Patrol zmroku
(Сумеречный дозор / Sumieriecznyj dozor)
Siergiej Łukjanienko
gatunek: science-fiction
tłumaczenie: Ewa Skórska
wydawnictwo: MAG
rok wydania: 2004
rok wydania pol.: 2007
ISBN: 978-83-7480-047-1
liczba stron: 392
format: 125 x 195 mm
tłumaczenie: Ewa Skórska
wydawnictwo: MAG
rok wydania: 2004
rok wydania pol.: 2007
ISBN: 978-83-7480-047-1
liczba stron: 392
format: 125 x 195 mm
Anton Gorodecki właśnie wrócił z rodziną z zasłużonego urlopu: odwiózł żonę Swietłanę i dwuletnią córeczkę Nadię na wieś i przyjechał do pustego moskiewskiego mieszkania. Co może robić „słomiany wdowiec”, dysponujący jeszcze kilkoma wolnymi – od pracy i obowiązków domowych – dniami? Zaprosić gości? Samemu gdzieś się wybrać? Posprzątać? Ale zanim Anton rozstrzygnął ten dylemat, zanim zaczął oddawać się błogiemu nieróbstwu czy „kawalerskim rozrywkom” zadzwonił Heser i wezwał swojego „maga do zadań specjalnych” do biura.
Niby nic, a napięcie rośnie – przecież Heser nie wzywałby Gorodeckiego, gdyby nie wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Albo… gdyby nie szykował kolejnej intrygi…
Sprawa wyjaśnia się szybko – Heser informuje Antona, że pewien Inny wyjawił zwykłego człowiekowi prawdę o istnieniu Innych, mało tego, ma zamiar przemienić tego człowieka w Innego – w każdym razie donos o takiej treści otrzymali szefowie Nocnego i Dziennego Patrolu, a także Inkwizycja. Skąd „Życzliwy” znał adresy biur obu Patroli – a co najważniejsze, adres siedziby Inkwizycji? Kim on jest? Kim jest ów Inny-zdrajca? A przede wszystkim – jak chce przemienić człowieka w Innego, skoro powszechnie wiadomo, że to absolutnie niemożliwe?
A może… może to jednak jest możliwe?
Wśród Innych krąży na wpół zapomniana legenda o księdze Fuaran, dzięki której rzekomo można z dowolnego człowieka uczynić Innego. Czyżby ta mityczna księga – której nikt nigdy nie widział, a która miałaby powstać wiele wieków temu – naprawdę istniała? Czyżby ktoś znalazł się w jej posiadaniu?
Właśnie wyjaśnieniem tych wszystkich spraw ma zająć się Anton Gorodecki – razem ze „starymi znajomymi”: Inkwizytorami Edgarem i Witezsławem oraz przedstawicielem Dziennego Patrolu wampirem Kostią Sauszkinem, dawnym sąsiadem Antona, a obecnie Wyższym wampirem.
W tym śledztwie nic nie będzie proste ani łatwe, a najtrudniejsze będą chyba wzajemne stosunki zmuszonych do współpracy Ciemnych, Jasnych i Inkwizycji. Wszystkie wątki mają podwójne dno, wszystkie punkty zaczepienia wyślizgują się z rąk, wszystkie nitki prowadzą nie do kłębka, lecz do istnego kłębowiska zagmatwanych, splątanych, powiązanych ze sobą spraw. Powoli, bardzo powoli ukazują się kolejne warstwy wydarzeń dawno minionych, utajnionych i z pozoru nie mających nic wspólnego ze śledztwem…
[Wydawnictwo MAG]
Niby nic, a napięcie rośnie – przecież Heser nie wzywałby Gorodeckiego, gdyby nie wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Albo… gdyby nie szykował kolejnej intrygi…
Sprawa wyjaśnia się szybko – Heser informuje Antona, że pewien Inny wyjawił zwykłego człowiekowi prawdę o istnieniu Innych, mało tego, ma zamiar przemienić tego człowieka w Innego – w każdym razie donos o takiej treści otrzymali szefowie Nocnego i Dziennego Patrolu, a także Inkwizycja. Skąd „Życzliwy” znał adresy biur obu Patroli – a co najważniejsze, adres siedziby Inkwizycji? Kim on jest? Kim jest ów Inny-zdrajca? A przede wszystkim – jak chce przemienić człowieka w Innego, skoro powszechnie wiadomo, że to absolutnie niemożliwe?
