Numer Jeden

(Номер Один, или В садах других возможностей)

Ludmiła Pietruszewska

gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Jerzy Czech
wydawnictwo: Świat Książki
rok wydania:
rok wydania pol.: 2010
ISBN: 978-83-247-0532-0
liczba stron: 272
format: 200 x 125 mm

Podczas ekspedycji na Syberię, moskiewski etnograf nagrywa śpiew tajemniczego ludu Entti. To skarb, który można sprzedać na Zachodzie za majątek. Niestety, kaseta ginie wraz z członkiem wyprawy, porwanym dla okupu przez dziwnych Czuczunów. W razie niezapłacenia uczestnik ekspedycji zostanie... zjedzony!
Programista komputerowy, zwany Numer Jeden, usiłuje zdobyć pieniądze. Brnąc w coraz większe tarapaty w skorumpowanej rosyjskiej rzeczywistości, staje się uczestnikiem dziwnej gry... Specyficzny klimat groteskowego snu i oryginalny styl autorki o niepowtarzalnym talencie.

ROZDZIAŁ 2 POŚCIG
Pewien mężczyzna, nazwijmy go Numerem Jeden, puścił się w pogoń za nieznanym mu osobnikiem.
Stało się to w jasny dzień. Numer Jeden jechał trolejbusem, siedział naprzeciwko drzwi, ludzi było pełno. Jakiś gość ciągle się nachylał, tuż przed oczami Numeru Jeden majtała się poła szerokiej marynarki w kratkę. Numer Jeden przez cały czas odsuwał tę marynarkę od twarzy, nieznośne to było, ale oszczędzał siły, nie ciskał się. Marynarka podobna do naszej, rodzimej, też w kratkę, ale nowa i jakaś szeroka. Awantura oznaczała utratę sił, których i tak brakowało. Taki z chęcią odpowie: „To może wysiądziemy?”. A nam to niepotrzebne, siedzimy cicho, bo mamy ważną sprawę. Kiedy trzeba było wysiąść, z ulgą wstał, ale od razu utknął między dwoma facetami (jednym z nich był ten w kratkę), którzy też z trudem się przeciskali. Stanęli mu na drodze, im jednak także ktoś przeszkadzał, nie puszczał ich do wyjścia. Nie sposób było się wydostać. Omal nie doszło do bojki, a Numer Jeden, klnąc w duchu, dostał się właśnie między tych ludzi. Ale wtedy uświadomił sobie (z ulgą), że to jeszcze nie jego przystanek, dobrze, że taki ścisk się zrobił, boby wyskoczył za wcześnie. Trzeba by było czekać na następny, tak sam przepełniony, a w dodatku głowa człowieka boli, zmordowany po nocy w napchanym do niemożliwości wagonie a w Moskwie, zanim wsiadł do niego, już miał za sobą ulubioną zabawę ludu rosyjskiego, zwaną kłopoty.
Zaczął przeciskać się z powrotem, a tamten, w marynarce w kratkę, który chyba nie zamierzał wysiadać (inaczej dawno już by to zrobił, co za przyjemność być potrącanym przez wysiadających), nagle wyskoczył na zewnątrz.
Kiedy Numer Jeden wrócił, na jego miejscu oczywiście siedziała już jakaś baba.
Nagle, stojąc w tłumie pasażerów, stwierdził, że jego marynarka jest rozcięta na wysokości piersi, a w kieszeni — nie ma nic! Pieniądze zniknęły! Zginęła reklamówka, w której wiózł olbrzymią sumę! Gnoje! I dowód! Złodzieje! To koniec! Wszystko przepadło. Ludzie kochani... Och, co teraz zrobić...
Numer Jeden wziął się w garść i puściwszy w ruch łokcie, przepchnął się do drzwi trolejbusu, które, chociaż sporo czasu minęło, nie wiadomo czemu jeszcze były otwarte. Bogu dzięki, w ostatniej chwili wyskoczył. Wyskoczył, żeby rzucić się w pościg. Za kim? Wszyscy już gdzieś poznikali. Ulica, w którą stronę spojrzeć, była pusta.
