Patologie

(Патологии / The Pathologies)

Zachar Prilepin

gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Małgorzata Buchalik
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2005
rok wydania pol.: 2010
ISBN: 978-83-7536-195-7
liczba stron: 308
format: 125x195 mm

Czeczenia. Bezwzględna wojna, w której żadna ze stron nie zna litości. W sam środek tego piekła trafia młody rosyjski żołnierz, Jegor Taszewski. To jego oczami, poprzez alkoholową mgłę, oglądamy obraz wojennych patologii. Dyscyplina zamienia człowieka w bezwzględną maszynę, a żołnierski szereg odbiera mu indywidualizm. W tym świecie nie ma miejsca na uczucia, pozostaje zwierzęcy instynkt i żądza przetrwania. Na wpół zatarte, nieuchwytne wspomnienia wydają się pięknym snem. Wciąż jednak powracają, przypominając młodym żołnierzom o domu, rodzinie, kobietach i pełnej spokoju normalności. Ale realne jest tylko to, co tu i teraz – towarzysze broni, błoto, wódka, papierosy, strach i codzienne spotkania ze śmiercią. Mocna, męska książka, która ogłusza jak wystrzał z moździerza i pozostaje w pamięci jak krwawe obrazy z pola bitwy.

Patologie - Zachar Prilepin

Fragment książki.

