nadziei, że nic nie wiem o ciągnącym się za nim krwawym śladzie, w nadziei, że sprawę uda się zaklasyfikować jako „przeprowadzoną bez zezwolenia próbę oddziaływania na człowieka”. Ale dziewczynie brakowało jego opanowania, ona już nie była w stanie myśleć.
– Aaa! – wrzasnęła i skoczyła w moją stronę. Dobrze chociaż, że nie wbiła zębów w chłopca, była teraz nieprzytomna, jak narkoman na zejściu, któremu wyrwali z żyły wkłutą przed chwilą strzykawkę, jak nimfomanka, z której mężczyzna zszedł na sekundę przed orgazmem.
Jej skok był bardzo szybki, człowiek nie zdołałby zrobić uniku, ale ja znajdowałem się w tej samej warstwie rzeczywistości, co wampirzyca. Podniosłem rękę i chlusnąłem z napoczętej butelki prosto w jej wykrzywioną transformacją twarz.
Ciekawe swoją drogą, czemu wampiry nie tolerują alkoholu?
Dziki krzyk przeszedł w cienki wrzask. Wampirzyca obróciła się w miejscu, uderzając się rękami po twarzy, z której płatami schodziła skóra i mięso. Wampir odwrócił się i rzucił do ucieczki.
Wszystko układało się aż za prosto. Zarejestrowany wampir to nie przyjezdny gość, z którym musiałbym walczyć jak równy z równym. Cisnąłem butelką w wampirzycę, wyciągnąłem ręce i pochwyciłem rozwijającą się posłusznie nić rejestracji. Wampir zacharczał i złapał się za gardło.
– Wyjdź ze Zmroku! – krzyknąłem.
Chyba zrozumiał, że jest źle, bo zawrócił i skoczył w moją stronę – próbując osłabić nacisk nici. W biegu wysunął kły i zaczął się transformować.
Gdyby amulet był naładowany, po prostu bym go ogłuszył.
A tak musiałem go zabić.
Rejestracja – święcąca się słabym błękitem pieczęć na piersi wampira trzasnęła, gdy posłałem bezgłośny rozkaz i energia, włożona przez kogoś znacznie zdolniejszego ode mnie wlała się w martwe ciało. Wampir jeszcze biegł. Był najedzony i silny, cudze życia nadal podtrzymywały jego martwe ciało, ale nie mógł odeprzeć ciosu o takiej sile: jego skóra zaczęła wysychać i przywierać do kości niczym pergamin, z oczu popłynął śluz. Kręgosłup pękł z trzaskiem – i to, co zostało z ciała wampira upadło do moich nóg.
Odwróciłem się szybko. Dziewczyna mogła się już zreanimować… Ale okazało się, że niebezpieczeństwa nie było – dziewczyna nie miała zamiaru atakować, pędziła wielkimi susami przez podwórko. Nie wyszła ze Zmroku i ten szokujący widok widziałem tylko ja… No i psy oczywiście. Gdzieś w okolicy zaczął histerycznie ujadać mały psiak, skrępowany nienawiścią i strachem, tymi wszystkimi uczuciami, którymi ród psi od wieków darzy żywe trupy.
Nie miałem sił gonić dziewczyny. Sięgnąłem i wziąłem odcisk aury – wysuszonej, szarej, stęchłej. Znajdziemy ją. Teraz już nigdzie się nie ukryje.
A gdzie chłopiec?
Po wyjściu ze stworzonego przez wampiry Zmroku powinien albo stracić przytomność, albo wpaść w odrętwienie, a jednak w bramie go nie było. Nie mógł przebiec obok mnie… Wyskoczyłem z bramy na podwórko i zobaczyłem go – pędził niemal tak szybko jak wampirzyca. Zuch! Dobra, nie potrzebuje mojej pomocy. Źle, że zapamiętał, co się tu działo, ale z drugiej strony, kto uwierzy małemu chłopcu? A nad ranem straszne wspomnienia wyblakną, wygładzą się, przemienią w nierealny koszmar.
A może go jednak dogonić?
– Anton!
Od strony ulicy biegli Igor i Garik, nasz nierozłączny duet pracowników operacyjnych.
– Dziewczyna uciekła!
Garik kopnął w biegu wysuszone szczątki wampira, wznosząc w mroźne powietrze chmurę truchła.
– Odcisk! – krzyknął.
Posłałem mu obraz uciekającej wampirzycy, Garik skrzywił się i przyspieszył. Operacyjni ruszyli w pościg, Igor rzucił mi w biegu:
– Sprzątnij śmieci!
Skinąłem głową, choć nie oczekiwali odpowiedzi i wyszedłem ze swojego Zmroku. Świat zapłonął barwami, za to sylwetki operacyjnych rozpłynęły się, nawet śnieg, leżący w ludzkiej realności przestał się uginać pod niewidocznymi nogami.
Westchnąłem i podszedłem do zaparkowanego na poboczu szarego volvo. Na tylnim siedzeniu leżało nieskomplikowane instrumentarium: mocny plastikowy worek, łopatka i miotełka. Przez pięć minut zmiatałem szczątki wampira, potem schowałem worek do bagażnika. Z zaspy, zostawionej przez niedbałego dozorcę wziąłem trochę brudnego śniegu, rozrzuciłem w bramie i udeptałem, wbijając resztki truchła w błoto. Nie będziesz miał ludzkiego pochówku, nie jesteś człowiekiem…
I to by było na tyle.
Wróciłem do samochodu, usiadłem za kierownicą, rozpiąłem kurtkę. Było mi dobrze, nawet bardzo dobrze. Wampir został załatwiony, jego przyjaciółkę złapią chłopaki, chłopiec żyje. Wyobrażam sobie, jak się szef ucieszy!
[copyright by Wydawnictwo MAG]
WŁASNY LOS
Prolog
Ruchome schody jechały powoli, z wysiłkiem; i nic dziwnego, stara stacja metra. Za to wiatr szalał w tej betonowej rurze na całego – szarpał za włosy, wciskał się pod szalik, spychał w dół.
Wiatr nie chciał, żeby Jegor wyjeżdżał na górę.