Przed sobą miał sklep. Tak. Jeśli ten złodziej w kratkę gdzieś się schował, to tylko tutaj, nigdzie indziej.
Dla niepoznaki Numer Jeden zdjął z siebie rozciętą marynarkę i dał susa, przeskakując od razu trzy stopnie. Z przedsionka można było iść dalej dwojgiem drzwi. Poszedł na prawo. Za witrynami krzątała się sprzedawczyni, wyprostowała się, popatrzyła, jak gdyby zapraszając. Nikogo więcej nie było. Wrócił do przedsionka, ruszył do następnego sklepiku. Wtedy akurat przed nim pojawił się ten kraciasty. Wyraźnie zamierzał wyjść. To ten!
Numer Jeden stanął na drodze, chcąc powiedzieć „oddaj pieniądze”. Ale jakoś się nie zdecydował. Bez sensu. To nie on. Marynarka w kratkę wyciągnęła z kieszeni komórkę i podniosła do ucha. Na pewno nie ten. Facet powiedział:
- To ja. Wącha? To ja.
I zwrócił się do Numeru Jeden:
- O co chodzi? - I do słuchawki, znacząco:
- Wącha, jedną chwilkę.
Spojrzał w dól, pod nogi. Numer Jeden też opuścił wzrok. Tamten w kratkę miał drogie, nowiuteńkie, lśniące buty. Nie on.
Numer Jeden usunął się na bok i jak gdyby ruszając w swoją drogę, przeszedł do sklepiku. Po sekundzie wyskoczył na ulicę. W oddali biegła, wyrywała do przodu marynarka w kratkę.
To ten, nie ma wątpliwości.
Biegł nie sam, obok niego zasuwał jakiś nieduży, ogolony na łyso, w czarnej skórze.
Numer Jeden wyskoczył na jezdnię i podniósł rękę.
Jakże mogłem zapomnieć, że oni nigdy nie pracują sami! I od razu przekazują innym kasę! Nawet gdybym zaczął się szarpać z tamtym wysokim... Leżałbym teraz z dziurą w głowie... W dodatku bez dokumentów.
Zatrzymał samochód, klepnął się po pośladku i dopiero wtedy powiedział:
- Okradli mnie, o, tamci dwaj, po drugiej stronie. Podwieź mnie w tym kierunku, tak z pięćdziesiąt metrów, co?
Gość za kierownicą zastanawiał się chwilę, po czym odmówił. Pewnie myślał, że sobie dorobi,atu trafił mu się nienormalny.
Numer J eden powtórzył:
- Pięćdziesiąt metrów, słyszałeś?
Do faceta coś w końcu dotarło, więc ruszył z miejsca. Numer Je den schował się za nim iwyglądał zza jej pleców. Jechali wolno.
- Są, to oni, tam!
Teraz już szli, nie biegli. No,wyprzedza my.
Matka Jury wrzeszczała przez telefon: „A chce pan, żebym zabiła pańskiego syna, tak jak pan załatwił mojego? To pan, pan go nie chciał zabrać, przez pana go zwolnił. On wiedział więcej niż pan, a pan teraz przypisał sobie wszystkie osiągnięcia ekspedycji! Wynajmę ludzi, żeby zabili pańskiego syna!”. Fakt, nie chciał Jury zabierać. Jakby coś przeczuwał. Ale zmusili go.
- Zatrzymaj się tam, przy kiosku, ale kasy nie ma, wybacz, okradli mnie. Rozcięli marynarkę. Dzięki.
- Nie ma za co - odpowiedział kierowca z ulgą i szybko odjechał.
Numer Jeden wysiadł i schował się za kioskiem. Włożył marynarkę. Drżał z emocji. Odruchowo chwycił się za kieszeń, zasłaniając rozcięcie.
Tamci po drugiej stronie zbliżali się...