A może… może to jednak jest możliwe?
Wśród Innych krąży na wpół zapomniana legenda o księdze Fuaran, dzięki której rzekomo można z dowolnego człowieka uczynić Innego. Czyżby ta mityczna księga – której nikt nigdy nie widział, a która miałaby powstać wiele wieków temu – naprawdę istniała? Czyżby ktoś znalazł się w jej posiadaniu?
Właśnie wyjaśnieniem tych wszystkich spraw ma zająć się Anton Gorodecki – razem ze „starymi znajomymi”: Inkwizytorami Edgarem i Witezsławem oraz przedstawicielem Dziennego Patrolu wampirem Kostią Sauszkinem, dawnym sąsiadem Antona, a obecnie Wyższym wampirem.
W tym śledztwie nic nie będzie proste ani łatwe, a najtrudniejsze będą chyba wzajemne stosunki zmuszonych do współpracy Ciemnych, Jasnych i Inkwizycji. Wszystkie wątki mają podwójne dno, wszystkie punkty zaczepienia wyślizgują się z rąk, wszystkie nitki prowadzą nie do kłębka, lecz do istnego kłębowiska zagmatwanych, splątanych, powiązanych ze sobą spraw. Powoli, bardzo powoli ukazują się kolejne warstwy wydarzeń dawno minionych, utajnionych i z pozoru nie mających nic wspólnego ze śledztwem…
[Wydawnictwo MAG]
Rozdział 5
Jak przystało na prawdziwą, aktywną wiedźmę, w swojej leśnej chatce Arina warzyła jakieś ziele. Stała przy rosyjskim piecu z uchwytem do garnka (nad mosiężnym kociołkiem unosiły się kłęby zielonej pary) i mamrotała:
Janowiec, trzmieliny wiele
Garść piasku ze zbocza
Wrzosu pęk i zięby szkielet
Ropa z wrzodu broczy…
Ja i Edgar stanęliśmy w drzwiach, a wiedźma, stojąc tyłem do nas, potrząsała kociołkiem i mówiła:
Znów janowiec i trzmielina
Ze trzy orle pióra…
Edgar odchrząknął i dokończył:
Aceton, kefiru krztyna
Dwie rózgi niedługie?
Arina podskoczyła, jakby zaskoczona i zawołała:
- O matko kochana!
Zabrzmiało to bardzo naturalnie, ale coś mi się wydawało, że nasza wizyta nie była dla gospodyni zaskoczeniem.
- Dzień dobry, Arino – rzekł oschle Edgar. – Inkwizycja. Proszę, żeby przerwała pani czary.
Arina zręcznie wstawiła garnek do pieca i dopiero wtedy się odwróciła. Teraz wyglądała na czterdziestoletnią, krzepką, ale przystojną wieśniaczkę. A do tego bardzo rozdrażniona. Wzięła się pod boki i swarliwie powiedziała:
- Dzień dobry, panie Inkwizytorze! I po co to czarom przeszkadzać? Co, znowu mam zięby łapać, albo orłom pióra wyrywać?
- Ta deklamacja to jedynie sposób na zapamiętanie ilości składników i kolejności działań – odparł spokojnie Edgar. – Ziele lekkiego kroku już pani zaparzyła, moje słowa nie mogły w niczym przeszkodzić. Proszę siadać, Arino, co będziemy tak stali…
- Siadanie też nam nie pomoże – odparła posępnie Arina i podeszła do stołu. Usiadła, wytarła ręce o wesolutki fartuch w rumianki i chabry, i zerknęła na mnie.