Prosił, żeby zawrócił.
To dziwne, ale ludzie na schodach nie zauważali wiatru. Było ich niewielu, przed północą stacja się wyludniała. Kilka osób jechało na dół, zaś schody jadące do góry świeciły pustką – jedna osoba przed Jegorem, dwie czy trzy z tyłu; to wszystko.
No i jeszcze wiatr. Jegor wcisnął ręce do kieszeni, odwrócił się. Od dwóch minut, od chwili, gdy wyszedł z pociągu czuł na sobie czyjeś spojrzenie. To nie było straszne, raczej hipnotyzujące i ostre jak ukłucie.
Na samym szczycie ruchomych schodów stał wysoki mężczyzna w mundurze. Nie milicjant, wojskowy. Dalej kobieta z sennym dzieckiem, które trzymało ją za rękę. I jeszcze jeden mężczyzna, młody, w jaskrawo pomarańczowej kurtce, z odtwarzaczem. Chyba spał na stojąco.
Nic podejrzanego, nawet dla chłopca, który zbyt późno wraca do domu. Jegor znów spojrzał w górę, gdzie oparty o lśniącą poręcz milicjant smętnie wypatrywał wśród pasażerów łatwej zdobyczy.
Nie ma się czego bać.
Wiatr pchnął Jegora po raz ostatni i ucichł, jakby się poddał, jakby zrozumiał, że walka nie ma sensu. Chłopiec znów się obejrzał i zaczął szybko iść po stopniach, które spłaszczały się pod jego stopami. Musi się spieszyć. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że musi. Znów poczuł ukłucie, dziwne i trwożne, po jego ciele przebiegł dreszcz. To wiatr.
Jegor wyskoczył przez uchylone drzwi, przenikliwy ziąb zaatakował z nową siłą. Włosy, wilgotne po basenie – suszarka znów nie działała – od razu zesztywniały. Jegor naciągnął mocniej kaptur, szybkim krokiem mijał małe sklepiki, zanurkował do przejścia. Tu, na górze było znacznie więcej ludzi, ale niepokój tylko się nasilił. Jegor nawet się odwrócił, nie zwalniając, ale nikt za nim nie szedł. Kobieta z dzieckiem ruszyła do przystanku tramwajowego, mężczyzna z odtwarzaczem stanął przy pawilonie i zaczął oglądać butelki, wojskowy jeszcze nie wyszedł z metra.
Chłopiec szedł, coraz bardziej przyspieszając. Skądś płynęła muzyka, cicha, ledwie słyszalna, ale zaskakująco przyjemna. Delikatny śpiew fletu, brzęk gitarowych strun, dźwięk ksylofonu. Muzyka wzywała, przynaglała. Jegor odsunął się, żeby nie wpaść na idące z naprzeciwko towarzystwo, ominął człapiącego, podchmielonego mężczyznę. Teraz wywiało mu z głowy wszystkie myśli, teraz już prawie biegł. Muzyka przyzywała.
Wplotły się w nią słowa.… Na razie ciche, niezrozumiałe, ale również mamiące. Jegor wyszedł z przejścia, przystanął na chwilę, łykając zimne powietrze. Do przystanku właśnie podjechał trolejbus. Mógłby wsiąść, podjechać jeden przystanek, wysiadłby prawie pod domem.
Powoli, jakby nagle zdrętwiały mu nogi, chłopiec zaczął iść w stronę trolejbusu. Pojazd czekał kilka sekund, w końcu drzwi się zamknęły i trolejbus odjechał. Jegor patrzył tępo na niego, a muzyka stawała się coraz głośniejsza, wypełniała cały świat, od podkowy hotelu do widniejącego nieopodal „pudełka na nóżkach” – jego bloku. Muzyka zachęcała, żeby iść piechotą. Po jasno oświetlonej ulicy, gdzie nadal było sporo osób. Tylko pięć minut drogi do jego bloku.
A do muzyki jeszcze mniej…
Gdy Jegor przeszedł jeszcze sto metrów, hotel przestał osłaniać go od wiatru. Lodowy strumień powietrza uderzył w twarz, niemal zagłuszając hipnotyczną melodię. Chłopiec zachwiał się, przystanął. Urok rozwiał się, za to powróciło wrażenie cudzego spojrzenia, teraz już mocno podszyte strachem. Odwrócił się – do przystanku znów podjeżdżał trolejbus, w świetle latarni mignęła pomarańczowa kurtka. Mężczyzna, który wjeżdżał ruchomymi schodami szedł teraz z tyłu. Ciągle miał przymknięte oczy, ale szedł niespodziewanie szybko i celowo, jakby widział Jegora.
Chłopiec zaczął biec.
Muzyka wybuchła z nową siłą, przedarła się przez zasłonę wiatru. Teraz mógł już rozróżnić słowa… Mógł, ale nie chciał.
Właściwie powinien iść ulicą, mijając zamknięte, ale oświetlone sklepy, mijając spóźnionych przechodniów, na widoku jadących samochodów.
Ale Jegor skręcił w podwórko – bo tam wzywała go muzyka.
W podwórku było prawie zupełnie ciemno i pusto, tylko pod ścianą poruszały się dwa cienie. Jegor widział je jakby przez mgłę, wyglądały jak podświetlone matowym, sinym światłem – młody chłopak i dziewczyna, oboje lekko ubrani, jakby na dworze nie było dwudziestu stopni mrozu.
Muzyka uderzyła po raz ostatni, przenikliwie i triumfująco, i umilkła. Chłopiec poczuł, że traci siły. Był zlany potem, nogi się pod nim uginały, miał ochotę usiąść na śliskim chodniku, pokrytym zmarzniętym błotem.
– Ładny – powiedziała cicho dziewczyna. Miała szczupłą twarz, zapadnięte policzki, bladą skórę. Tylko oczy żyły: wielkie, czarne, przyzywające.
– Zostawisz odrobinę – rzekł chłopak i uśmiechnął się. Byli podobni do siebie jak brat i siostra, ale nie z rysów twarzy, chodziło o coś nieuchwytnego, coś narzuconego na nich niczym zakurzony, półprzezroczysty tiul.