Mało, że obrabowano go jeszcze przed ekspedycją, i na dodatek księgowa wydała mu ćwierć sumy w rublach. Dyrektor też się pieklił: „Temu palantowi nie podpis; delegacji. Betacam mu kupili, a tu nie ma ani Kuchariwa, ani Betacama. Już jedną kamerę zjuchcił”. Czy Jurę okradli wtedy na przechodnim podwórzu, i jest pytanie. Zasadnicze.
Aha... stop. Tamci już szli naprzód, oglądając się do tyłu. Mimo wszystko coś czują, tak jak szczury albo karaluchy.
Serce tłukło się niczym szaleniec w konwulsjach (tak pisał pewien głupkowaty autor, którego książkę redagowała Aniuta, teraz już wiadomo, co to znaczy). Prawda! Ale co z nimi zrobić, kiedy się ich złapie? W gardle mu zaschło, cięło jak nożem.
Ten w marynarce w kratkę, wysoki, czarniawy facet, rozejrzał się i sprawdził teren. Drugą stronę ulicy też. Czy dostrzegł swojego klienta przez szybę kiosku? Numer Jeden odruchowo schował się za kiosk i przesunął w stronę okienka. W środku nie było nikogo. Przesunął się jeszcze dalej, obszedł róg kiosku. Zobaczył otwarte szeroko drzwi, a na nich kartkę z koślawym napisem: „M-psychoza 12.45 do 12.50”. Przestraszył się. Znowu? Co to ma być? Identyczna kartka jak przed wejściem do domu Gawriłowow tamtego ranka? Dostaję na głowę?
Minął drzwi. Kioskarka akurat wyszła ze swego domku, stała przy jezdni i patrzyła na tramwaj, stojący nieruchomo na torach. Słysząc za sobą jakiś ruch, odwróciła się i ze złością powiedziała:
— Draństwo!
Po czym ruszyła naprzód, uporczywie patrząc w stronę tramwaju.
Złodzieje zniknęli, rozpłynęli się między domami. Wszystko zrozumieli! Uciekli.
Ulica była całkiem opustoszała, tak pusta, jak nigdy się nie zdarza. Ludzie jakby się pochowali. Dwaj złodzieje też.
Pierwszym odruchem było - wejść do kiosku, ukryć się tam i przez szyby rozejrzeć się dookoła. Nawet stanął za plecami kioskarki przed wejściem, postawił nogę na progu.
- Co za skandal! - ze łzami w głosie powtórzyła kioskarka i pokazała podbródkiem.
Wszędzie pusto, ulica pusta, koniec z nim. Spod tramwaju, spod przednich kół, wystawał jakiś straszliwie wypchany pasiasty tobół. Wielki, w kolorowe pasy. Nagle wór drgnął i stanął sztorcem, ale potem znowu runął na ziemię. Okazało się, że to kobieta w pasiastej bluzie, połowa kobiety, jej nogi znajdowały się pod kołami. Tramwaj stał absolutnie pusty, bez motorniczego.
Nie wiadomo czemu Numer Jeden popatrzył na zegarek. 12.47.
Boże, zlituj się nade mną grzesznym.
Na wszelki wypadek cofnął nogę z progu.
Przebiegł przez ulicę dopiero przy światłach.
Co się będzie teraz chował?
Po drugiej stronie ulicy, na ukos od kiosku, widać było jedyną bramę. Dom chyba akurat malowano, bo na linach wisiała deska. Numer Jeden podbiegł do wejścia. Jakiś sznur, zwisający z deski, w bok od drzwi, lekko się kołysał. Drzwi najwyraźniej dopiero co zatrzaśnięto.
Numer Jeden rozglądał się teraz za jakimś kijem, najlepiej żelaznym prętem. Bo jak zobaczy tamtych, to czym ma ich zabić?
I jakby specjalnie, przed bramą, na kupie odpadów po remoncie, desek, beczek i puszek po farbie, los podłożył mu kawałek nowiutkiej blachy, lśniący niczym ostrze noża.