Wyładunek. W rozpłatanym brzuchu samolotu kłębią się
chłopcy w moro. Dziesiątki skrzynek z amunicją i granatami,
mielonka, konserwy rybne, wódka, worki makaronu. Jakieś
baniaki. Blaszany piecyk‑koza…
Brudni poborowi z martwymi oczami palą papierosy „Astra”,
siedzą na brezencie i patrzą na nas tępo. Młode chłopaki, ręce
o delikatnych nadgarstkach wysmarowanych czymś czarnym.
Całą drogę graliśmy w karty. Moim partnerem był półkrwi
Czeczen, Hasan. Blondyn z rudym zarostem; garbaty nos i wytrzeszczone
oczy zdradzają pochodzenie. Po odsłużeniu wojska
nie wrócił do Groznego, gdzie urodził się, skończył szkołę
i tak dalej. Znalazł sobie w Swiatym Spasie – tak nazywa się
miasto, z którego jesteśmy – żonę i został. Wymienił dowód,
dostał nowe imię. Ale chłopaki i tak mówią na niego Hasan.
Dla nich jest Nochczą – Czeczenem. Teraz Hasan już jako
specnazowiec jedzie odwiedzić rodzinne strony i, całkiem
możliwe, postrzelać do kolegów z klasy.
On i ja dowodzimy drużynami w tym samym plutonie. Naszym
plutonowym jest Szyja. Nazywają go tak, bo ma szyję
równie szeroką jak głowę. Głowę ma normalnej wielkości,
a szyję jak byk.
Plutonowy pyta:
– Hasan, jak ty będziesz tam strzelać do swoich?
Hasan się śmieje.
– O tak – mówi. – Pif‑paf!
Spryciarz. Po drodze ograliśmy w karty wszystkich po kolei.
Potem samolot zaryczał, zadrżał i zszedł do lądowania. Schowaliśmy
karty. Założyliśmy magazynki, ktoś się przeżegnał.
Wysiadamy – lotnisko w Mozdoku. Dobrze, do wojny jeszcze
stąd daleko.
Kiedy chłopaki rozładowywali samolot, poszliśmy się z Hasanem
odsikać. Wypaliliśmy po dwa papierosy przy drewnianym
kiblu. Wracamy, łapiemy pusty baniak, niesiemy,
specjalnie uginając nogi, od razu widać: ciężki jak cholera.
Z powrotem do samolotu idziemy szerokim, bezsensownym
łukiem. Chłopcy są już mokrzy ze zmęczenia. My z Hasanem
znów rozglądamy się za czymś lekkim. Szarpię się ze skrzynką,
tymczasem Hasan zmywa się po wodę. Tylko on wie, gdzie
jest woda – w terminalu, w kranie, zaraz przyniesie i napoi
wszystkich spragnionych. Akurat kiedy rozładują cały samolot,
przyjdzie i przyniesie plastikową butelkę z wodą.
Brudni żołnierze palą papierosy „Astra” i w zadumie gapią
się na nasze konserwy.
Znowu lecimy, tym razem śmiglakiem. Następny przystanek
– Grozny.
Samolot przypomina rekina, śmiglak krowę.
Od dzieciństwa nie mogłem znieść bicia własnego serca. Jeżeli
w nocy przekręciłem się przez sen tak, że zaczynałem słyszeć
to pulsowanie, te uderzenia – na przykład, kiedy kładłem
głowę na ramieniu – natychmiast się budziłem. Bicie serca zawsze
zdawało mi się odrażające, podstępne, gotowe znienacka
zamilknąć. Z jakiej racji ten głupi, czerwony kawałek mięsa
ciągnie mnie za sobą w kompletną pustkę i mrok? Przekładałem
głowę na poduszkę i uspokajałem się: cisza… nie ma
żadnego serca… już wszystko w porządku…
I zasypiałem.
Kiedy zjawiła się Dasza, mój strach wzrósł w dwójnasób.
Bicia jej serca bałem się jeszcze bardziej niż własnego. A jeśli
nurt krwi właśnie unosi moją Daszę, het, daleko ode mnie?
Zawsze budziłem się przed nią. Rano nieustannie miałem
wrażenie, że w nocy nie przemyślałem czegoś do końca, utknąłem
w połowie myśli i straciłem świadomość.
Rano Dasza spała niespokojnie, jak niemowlę przed karmieniem.
Robiła kilka nerwowych ruchów, śmiesznie przewracała
się na drugi bok, muskając moją twarz włosami, zostawiając na
skórze lekkie wspomnienie dotknięcia skrzydła blisko przelatującej
jaskółki i znów na kilka minut mocno zasypiała.
Po ulicy, z szumem wylewanej na gorące żelazo wody, przejeżdżały
trolejbusy, chociaż jeszcze tej nocy zdawało się, że
wymarły raz na zawsze, jak dinozaury.
W nocy wracaliśmy do domu, jak zwykle wygłupiając się
i pieszcząc, wciąż niepotrzebnie przechodząc z jednej strony
ulicy na drugą − nadawało to sens rzadkim nocnym światłom
przy pasach; uważaliśmy za swój obowiązek rozchlapanie
wszystkich kałuż na chodnikach; boso przebiegaliśmy wymuskane,
pieczołowicie rozczesane trawniki na głównych placach
miasta.
Rano zawsze chciało mi się palić, ale nie potrafiłem się zmusić,
żeby pójść do kuchni. Ostro hamowali niezadowoleni ze swojego
losu kierowcy samochodów, a od pisku hamulców drżała
powieka Daszy; przestawałem w zadumie i z rozczuleniem
delikatnie obwodzić palcem brązowy sutek wyglądającej spod
kołdry piersi w obawie, że moja dziewczynka się obudzi, i szepcąc
„tss” kładłem powoli rękę na jej gorący jak u szczeniaka
brzuch, gdzie, buszując ciekawskim małym palcem,
trafiałem
na słodki
kosmyk czarnych włosów, i znów niepostrzeżenie
dognany na wpół senną plątaniną zabawnych głupstw, obrazów
i wspomnień, włażących na siebie jak żuki, zasypiałem.
Śniły mi się ciągle te same sny. Sny składały się z zapachów.
Wilgotnie i tęczowo, jakby namalowany w powietrzu akwarelą,
zjawiał się zapach lata, widmowych brzóz pośród nocy,
deszczy krótkich jak drobna naprawa szewska, czułości. Potem
gęsto i leniwie nadciągał zapach jesieni, namalowany olejami,
zapach żywicznych masztów sosen i osik, zapach smutku. Jesień
przyprószał biały, subtelny, martwy, naszkicowany kredą
smak zimy. Sny zawsze się sprawdzały.
Budził nas głód, wspinający się na zimnych pajęczych łapkach
na szczyty naszych snów; przeganiał nieznośnie czułe
ciepło, rozbijał błogą ciszę, rozpraszał szczęśliwą i ufną ślepotę.
Każdy nasz ruch, jego doskonale wyliczona przypadkowość,