– Tobie? – Dziewczyna na chwilę oderwała wzrok od Jegora. Otępienie minęło, napłynął strach. Chłopiec już otworzył usta, ale napotkał wzrok młodzieńca i nie zdołał krzyknąć. Poczuł się tak, jakby ścisnęła go zimna gumowa zasłona.
– Tak. Trzymaj!
Dziewczyna prychnęła drwiąco, przeniosła spojrzenie na Jegora i wysunęła wargi, jakby przesyłając pocałunek. Po cichu wymówiła znajome słowa, te same, które wplatały się w hipnotyczną muzykę.
– Chodź tutaj… chodź do mnie…
Jegor nie ruszył się. Nie potrafił uciec – mimo całego przerażenia, mimo zrywającego się i umierającego w gardle krzyku – ale przynajmniej mógł jeszcze stać.
Obok podwórka przeszła kobieta z dwoma wielkimi owczarkami na smyczy – szła powoli, jakby pod wodą, jakby śniła się w koszmarnym śnie. Kątem oka Jegor dostrzegł, że psy szarpnęły, zaczęły ciągnąć na podwórko i w duszy chłopca zapłonęła szalona nadzieja. Psy warczały, ale jakoś tak niepewnie, z nienawiścią i strachem jednocześnie. Kobieta zatrzymała się, zerknęła podejrzliwie na bramę. Jegor pochwycił jej spojrzenie – obojętne, jakby patrzyła w pustkę.
– No, chodźcie! – powiedziała i szarpnęła smycze. Psy ochoczo wróciły do jej nóg.
Mody chłopak zaśmiał się cicho.
Kobieta przyspieszyła kroku i zniknęła z pola widzenia.
– Nie idzie! – zawołała kapryśnie dziewczyna. – No, popatrz, nie idzie!
– Mocniej – powiedział krótko chłopak i ściągnął brwi. – Ucz się.
– Chodź! Chodź do mnie! – powiedziała z mocą dziewczyna. Jegor stał dwa metry od niej, ale dziewczynie chyba zależało na tym, żeby on sam pokonał tę odległość.
I Jegor zrozumiał, że nie zdoła już stawiać oporu. Spojrzenie dziewczyny trzymało go, przyklejało się do niewidocznej gumowej uwięzi, słowa wzywały i nie mógł już nic zrobić. Wiedział, że nie wolno mu iść i mimo to zrobił krok do przodu. Dziewczyna uśmiechnęła się – błysnęły równe białe zęby.
– Zdejmij szalik – poleciła.
Nie potrafił się już sprzeciwiać. Drżącymi rękami zrzucił kaptur i ściągnął szalik, nie rozwiązując go. Zrobił krok w stronę przyzywających go czarnych oczu.
Z twarzą dziewczyny coś się działo. Dolna szczęka opadła, zęby poruszyły się, zakrzywiły. Błysnęły długie, nieludzkie kły.
Jegor zrobił jeszcze jeden krok.
ROZDZIAŁ 1
Noc zaczęła się pechowo.
Obudziłem się, gdy zaczęło się ściemniać. Leżałem, patrząc, jak w szczelinach żaluzji znikają ostatnie błyski światła i rozmyślałem. Piąta noc polowania – i ciągle bez efektu. Dzisiejsza noc też pewnie nie przyniesie żadnych zmian.
W mieszkaniu było zimno, kaloryfery ledwie grzały. Lubię zimę wyłącznie za to, że szybko zapada zmierzch i na ulicach jest mało ludzi. A tak… już dawno olałbym to wszystko, wyjechał z Moskwy gdzieś do Jałty czy Soczi. Tak, właśnie nad Morze Czarne, a nie na jakieś dalekie wyspy obcych oceanów: lubię, gdy wokół rozbrzmiewa ojczysta mowa.
Głupie marzenia.
Jeszcze dla mnie za wcześnie na urlop w ciepłych krajach.
Nie zasłużyłem.
Telefon jakby czekał, aż się obudzę – zadzwonił nieprzyjemnie, władczo. Wyjąłem komórkę i przystawiłem do ucha, w milczeniu, bez słowa.
– Anton, odezwij się.
Milczałem. Głos Larysy był rzeczowy i skoncentrowany, ale zmęczony. No tak, ona nie spała cały dzień.
– Anton, połączyć cię z szefem?
– Nie trzeba – burknąłem.
– Toteż właśnie. Obudziłeś się?
– Tak.
– Dzisiaj działasz jak zwykle.
– Wydarzyło się coś nowego?
– Nie, nic. Masz co jeść?
– Znajdę.
– Dobrze. To powodzenia.
Zabrzmiało to bez przekonania. Larysa we mnie nie wierzyła. Szef też nie.
– Dzięki – rzuciłem krótkim, urywanym sygnałom. Wstałem, odbyłem wycieczkę do toalety i łazienki. Zacząłem nakładać pastę na szczoteczkę do zębów, ale uzmysłowiłem sobie, że się spieszę i odłożyłem ją na brzeg umywalki.
W kuchni było ciemno, ale nie zapalałem światła. Otworzyłem ciemną lodówkę – wykręcona żarówka marzła wśród jedzenia – spojrzałem na przykryty durszlakiem rondelek, gdzie leżał kawałek rozmrażającego się mięsa. Wyjąłem durszlak, przystawiłem rondelek do ust, upiłem łyk.
Jeśli ktoś myśli, że świńska krew jest smaczna, to się myli.
Odstawiłem rondelek z resztką krwi na miejsce i poszedłem do łazienki. Słaba niebieska żarówka ledwie rozpraszała mrok. Długo i zaciekle myłem zęby, w końcu nie wytrzymałem, wróciłem do kuchni i napiłem się lodowatej wódki z zamrażarki. Teraz w moim żołądku było wręcz gorąco. Co za bukiet wrażeń: mróz na zębach i ogień w żołądku…
– Żeby tak tobie… – zacząłem pod adresem szefa, ale w porę urwałem. Pewnie wyczułby nawet nieukształtowane przekleństwo. Poszedłem do pokoju, zacząłem zbierać porozrzucane fragmenty garderoby. Spodnie znalazłem pod łóżkiem, skarpetki na parapecie, koszula nie wiedzieć czemu wisiała na masce Czhoen.