- Dzień dobry, Arino – powiedziałem. – Edgar prosił mnie, żebym wystąpił w roli przewodnika. Nie ma pani nic przeciwko temu?
- Gdybym miała, trafilibyście na bagna – mruknęła z urazą Arina. – Słucham, panie Inkwizytorze Edgarze. Po co pan przyszedł?
Edgar usiadł naprzeciwko Ariny, wsunął rękę pod połę marynarkę i wyjął małą skórzaną teczkę. Gdzie ona mu się zmieściła?
- Wysłano do pani wezwanie, Arino – rzekł łagodnie Inkwizytor. – Otrzymała je pani?
Wiedźma pogrążyła się w zadumie. Edgar otworzył swoją teczkę, wyjął wąski pasek żółtego papieru.
- Trzydziesty pierwszy rok! – zawołała wiedźma. – Ech, stare czasy… Nie, nic nie dostałam. Już panu z Nocnego Patrolu wyjaśniałam – zapadłam w śpiączkę. CzeKa mi sprawę szykowało…
- CzeKa nie jest najstraszniejszą rzeczą, jaka może się zdarzyć w życiu Innego – przerwał jej Edgar. – Proszę mi wierzyć… A więc, otrzymała pani wezwanie…
- Nie otrzymałam – powiedziała szybko Arina.
- Nie otrzymała pani – poprawił się Edgar. – Załóżmy. Goniec co prawda nie wrócił, ale różne rzeczy mogły się przytrafić najemnym pracownikom w surowych moskiewskich lasach…
Arina milczała.
Stałem oparty o drzwi i obserwowałem. Bardzo pouczające. Praca Inkwizytora przypomina pracę patrolowego, ale ta konkretna sytuacja miała dodatkowy smaczek. Ciemny mag przesłuchiwał wiedźmę, znacznie silniejszą od siebie – Edgar musiał zdawać sobie z tego sprawę. Ale za jego plecami stała Inkwizycja, a w takiej sytuacji nie ma co liczyć na pomoc „swojego” Patrolu.
- Przyjmijmy, że teraz otrzymała pani wezwanie – kontynuował Edgar. – A ja mam przeprowadzić z panią wstępną rozmowę przed podjęciem ostatecznych decyzji… A więc…
Wyjął jeszcze jeden papier i patrząc na niego, zapytał:
- Czy w marcu tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku pracowała pani moskiewskiej piekarni mechanicznej numer jeden?
- Pracowałam – skinęła głową Arina.
- W celu?
Arina zerknęła na mnie wymownie.
- Został wtajemniczony – wyjaśnił Edgar. – Proszę odpowiedzieć.
- Zwróciło się do mnie kierownictwo Nocnego i Dziennego Patrolu – odparła z westchnieniem Arina – Inni chcieli sprawdzić, jak będą się zachowywać ludzie, żyjący zgodnie z ideałami komunistycznymi. Ponieważ oba Patrole chciały tego samego, a Inkwizycja poparła ich prośbę, zgodziłam się. Miast nie lubiłam nigdy, tam zawsze…
- Do rzeczy – poprosił Edgar.
- Wykonałam zdanie – powiedziała Arina. – Nawarzyłam ziela, które w ciągu dwóch tygodni dodawano do chleba sitkowego. To wszystko. Oba Patrole podziękowały mi, zwolniłam się z piekarni i wróciłam do siebie. A wtedy czekiści zupełnie mnie…
- Swoje skomplikowane stosunki z bezpieką opisze pani w pamiętnikach! – warknął Edgar. – Ja się pytam, dlaczego zmieniła pani recepturę!
Arina powoli wstała, jej oczy błysnęły gniewem, głos spotężniał, jakby w izbie stała nie kobieta, lecz samica King Konga.
- Proszę zapamiętać, młody człowieku, że Arina nigdy nie myliła się w przepisach! Nigdy!