Numer Jeden złapał blachę i wparował do bramy, nie zachowując żadnych środków ostrożności. Od razu wstrzymał oddech, bo przy brudnych schodach stało teraz już troje ludzi, ale nie tych samych: dziewucha i dwóch chłopaków, wszyscy młodsi niż złodzieje, którzy mu uciekli.
To jakby następne pokolenie - dwudziestolatków.
Na jego widok nie mogli się powstrzymać od śmiechu, chociaż niezbyt głośnego – i czemuż to? Czy rozśmieszył ich sam jego widok, gapiowate otwarte usta, czy też odłamek lśniącej blachy w ręku? Dość że kiedy na niego spojrzeli, zaraz zaczęli chrumkać jak świnie. Śmiali się z wyraźnym zadowoleniem.
Tak czy owak, to była brama przechodnia. Dalej, za schodami, widział na wpół otwarte drzwi na podwórze. Teraz problem „czy szło tędy takich dwóch” stawał się trudniejszy.
- Dokąd tamci poszli? - wykrztusił z trudem Numer Jeden (głos miał jakiś piskliwy).
Młodzi uśmiechali się i milczeli. Niemowy? To jeszcze lepiej. Może tamci złodzieje też byli niemi? Nie, przecież rozmawiali. Odwracali się do siebie twarzami i ruszali szczękami jak kukiełki. Nie pokazywali sobie palców.
- Tutaj weszło dwóch takich, gdzie oni są? Bo zabiję - zapiszczał Numer Jeden.
Dziewczyna, rechocząc już otwarcie, kiwnęła głową w stronę podwórza. Dwaj gówniarze nie zachowywali się tak swobodnie, ale też się trochę podśmiewali, patrząc na jego marynarkę. Ach, tak. Chodzi o to rozcięcie.
No, jeśli pokazują tam, to trzeba iść dokładnie w przeciwnym kierunku. Numer Jeden pognał schodami na gorę (w przelocie widział, że na dole dziewucha jak gdyby przecząco kręciła głową, nadal się śmiejąc).
Od razu z pierwszego okna między piętrami zobaczył na podwórzu dwóch swoich złodziei; zaszli już dosyć daleko i byli bardzo dobrze widoczni. Naprzeciwko, za metalową siatką, widział jakiś ogród i biedną, zaniedbaną willę, ludzie stali tam albo siedzieli na ławeczkach; z lewej - skrzydło domu, w którym się znajdował.
Bezmyślnie patrzył, jak złodzieje skręcają za róg i znikają.
Poczuł ukłucie w sercu. To już koniec.
Mało tego, koniec z jego mieszkaniem! To jest najgorsze!
Jak Aniuta się darła! Histeryczkom nie wolno mówić takich rzeczy. Szlochała, omal nie rzuciła się na podłogę, nie chciała go puścić. Powiedział jej, że musi pojechać za miasto, pożyczyć pieniądze na wykupienie Jury.
W ogóle jej nie mówił, że w starym bułgarskim palcie ojca, pod podartą podszewką, schował tamte sześć tysięcy. Dwadzieścia włożył do wewnętrznej kieszeni na piersi. Zabezpieczył szpilką. Zgadza się, działał ostrożnie, zgodnie z zasadą, żeby jaja kłaść do dwóch koszyków
Ale teraz koniec, już po zawodach. Nie ma pieniędzy, dług... Dwadzieścia tysięcy. Pilnie sprzedać mieszkanie, kupić trzy bilety... do Brazylii chyba... Tam wyrzucić paszporty... Przez trzy lata mieszkać w obozie dla bezpaństwowców, w aluminiowym wagoniku. W dzikim skwarze. Powiesić się w tym wagoniku. żona Oppenheima, czyli Opieńki, w Szwajcarii połknęła fiolkę tabletek nasennych, kiedy już dwa lata przeżyli tam jako prześladowani żydowscy uchodźcy, w znośnych warunkach, ale bez prawa odwiedzania Moskwy. Teraz już przyjeżdżali z Opieńka do ojczyzny, do ukochanej stolicy, popatrzyli, przekonali się, że mieli rację, powiedzieli, że z literatury fachowej ze swoich poprzednich dziedzin nigdy nic nie czytają, bo mają dużo pracy, po czym radośnie wrócili do domu, żeby zapieprzać w banku, nie wiadomo, w jakim charakterze, może sprzątaczy. Mogli też być tłumaczami przy rosyjskiej ferajnie, która wozami zgarnia kasę. Lonia Oppenheim, czwarty z przyjaciół Szopen, Opieńka, Kuch i ja, w pokoiku w suterenie. Tak było. Na urodziny Kucha ktoś przyprowadził moją Aniutę... Widać od tamtej pory nie może mi wybaczyć, że nie zdążył jej przelecieć. A może zdążył?