Starożytny koreański król patrzył na mnie z niezadowoleniem.
– Pilnuj lepiej – mruknąłem i wtedy znów odezwał się telefon. Miotając się chwilę po pokoju, w końcu udało mi się go znaleźć.
– Anton, chciałeś mi coś powiedzieć? – spytał niewidoczny rozmówca.
– Ależ skąd.
– No, no. Dodaj: „Cieszę się, że mogę pomóc, wasza miłość”.
– Nie cieszę się. I nic na to nie poradzę… wasza miłość.
– Anton… – rzekł szef po chwili milczenia. – Mimo wszystko prosiłbym cię, żebyś potraktował tę sytuację bardzo poważnie. Dobrze? Rano tak czy inaczej czekam na twój raport. I… powodzenia.
Nie poczułem się zawstydzony, ale rozdrażnienie opadło. Schowałem komórkę do kieszeni kurtki, otworzyłem szafę w przedpokoju. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czym uzupełnić „umundurowanie”. Miałem na wyposażeniu kilka nowości podarowanych przez przyjaciół w ciągu ostatniego tygodnia… W końcu jednak poprzestałem na standardowym zestawie, w miarę uniwersalnym i w miarę kompaktowym.
Jeszcze tylko odtwarzacz mini dysków. Słuch nie jest mi do niczego potrzebny, za to nuda byłaby śmiertelnym wrogiem.
Przed wyjściem dłuższy czas obserwowałem przez wizjer klatkę schodową. Nikogo.
Tak zaczęła się kolejna noc.
Jeździłem metrem sześć godzin, bez żadnego systemu przechodząc z linii na linię, od czasu do czasu zapadając w drzemkę, pozwalając świadomości odpocząć, a zmysłom odprężyć się. Nic. To znaczy, spostrzegłem kilka ciekawych rzeczy, ale to były zwykłe przypadki, dla nowicjuszy. Dopiero koło jedenastej w nocy, gdy w metrze zrobiło się bardziej pusto sytuacja uległa zmianie.
Siedziałem z zamkniętymi oczami, po raz trzeci tego wieczoru słuchając piątej symfonii Manfrediniego. W odtwarzaczu miałem skompilowany przez siebie mini dysk, kompletne wariactwo, składanka autorska, w której średniowieczni Włosi i Bach przeplatali się z „Alisą”, Ritchie’m Blackmore’em i „Piknikiem”.
Zawsze jestem ciekawy, jaka melodia połączy się z jakim wydarzeniem. Dzisiaj padło na Manfrediniego.
W pewnej chwili aż mnie skręciło – skurcz przeszedł od pięt do karku. Syknąłem; otworzyłem oczy i obejrzałem wagon.
Dziewczynę spostrzegłem od razu.
Bardzo ładna i młoda. W eleganckim kożuszku, z torebką i książką w ręku.
I takim czarnym wirem nad głową, jakiego nie widziałem ze trzy lata!
Pewnie musiałem wyglądać jak szaleniec. Dziewczyna wyczuła moje spojrzenie, spojrzała na mnie i odwróciła wzrok.
Lepiej byś w górę popatrzyła!
Nie, bez sensu, przecież i tak nie zobaczyłaby tego wiru. Najwyżej poczułaby delikatny niepokój i może leciutki ruch nad swoją głową… jakby wirujące muszki, albo drżące powietrze nad rozpalonym asfaltem…
Nic by nie zobaczyła. Został jej najwyżej dzień czy dwa dni życia, a potem pośliźnie się na lodzie i rozbije sobie głowę. Albo wpadnie pod samochód. Albo w bramie natknie się na bandytę… który nawet nie bardzo będzie rozumiał, dlaczego zabił tę dziewczynę. I wszyscy będą mówić: „Taka młoda, tyle życia miała przed sobą, tak ją wszyscy lubili…”
Na pewno. Ma ładną, sympatyczną twarz, wyczuwa się w niej zmęczenie, ale nie złość. Przy takiej kobiecie czujesz się inny, niż jesteś naprawdę. Próbujesz być coraz lepszy, a to ci ciąży. Z takimi kobietami mężczyźni lubią flirtować, dzielić się zwierzeniami, ale rzadko się w nich zakochują. Za to wszyscy je lubią… Prócz tej jednej jedynej osoby, która zapłaciła Ciemnemu magowi.
Czarny wir to dość pospolite zjawisko. Gdybym się lepiej przyjrzał, dostrzegłbym jeszcze pięć czy sześć nad innymi pasażerami. Ale wszystkie były rozmyte, niemrawe, słabe. Efekt zwykłego, nieprofesjonalnego przekleństwa. Ktoś rzucił za człowiekiem: „Żebyś tak zdechł, bydlaku”. Ktoś powiedział prościej i łagodniej: „Żeby cię szlag”. I z Ciemnej strony przybyło małe tornado, wyciągające powodzenie, wysysające siły.
Zwykłe przekleństwo, dyletanckie i nieokreślone, wystarcza na godzinę, dwie, najwyżej na dobę. Konsekwencje są wprawdzie przykre, ale nie śmiertelne. Ale wir wiszący nad dziewczyną był pełnowartościowy, ustabilizowany, wykonany przez doświadczonego maga. Jeszcze o tym nie wiedząc, dziewczyna już była martwa.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, przypomniałem sobie, gdzie jestem i skrzywiłem się. No do licha, dlaczego w metrze nie działają komórki? Czy ich posiadacze nie jeżdżą pod ziemią?
Byłem rozdarty między swoim zasadniczym zadaniem, które musiałem wykonać niemal bez nadziei na sukces i skazaną dziewczyną. Nie wiem, czy można jej jeszcze pomóc, ale mam obowiązek wyśledzić twórcę wiru…
I wtedy uderzyło mnie po raz drugi. Tym razem inaczej, bez skurczy, bez bólu – tylko suchość w ustach, drętwiejące dziąsła, pulsowanie krwi w skroniach i mrowienie w opuszkach palców.
Jest!
No dlaczego akurat teraz?!