Na Edgarze nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- Nie mówię, że się pani pomyliła. Mówię, że świadomie zmieniła pani przepis. W efekcie… – przerwał.
- Co w efekcie? – oburzyła się Arina. – Gotowe ziele sprawdzono, efekt był dokładnie taki, jaki miał być!
- W efekcie ziele podziałało natychmiast – dokończył Edgar. – Nocny Patrol nie jest i nigdy był grupą skretyniałych idealistów. Jaśni rozumieli, że dziesięć tysięcy ludzi, którzy natychmiast przejdą na moralność komunistyczną, będą skazani. Ziele miało działać powoli, stopniowo, tak, żeby remoralizacja weszła w siłę za dziesięć lat, w czterdziestym pierwszym!
- No właśnie – powiedziała Arina. – Tak właśnie zrobiłam.
- Ziele zadziałało prawie natychmiast – mówił dalej Edgar. – Nie od razu zorientowano się, co się dzieje, ale już po roku liczba ludzi, poddanych eksperymentowi zmniejszyła się o połowę. Do czterdziestego pierwszego roku dożyło zaledwie sto osób – ci, którzy pokonali remoralizację, wykazali elastyczność moralną.
- Och, jak niedobrze! – klasnęła w ręce Arina. – Och, co za pech, co za pech… Szkoda ludzi… – Usiadła, popatrzyła na mnie i zapytała: – I co, Jasny, ty też myślisz, że pracowałam dla Ciemnych?
Nawet jeśli udawała, to bardzo przekonująco. Wzruszyłem ramionami.
- Wszystko zrobiono jak należy – powtórzyła z uporem Arina. – Główne składniki domieszano do mąki – a wiecie, jak ciężko było wtedy zajmować się szkodnictwem? Spowalniaczem ziół miał być cukier… – Nagle klasnęła w ręce i popatrzyła triumfalnie na Edgara. – Tu jest pies pogrzebany! Lata były głodne, pracownicy kradli cukier i dlatego ziele zadziałało przed czasem!
- Interesująca wersja – przyznał Edgar, przekładając swoje papiery.
- Nie jestem niczemu winna! – oznajmiła twardo Arina. – Skoro mądrzy patrolowi nie przewidzieli tak prostej rzeczy jak kradzieże na kombinacie, to czyja to wina?
- Wszystko by się zgadzało – rzekł Edgar, podnosząc jeden z dokumentów, – gdyby nie to, że pierwszy eksperyment przeprowadziła pani właśnie na pracownikach kombinatu. To pani raport, poznaje pani? Po tym eksperymencie oni nie mogli już kraść cukru. Pozostaje nam tylko jedna możliwość – specjalnie położyła pani całą operację.
- A może rozpatrzymy jeszcze inne wersje? – powiedziała żałośnie Arina. – Na przykład…
- Na przykład – donos pani przyjaciółki Luizy – zaproponował Edgar. – Luiza twierdziła, że w czasie operacji zobaczyła przypadkiem, jak kontaktuje się pani z nierozpoznanym Jasnym magiem – obok trybun hipodromu. Podobno długo o czymś dyskutowaliście, targowaliście się, a potem Jasny wręczył pani jakiś pakunek, pani skinęła głową i uścisnęliście sobie ręce. Luiza usłyszała nawet zdanie: „Zrobię tak, że nim rok upłynie…” Przypominam, że w czasie eksperymentu miała pani zakaz kontaktowania się z Innymi. Czy tak?
- Tak – przyznała Arina i pochyliła głowę. – Luiza żyje?
- Niestety nie – odrzekł Edgar. – Ale jej zeznania zostały zaprotokołowane.
- Szkoda… – wymruczała Arina, nie precyzując, czego konkretnie żałuje. Ale nietrudno się domyślić, że Luiza i tak miała sporo szczęścia.
- Może mi pani powie, z jakim to Jasnym się pani kontaktowała? Co obiecała pani zrobić i co pani za to otrzymała?