Na dole ta trojka. Na dół nie można. Do domu nie można. I nie ma pieniędzy na pociąg.
Skoczyć z najwyższego piętra?
Faktycznie, sytuacja Czuczuna?
Kiedy u Entti człowiek tonie w morzu, inni starają się troskliwie przyłożyć mu jeszcze w baniak, by mieć pewność, że utonął. że poszedł szlakiem duchów do dolnego nieba, abu. Gdyby zaś wypłynął, nie przyjmą go. Dla nich jest jakby trędowaty. Boją się, że przywlecze złe duchy do domu. Chociaż przyjmują wszystkich obcych, takich jak Jura. Dają im jeść, dają nocleg i nie zważają, że tamci - Jura tak zrobił - lecą do dziewczynek za zasłonę przy wejściu. A nie do siebie, za zasłonę dla gości, przy piecu w czumie. Nawet jeśli dziewczynki są całkiem małe.
- Piec do czu-mu! Piec do czu-mu! - powtarzał Numer Jeden jak zaklęcie. Mama w trudnych chwilach mamrotała „szuru-buru, szuru-buru”. To się u niej zaczęło po śmierci ojca.
Dlaczego tych troje się śmiało?
Pewnie w dobry nastrój wprowadził ich taki spektakl - najpierw wpada dwóch gości, a potem jeszcze jeden w rozprutej marynarce i w dodatku z tą parodią noża w ręku. Podniósł do oczu kawałek blachy - kindżał był krzywy, wygięty, z wyraźnie widniejącymi nacięciami po nożycach. Rzeczywiście śmieszne.
Ale na ich twarzach nie było widać zdziwienia.
Z jakiegoś powodu jego, dziwnego faceta z rozprutą kieszenią na piersi, powitali ze zrozumieniem i właściwie z uśmiechami aprobaty. Mając jakby całkiem uzasadnione poczucie wyższości, bo przecież wszystko zrozumieli. Rozwiązali zagadkę. Na ich pytania znalazła się odpowiedź. Mało tego. Wyglądali tak, jakby chcieli, żeby tamtym dwom złodziejom się dostało. I skierowali go w dobrą stronę, dziewczyna mu wskazała.

Jest to wyrazista, mocna książka. Diagnozy jakie stawia teraźniejszości, niepokoją i nieprzyjemnie poruszają. Poznawanie świata przedstawionego przez Pietruszewską nie polepsza nastroju, nie przynosi nadziei. Dlaczego w takim razie powinno się czytać ‚Numer Jeden”? Powodów jest kilka. To imponujące świadectwo nieustannego rozwoju doświadczonej pisarki, która poszukuje nowych języków wyrazu. Pietruszewska wciąż podejmuje eksperymenty formalne. Opór, jaki wyczuwać może czytelnik „Numeru Jeden” nie blokuje poznawania świata przejmująco bli skiej Rosji, ale uruchamia szereg refleksji dotyczących kondycji czytającego. Ten pozornie fragmentaryczny fresk współczesny jest wezwaniem do szukania odpowiedzi na prywatne pytania.

/Anna Marchewka, Tygodnik Powszechny, marzec 2010/

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...