Wstałem, pociąg już hamował przed stacją. Przeszedłem obok dziewczyny i poczułem jej spojrzenie. Obserwowała mnie. Bała się. Być może niewidoczny dla niej czarny wir budził niepokój, zmuszał do bacznego przyglądania się otoczeniu.
Może dlatego jeszcze żyła?
Usiłując nie patrzeć jej w oczy, wsunąłem rękę do kieszeni i wymacałem amulet – zimy walec, wytoczony z onyksu. Jeszcze chwilę zwlekałem, próbując wymyślić coś innego.
Nie. Innej możliwości nie było.
Zacisnąłem go w dłoni, poczułem lekkie kłucie w palcach, kamień spotniał, oddając nagromadzoną energię. Wrażenie ciepła nie było złudzeniem, ale nie dałoby się go zmierzyć termometrem. Miałem wrażenie, że ściskam w ręku węgielek z ogniska, pokryty zimnym popiołem, ale rozpalony w środku.
„Wyssałem” amulet do końca i spojrzałem na dziewczynę. Czarny wir drżał, lekko pochylając się w moją stronę. Był tak potężny, że posiadał zaczątki intelektu.
Uderzyłem.
Gdyby w wagonie… co tam zresztą w wagonie! Gdyby w całym pociągu był chociaż jeden Inny, ujrzałby oślepiający błysk, bez trudu widoczny przez metal i beton.
Jeszcze nigdy nie waliłem w czarny wir o tak złożonej strukturze. I nigdy nie używałem amuletu o tak potężnym ładunku.
Efekt był absolutnym zaskoczeniem. Słabiutkie przekleństwa wiszące nad innymi ludźmi zmiotło bez śladu. Starsza kobieta, która ze zmęczeniem pocierała czoło, popatrzyła zdumiona na swoją dłoń – uporczywa migrena minęła. Młody chłopak, tępo wpatrzony w szybę drgnął nagle, jego twarz rozluźniła się, z oczu odpłynął głuchy smutek.
Czarny wir nad dziewczyną odjechał na pięć metrów, nawet do połowy wysunął się z wagonu. Ale zachował strukturę i już zygzakami wracał do swej ofiary.
To dopiero siła! To dopiero nacelowanie!
Podobno (chociaż ja nigdy tego nie widziałem) odrzucony na dwa metry wir traci orientację i przykleja się do najbliższego człowieka. Z jednej strony trochę to wredne, ale z drugiej cudze przekleństwo działa znacznie słabiej i nowa ofiara ma znacznie większe szanse na przeżycie.
Ale ten wir pełzł z powrotem, niczym wierny pies do swego pana!
Pociąg zatrzymał się. Rzuciłem na wir ostatnie spojrzenie – znów wisiał nad dziewczyną i chyba nawet szybciej się obracał. Nie mogłem zrobić nic, kompletnie nic. Tuż obok, na stacji był cel mojej tygodniowej wędrówki po Moskwie. Nie mogłem go przegapić, nie mogłem pilnować dziewczyny, szef zeżarł by mnie żywcem… Może nawet w sensie dosłownym.
Drzwi rozeszły się z sykiem, rzuciłem dziewczynie ostatnie spojrzenie, śpiesznie zapamiętując aurę. Małe są szanse znalezienia jej w ogromnym mieście, ale mimo wszystko będę musiał spróbować. Tylko później, nie teraz.
Wyskoczyłem z wagonu i obejrzałem się. Rzeczywiście brak mi doświadczenia pracy w terenie, tu szef ma całkowitą rację. Tylko jego metody „szkolenia” absolutnie nie przypadły mi do gustu. Jak, do licha, mam znaleźć cel?
Oglądałem ludzi zwykłym wzrokiem, ale nikt nie budził podejrzeń. Na tej stacji nadal było sporo pasażerów, w końcu to „Kurska-obwodowa”, są tu i przyjezdni z dworca, i rozchodzący się handlarze, i ludzie jadący do dzielnic-sypialni. Przymknąłem oczy i ujrzałem znacznie ciekawszy obraz: typowo wieczorne, wyblakłe aury. Wśród nich jasnoczerwoną plamą płonęła czyjaś złość, jakaś parka spiesząca się do łóżka jarzyła się pomarańczowym blaskiem, aury pijanych ciągnęły się rozmytymi brązowo-szarymi pasami.
I nic, żadnego śladu. Tylko suchość w gardle, drętwiejące dziąsła, serce, które wali jak szalone. Smak krwi na ustach. Narastające podniecenie.
Same poboczne oznaki, a jednak zbyt wyraźne, żeby je zlekceważyć.
Kto? Kto?
Pociąg za moimi plecami ruszył, wrażenie bliskości celu nie słabło, czyli na razie jesteśmy blisko siebie. Z naprzeciwka nadjeżdżał drugi pociąg… Poczułem, że cel drgnął i ruszył w jego stronę.
Naprzód!
Przeciąłem peron, lawirując między przyjezdnymi wpatrzonymi w tablice informacyjne i ruszyłem w stronę końca pociągu. Wrażenie bliskości celu zaczęło słabnąć. Pobiegłem w stronę pierwszego wagonu… Jest! Bliżej! Zupełnie jak w tej dziecięcej grze „ciepło-zimno”…
Do wagonów zaczęli wsiadać ludzie. Biegłem wzdłuż pociągu, czując, że ślina wypełnia mi usta, że zaczynają mnie boleć zęby, zakrzywiają się palce… W słuchawkach grzmiała muzyka.
In the shadow of the moon
She danced in the starlight
Whispering a gaunting tune
To the night…
Piosenka pasowała się idealnie. Zły znak.
Wpadłem między zsuwające się drzwi, zamarłem, wsłuchałem w siebie. Zgadłem czy nie? Nadal nie widziałem celu…
Zgadłem.
Pociąg mknął po obwodnicy, a moje buntujące się zmysły krzyczały: „Jest tutaj!”
Może nawet w tym wagonie?
Ukradkiem przyjrzałem się pasażerom, ale nikt nie wydał mi się podejrzany.
No cóż, poczekamy…
Feel no sroow, jeep no pain
Feel no hurl, there’s noting gamed…
Only love will then remain
She would say.