a tak naprawdę doskonała celowość mimowolnych spotkań
niby wciąż śpiących dłoni mówił nam, że już się budzimy, ale
jeszcze jakiś czas udawaliśmy, aż w końcu Dasza dekonspirowała
się zabawnym, kocim ziewnięciem. Chwilę później
rozchylała
kpiarskie, delikatne powieki i natykała się na moje
spojrzenie.
„Aha, mam cię!”.
Szybko zamykała oczy, ale źrenice nie potrafiły już wrócić
do beznamiętnego nocnego spoczynku i znów się ożywiały.
Tak dwa koziołki wyskakują z gąszczu łopianu i pokrzywy,
widząc, że przyszedł gospodarz.
W kałużach pływa brudny lód. Jadą ciężarówki. Woda w kałużach
rozchlapuje się na boki, a potem spływa z powrotem,
pokryta brudną pianą. Niebo mży, szare, czarne, szare. Pachnie
starymi, mokrymi bandażami.
Zobojętniali na wszystko żołnierze podnoszą na nas zamyślone,
senne oczy. Jesteśmy w Chankale: tu koncentruje się
główny korpus armii. To przedmieścia Groznego.
Brodaty major w moro rozmawia z Czeczenem w skórzanej
kurtce, obaj się śmieją. Major siedzi na rozkładanym krzesełku,
przechylił na bakier beret z proporczykiem. Czeczen
przypomina przebranego za człowieka diabła, major – malarza
bez sztalug.
Do naszej „krowy” pakują się petersburscy komandosi.
Wracają do domu. Jeden z nich mówi mi:
– Najważniejsze, żeby wasz dowódca był uparty. Żeby was
nie rzucili gdzieś do… Chuj z ich rozkazami! Patrz, chłopaków
z Riazania wywieźli w czyste pole, kazali się okopywać. Po tygodniu
zabrali. Ale przez ten tydzień czterech okopało się na
amen, kurwa. Nawet nie było co po nich wykopywać. A u nas
na piętnastu ludzi raptem dwu rannych, i tyle. Bo mieliśmy
w dupie ich rozkazy.
– Miasto jest w rękach federalnych – słyszę rozmowę gdzieś
obok – ale bojówkarzy kręci się tam od metra. Biorą nas na
przetrzymanie. W dzień Grozny jest nasz, w nocy ich.
Spoceni, niewyspani i zmęczeni ładujemy swoje graty do
ciężarówek. Każda jest inna. Włazimy na paki. Spryciarz Hasan
pcha się do jednej z szoferek, do kierowcy. W szoferce jest
ciepło i miękko.
– Śmiało, Hasan, śmiało! – woła za nim Szyja. – Twoi ziomkowie
zawsze najpierw strzelają do szoferki.
Hasan nie słyszy, szczerzy zęby. Chłopcy patrzą na Szyję.
Wszyscy zapalają papierosy, nawet ci, którzy nigdy nie
palili.
– Nie cykajcie, chłopaki! – śmieje się zastępca dowódcy
plutonu Grisza Żarikow, przygarbiony, żółtozęby, z wystającymi
kłami, podobny do hieny czy innego szakala (a raczej
do tego, jak je rysują w filmach animowanych), przezwany
za kpiarstwo Wrzodem.
Walczył razem z Szyją w Tadżykistanie.
Nasz dowódca, Siergiej Siemionycz Kucy, szanuje Wrzoda,
a Szyję tytułuje „synkiem”. Siemionycz jest bohaterem.
Cały obwieszony medalami, trudno podnieść jego mundur
galowy. Podobno w Afganistanie runął na góry w zestrzelonym
śmigłowcu. Później w Czarnobylu zatknął radziecką
flagę na najwyższym kominie elektrowni – na znak zwycięstwa
nad reaktorem jądrowym. Dali mu za to mieszkanie.
Potem wypadły mu włosy i to i owo opadło. Odeszła
od niego żona.
– Wszystkich zabrałeś, synku? – pyta Kucy Szyję. – No,
z Bogiem. Jazda!
Jedziemy.
Za bramą Chankały stoi ekipa telewizyjna, dziewczyna
z mikrofonem, gdzieś ją już widziałem, obok niej operator
i jeszcze jakiś facet opleciony kablami.
Operator robi najazd na wnętrze naszej ciężarówki, siedzący
przy brzegu Sania Skworcow, ksywa Szpak, z mojej
drużyny, macha ręką, ale w połowie gestu robi mu się głupio
i przestaje. Nikt nie komentuje tej dziecinady, pewnie każdy
z nas chętnie pomachałby łapką operatorowi.
Mijamy opuszczone, wypalone wioski na obrzeżach Chankały
i wjeżdżamy na most. Za mostem zaczyna się miasto.
Przystajemy, przepuszczamy kolumnę wozów z miasta.
Gazik, transporter opancerzony, cztery ciężarówki i jeden
bojowy wóz piechoty. Na transporterze siedzą omonowcy,
jeden spogląda na nas i uśmiecha się. Uśmiech człowieka,
który wyjeżdża z Groznego, wiele dla nas znaczy. Znaczy,
że nie zabijają tam na każdym kroku. Inaczej chybaby się
nie uśmiechał?
Na poboczu kręci się wokół własnej osi pies, ma na grzbiecie
różową łysinę jak opalone prosię. Miga łysina, miga otwarty
pysk, siny język, złe oczy. Zdaje się, że pies cuchnie
zgnilizną, zgniłymi warzywami. Kręci się coraz wolniej, potem
siada, potem się kładzie. Z pyska cieknie mu coś burego,
różowego, szarego, pies rzyga. Rzyga i wymiociny rozlewają
się wokół jego łba, zalewają nozdrza. Pies próbuje podnieść
głowę, wymiociny ciągną się za pyskiem, wiszą na policzkach,
ściekają po sierści. Pies podrywa się w panice, jakby czuł, że
upadł w miejscu, w którym spotka go śmierć.
Czołga się w stronę naszej ciężarówki, spod ogona wycieka
mu lepka breja. Pies czołga się do ludzi, niesie im swoją łysinę,
swój wymazany posoką ogon, swój zlepiony wymiocinami
pysk, swoje oczy, płaczące krwawymi łzami.
Chłopcy patrzą na psa z przerażeniem i odrazą.
Szyja unosi lufę i strzela psu w głowę, trzy razy, pojedynczymi,
za każdym razem trafia. Czaszka otwiera się jak pokrywka
czajnika. Głowa jest pełna wymiocin. Pies rzygał własnym
mózgiem.
(...)

Zamknij okno

"Czeczeńska wojna oczami rosyjskiego najemnika, który po powrocie stał się jednym z liderów Partii Narodowo-Bolszewickiej, a zarazem świetnym pisarzem i radosnym ojcem trójki dzieci... Jego książka prowokuje pytanie, gdzie kończy się normalność, a zaczyna patologia".
Mariusz Wilk

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...