Na Prospekcie Pokoju poczułem, że cel się oddala. Wyskoczyłem z wagonu, poszedłem korytarzem do stacji przesiadkowej. Obok, tuż obok…
Na stacji wrażenie celu stało się bardzo silne. Wyłuskałem kilkoro „podejrzanych”: dwie dziewczyny, młody chłopak, chłopiec. Wszyscy byli potencjalnymi kandydatami, ale które z nich?
„Obstawiana” czwórka wsiadła do jednego wagonu. To już było coś. Wszedłem za nimi i zacząłem czekać.
Jedna dziewczyna wysiadła na Ryżskiej.
Wrażenie celu nie osłabło.
Chłopak wysiadł na Aleksiejewskiej.
Doskonale. Dziewczyna czy chłopiec? Które z nich?
Spojrzałem na nich ukradkiem. Dziewczyna – pulchna, z różowymi policzkami – uważnie czytała „MK”, nie okazując niepokoju. Chłopiec, chudy i kruchy, stał przy drzwiach, sunąc palcem po szybie.
Według mnie dziewczyna była znacznie bardziej… apetyczna. Dwa do jednego, że chodzi o nią.
Ale w takich wypadkach o wszystkim decyduje kwestia płci.
Ja też już słyszałem Zew. Jeszcze nie zwerbalizowany, na razie to tylko delikatna, przyzywająca melodia. Muzyki w słuchawkach już nie słyszałem, Zew zagłuszył ją bez trudu.
Ani dziewczyna, ani chłopak nie wyglądali na zaniepokojonych. Albo mają wysoki próg odporności, albo już się poddali.
Pociąg wjechał na stację WDNCh. Chłopiec oderwał dłoń od szyby, wyszedł na peron i zaczął iść w stronę starego wyjścia. Dziewczyna została.
Cholera!
Są za blisko siebie, nie wiem, które z nich teraz czuję!
I wtedy melodia zagrzmiała triumfalnie i pojawiły się w niej słowa.
Kobiecy głos!
Wyskoczyłem przez zatrzaskujące się drzwi i pobiegłem za chłopcem.
Znakomicie, polowanie ma się ku końcowi.
Tylko jak sobie poradzę z rozładowanym amuletem?
Ludzi było mało, ruchomymi schodami wjeżdżaliśmy we czwórkę: chłopiec, za nim kobieta z dzieckiem, potem ja, z tyłu starszawy pułkownik. Aura woskowego była piękna, świetlista, złożona z lśniących, stalowo-szarych i błękitnych odcieni. Nawet pomyślałem, z drwiną i znużeniem, że można by go poprosić o pomoc. Tacy jak on do dziś wierzą w pojęcie „honor oficerski”.
Ale ze starego pułkownika byłoby jeszcze mniej pożytku niż z muchobijki w czasie polowania na słonie…
Przestałem zajmować się głupotami i znowu spojrzałem na chłopca przez zamknięte powieki – skanowałem aurę.
Efekt był zaskakujący.
Otaczało go mieniące się, półprzezroczyste lśnienie, wypełniające się to czerwienią, to intensywną zielenią, to rozbłyskujące ciemnym granatem.
Rzadki wypadek. Nieukształtowany los, płynny potencjał. Chłopiec może wyrosnąć na łajdaka, może zostać człowiekiem dobrym i sprawiedliwym, albo wydmuszką, jakich pełno na świecie. Jak to mówią, wszystko przed nim. Takie aury są typowe dla dzieci do lat dwóch, u starszych spotyka się je bardzo rzadko.
Teraz rozumiem, czemu Zew nakierowano właśnie na niego. Co by nie mówić, specjał…
Poczułem, jak moje usta wypełniają się śliną.
Zbyt długo się to wszystko ciągnęło, zbyt długo… Patrzyłem na chłopca, na jego cienką szyję pod szalikiem i przeklinałem szefa, tradycje, rytuały – wszystko to, co składało się na moją pracę. Dziąsła bolały, w gardle zaschło.
Krew ma gorzkosłony smak, ale takie pragnienie zdoła ugasić tylko ona…
Cholera!
Chłopiec zszedł z ruchomych schodów, zaczął biec westybulem, zniknął za szklanymi drzwiami. Poczułem ulgę. Nie zwalniając kroku, szedłem za nim, kątem oka rejestrując ruch: chłopiec wszedł do przejścia. Teraz już biegł, Zew ciągnął go z całej siły.
Szybciej!
Podbiegłem do sklepiku, rzuciłem sprzedawcy dwie monety i powiedziałem, usiłując nie pokazywać zębów:
– Za sześć, z „obrączką”.
Pryszczaty chłopak powoli – chyba sam rozgrzewał się w pracy – podał mi butelkę, uczciwe uprzedzając:
– Wódka nie za bardzo. Nie trucizna, ale…
– Zdrowie ważniejsze – uciąłem. Wódka była namiastką, ale teraz mnie to urządzało. Jedną ręką zerwałem nakrętkę za przymocowane do niej druciane kółeczko-„obrączkę”, drugą wyjąłem komórkę i wybrałem ostatni numer. Sprzedawca wytrzeszczył oczy. Upiłem łyk – wódka cuchnęła jak nafta, w smaku była jeszcze gorsza, podróbka jak nic, pewnie za rogiem nalewali – i pobiegłem do przejścia.
– Słucham – powiedział głos w słuchawce.
To już nie Larysa, w nocy zwykle dyżuruje Paweł.
– Mówi Anton. Hotel „Kosmos”, gdzieś obok, w podwórku. Idę za nim.
– Brygadę? – w jego głosie zabrzmiało zainteresowanie.
– Tak. Wyładowałem amulet.
– Coś się stało?
Bezdomny, siedzący na środku przejścia wyciągnął rękę, jakby liczył, że oddam napoczętą butelkę. Przebiegłem obok niego.
– Było co innego… Szybciej, Paweł.
– Chłopaki już są w drodze.
W tej samej chwili poczułem, że szczęki przebija mi rozpalona igła. Och, ty draniu…
– Pasza, nie odpowiadam za siebie! – rzuciłem szybko i rozłączyłem się. I stanąłem oko w oko z patrolem milicji.
Zawsze to samo! Dlaczego ludzcy stróże porządku pojawiają się w najmniej odpowiednich chwilach?
– Sierżant Kamiński – powiedział szybko młody milicjant – Dokumenty.
Ciekawe, co chcą mi przylepić? Picie alkoholu w miejscu publicznym? Pewnie tak.
Wsunąłem rękę do kieszeni, dotknąłem amuletu. Ledwie ciepły, ale tu dużo nie potrzeba…
– Nie ma mnie – oznajmiłem.
Dwie pary oczu, obszukujące mnie w przedsmaku zdobyczy utraciły resztki intelektu.
– Pana tu nie ma – powtórzyli milicjanci chórem.
Nie miałem czasu ich programować, rzuciłem pierwsze, co mi przyszło do głowy:
– Kupcie wódkę i odpocznijcie. Biegiem marsz!
Widocznie polecenie upadło na podatny grunt, bo milicjanci wzięli się za ręce, jak przedszkolaki na spacerze i poszli przejściem do sklepików. Poczułem lekkie zakłopotanie na myśl o konsekwencjach własnego polecenia, ale nie miałam czasu nic naprawiać.
Z przejścia wybiegłem przekonany, że już się spóźniłem, ale chłopiec daleko nie zaszedł. Stał, chwiejąc się lekko, sto metrów dalej. Ale odporny! Zew rozbrzmiewał z taką siłą, że aż się dziwiłem, czemu nieliczni przechodnie nie puszczają się w tan, czemu trolejbusy nie zjeżdżają z ulicy, nie wdzierają się na podwórko, nie pędzą ku słodkiemu przeznaczeniu…
Chłopiec obejrzał się, chyba mnie zobaczył, i zaczął szybko iść przed siebie.
To już koniec. Złamał się.
Ruszyłem za nim, myśląc gorączkowo, co zrobię. Właściwie należało zaczekać na brygadę, powinni tu być za dziesięć minut.
Tylko że dla chłopca będzie to decydujące dziesięć minut…
Litość to niebezpieczna rzecz. Dzisiaj już dwa razy jej uległem: najpierw w metrze, tracąc ładunek amuletu na bezowocną próbę zbicia czarnego wiru i teraz znowu, ruszając za chłopcem.
Wiele lat temu usłyszałem zdanie, z którym nie chciałem się pogodzić. Nie zgadzam się z nim również teraz, choć wielokrotnie przekonałem się o jego słuszności.
„Dobro ogółu i dobro jednostki rzadko idą w parze…”
Tak, wiem. I rozumiem, że to prawda.
Ale jedna z tych prawd, które są gorsze od kłamstwa.
Pobiegłem w stronę Zewu. Dla mnie brzmiał on inaczej, niż dla chłopca. Dla niego wezwanie było hipnotyczną, czarującą melodią, pozbawiającą go woli i sił. Dla mnie przeciwnie – burzącym krew sygnałem alarmowym.
Burzącym krew…
Moje ciało, nad którym znęcałem się do tygodnia, teraz się buntowało. Strasznie chciało mi się pić… Ale nie wody, w końcu mogę bez szkody dla siebie zaspokoić pragnienie brudnym miejskim śniegiem, i nie wódki – butelkę „siwuchy” miałem pod ręką, i nawet ta trucizna by mi nie zaszkodziła.
Chciałem krwi.
I to nie świńskiej, nie krowiej, ale właśnie ludzkiej. Niech szlag trafi to polowanie…
„Musisz przez to przejść – powiedział szef. – Pięć lat w wydziale analitycznym to trochę dużo, nie uważasz?” No nie wiem, może i dużo, ale mnie się podobało. Poza tym sam szef od ponad stu lat nie zajmuje się pracą operacyjną.
Biegłem obok oświetlonych witryn, zastawionych „gżelem”, zapełnionych atrapami produktów spożywczych. Ulicą jechały samochody, chodnikiem szli nielicznie przechodnie. To również było atrapa, iluzja, jedna z krawędzi świata, i jedyna dostępna ludziom. Dobrze, że nie jestem człowiekiem.
Nie przestając biec, przywołałem Zmrok.
Świat westchnął, rozstępując się. Wyglądało to tak, jakby z tyłu włączono silne, lotniskowe reflektory, wycinające długi, wąski cień. Cień kłębił się i nabierał wymiarów, jakby wciągając mnie w siebie – w przestrzeń, w której nie ma cieni. Cień odrywał się od brudnego asfaltu, prężył, niczym słup gęstego dymu, biegł przede mną…
Przyspieszając kroku przebiłem szarą sylwetkę i wszedłem w Zmrok. Kolory wyblakły, samochody na ulicy zwolniły, grzęznąc w powietrzu.
Zbliżałem się do miejsca przeznaczenia.
Wpadając do bramy byłem przygotowany na to, że zobaczę nieruchome, opustoszone, wypite ciało chłopca i znikające wampiry.
Ale zdążyłem.
Chłopiec stał przed dziewczyną-wampirem, która już wypuszczała kły i powoli ściągał szalik. Pewnie nawet się nie boi, Zew skutecznie tłamsi jego świadomość. Może nawet marzy o dotknięciu ostrych, lśniących kłów…
Obok stał chłopak-wampir. Od razu poczułem, że to on jest w tej parze najważniejszy: to on inicjował dziewczynę, on napuścił ją na krew. Co gorsza, miał na sobie stempel moskiewskiej rejestracji. A to bydlak!
Ale dzięki temu ja miałem większe szanse…
Wampiry odwróciły się do mnie: z zaskoczeniem, jeszcze nie rozumiejąc, co się dzieje. Chłopak był w ich Zmroku, nie mogłem, nie powinienem go zobaczyć… Tak jak nie powinienem widzieć ich.
A potem twarz chłopaka zaczęła się rozjaśniać, nawet się uśmiechnął, serdecznie, spokojnie.
– Cześć…
Wziął mnie za swojaka. No cóż, to nie jego wina, teraz faktycznie byłem jednym z nich… Prawie. Tydzień przygotowań nie minął bez śladu: wyczułem ich, ale i sam niemal przeszedłem na Ciemną stronę.
– Nocny Patrol – oznajmiłem spokojnie, wysuwając przed siebie rękę z amuletem. Był rozładowany, ale trudno wyczuć to na odległość. – Wyjść ze Zmroku!
Chłopak pewnie by posłuchał – w nadziei, że nic nie wiem o ciągnącym się za nim krwawym śladzie, w nadziei, że sprawę uda się zaklasyfikować jako „przeprowadzoną bez zezwolenia próbę oddziaływania na człowieka”. Ale dziewczynie brakowało jego opanowania, ona już nie była w stanie myśleć.
– Aaa! – wrzasnęła i skoczyła w moją stronę. Dobrze chociaż, że nie wbiła zębów w chłopca, była teraz nieprzytomna, jak narkoman na zejściu, któremu wyrwali z żyły wkłutą przed chwilą strzykawkę, jak nimfomanka, z której mężczyzna zszedł na sekundę przed orgazmem.
Jej skok był bardzo szybki, człowiek nie zdołałby zrobić uniku, ale ja znajdowałem się w tej samej warstwie rzeczywistości, co wampirzyca. Podniosłem rękę i chlusnąłem z napoczętej butelki prosto w jej wykrzywioną transformacją twarz.
Ciekawe swoją drogą, czemu wampiry nie tolerują alkoholu?
Dziki krzyk przeszedł w cienki wrzask. Wampirzyca obróciła się w miejscu, uderzając się rękami po twarzy, z której płatami schodziła skóra i mięso. Wampir odwrócił się i rzucił do ucieczki.
Wszystko układało się aż za prosto. Zarejestrowany wampir to nie przyjezdny gość, z którym musiałbym walczyć jak równy z równym. Cisnąłem butelką w wampirzycę, wyciągnąłem ręce i pochwyciłem rozwijającą się posłusznie nić rejestracji. Wampir zacharczał i złapał się za gardło.
– Wyjdź ze Zmroku! – krzyknąłem.
Chyba zrozumiał, że jest źle, bo zawrócił i skoczył w moją stronę – próbując osłabić nacisk nici. W biegu wysunął kły i zaczął się transformować.
Gdyby amulet był naładowany, po prostu bym go ogłuszył.
A tak musiałem go zabić.
Rejestracja – święcąca się słabym błękitem pieczęć na piersi wampira trzasnęła, gdy posłałem bezgłośny rozkaz i energia, włożona przez kogoś znacznie zdolniejszego ode mnie wlała się w martwe ciało. Wampir jeszcze biegł. Był najedzony i silny, cudze życia nadal podtrzymywały jego martwe ciało, ale nie mógł odeprzeć ciosu o takiej sile: jego skóra zaczęła wysychać i przywierać do kości niczym pergamin, z oczu popłynął śluz. Kręgosłup pękł z trzaskiem – i to, co zostało z ciała wampira upadło do moich nóg.
Odwróciłem się szybko. Dziewczyna mogła się już zreanimować… Ale okazało się, że niebezpieczeństwa nie było – dziewczyna nie miała zamiaru atakować, pędziła wielkimi susami przez podwórko. Nie wyszła ze Zmroku i ten szokujący widok widziałem tylko ja… No i psy oczywiście. Gdzieś w okolicy zaczął histerycznie ujadać mały psiak, skrępowany nienawiścią i strachem, tymi wszystkimi uczuciami, którymi ród psi od wieków darzy żywe trupy.
Nie miałem sił gonić dziewczyny. Sięgnąłem i wziąłem odcisk aury – wysuszonej, szarej, stęchłej. Znajdziemy ją. Teraz już nigdzie się nie ukryje.
A gdzie chłopiec?
Po wyjściu ze stworzonego przez wampiry Zmroku powinien albo stracić przytomność, albo wpaść w odrętwienie, a jednak w bramie go nie było. Nie mógł przebiec obok mnie… Wyskoczyłem z bramy na podwórko i zobaczyłem go – pędził niemal tak szybko jak wampirzyca. Zuch! Dobra, nie potrzebuje mojej pomocy. Źle, że zapamiętał, co się tu działo, ale z drugiej strony, kto uwierzy małemu chłopcu? A nad ranem straszne wspomnienia wyblakną, wygładzą się, przemienią w nierealny koszmar.
A może go jednak dogonić?
– Anton!
Od strony ulicy biegli Igor i Garik, nasz nierozłączny duet pracowników operacyjnych.
– Dziewczyna uciekła!
Garik kopnął w biegu wysuszone szczątki wampira, wznosząc w mroźne powietrze chmurę truchła.
– Odcisk! – krzyknął.
Posłałem mu obraz uciekającej wampirzycy, Garik skrzywił się i przyspieszył. Operacyjni ruszyli w pościg, Igor rzucił mi w biegu:
– Sprzątnij śmieci!
Skinąłem głową, choć nie oczekiwali odpowiedzi i wyszedłem ze swojego Zmroku. Świat zapłonął barwami, za to sylwetki operacyjnych rozpłynęły się, nawet śnieg, leżący w ludzkiej realności przestał się uginać pod niewidocznymi nogami.
Westchnąłem i podszedłem do zaparkowanego na poboczu szarego volvo. Na tylnim siedzeniu leżało nieskomplikowane instrumentarium: mocny plastikowy worek, łopatka i miotełka. Przez pięć minut zmiatałem szczątki wampira, potem schowałem worek do bagażnika. Z zaspy, zostawionej przez niedbałego dozorcę wziąłem trochę brudnego śniegu, rozrzuciłem w bramie i udeptałem, wbijając resztki truchła w błoto. Nie będziesz miał ludzkiego pochówku, nie jesteś człowiekiem…
I to by było na tyle.
Wróciłem do samochodu, usiadłem za kierownicą, rozpiąłem kurtkę. Było mi dobrze, nawet bardzo dobrze. Wampir został załatwiony, jego przyjaciółkę złapią chłopaki, chłopiec żyje. Wyobrażam sobie, jak się szef ucieszy!
[copyright by Wydawnictwo MAG]
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...