Arina pokręciła głową, uśmiechnęła się do mnie z goryczą.
- Co to za pech mnie prześladuje… Zawsze wpadam na drobiazgach… jak z tym czajnikiem…
- Arino, jestem zmuszony zabrać panią na dalsze przesłuchanie – oznajmił Edgar. – W imieniu Inkwizycji…
- Spróbuj, drugorangowy! – prychnęła drwiąco Arina… i zniknęła!
- Weszła w Zmrok! – krzyknąłem, odrywając się od ściany i szukając wzrokiem swojego cienia. Edgar zawahał się, jeszcze sprawdzał, czy wiedźma nie rzuciła iluzji.
Na pierwszym poziomie znaleźliśmy się niemal jednocześnie. Zerknąłem na Edgara z pewną obawą – w kogo przemieni go świat Zmroku?
Ale nie, prawie się nie zmienił. Tylko włosy miał teraz rzadsze.
- Głębiej! – machnąłem energiczną ręką. Edgar poruszył głową, podniósł dłoń do twarzy i ta dłoń jakby go wessała.
Inkwizytorskie sztuczki…
Na drugim poziomie, gdzie domek przemienił się w chatę, zatrzymaliśmy się i popatrzyliśmy na siebie. Ariny rzecz jasna nie było.
- Weszła na trzeci poziom… - szepnął Edgar. Jego włosy zniknęły zupełnie, czaszka wydłużyła się jak kacze jajo. Poza tym wyglądał całkiem zwyczajnie.
- Możesz? – zapytałem.
- Raz mi się udało – wyznał szczerze Edgar. Od naszych oddechów płynęła para. Nie było bardzo zimno, ale napływał wilgotny chłód…
- Ja też – przyznałem się.
Wahaliśmy się jak zarozumiali pływacy, którzy nagle uświadomili sobie, że rzeka jest bardzo rwąca i zimna. Żaden z nas nie miał odwagi zrobić pierwszego kroku.
- Antoni… pomożesz? – zapytał w końcu Edgar.
Skinąłem głową. Gdybym nie chciał mu pomóc, po co wchodziłbym w Zmrok?
- Chodźmy – powiedział Inkwizytor, w skupieniu patrząc pod swoje nogi.
Kilka chwil później znaleźliśmy się na trzecim poziomie, gdzie tak właściwie powinni się pchać jedynie magowie pierwszego stopnia.
Wiedźmy nie było.
- Ale z niej spryciara… – szepnął Edgar, rozglądając się. Dom-szałas rzeczywiście robił wrażenie. – Antoni… ona sama go budowała. Może tu długo przebywać…
Powoli – przestrzeń stawiała opór – podszedłem do ściany. Rozsunąłem gałęzie, rozejrzałem się.
To wcale nie przypominało ludzkiego świata.
Po niebie płynęły stalowe obłoki – jak stalowe opiłki w glicerynie. Zamiast słońca wysoko w górze rozpływała się purpurowo-ognista plama – jedyna barwna plama w szarym mroku. Aż po horyzont ciągnęły się powykręcane niskie drzewa, z których wiedźma zbudowała swoje domostwo. Zresztą, czy to w ogóle były drzewa? Żadnych liści, jedynie splecione gałęzie…
- Antoni, ona zeszła głębiej… jest poza kategoriami… - powiedział stojący za mną Edgar. Odwróciłem się i popatrzyłem na maga. Ciemnoszara skóra, łysa, wydłużona czaszka, zapadnięte, ale ludzkie oczy. – Jak wyglądam? – Edgar wyszczerzył się w uśmiechu. Niepotrzebnie – zęby miał spiczaste, ostre, jak rekin.
- Nie za bardzo – wyznałem. – Pewnie i ja nie lepiej?
- To tylko iluzja – odparł niedbale Edgar. – Trzymasz się?
Trzymałem się. Drugie zanurzenie w głębiny Zmroku było łatwiejsze.
- Musimy zejść na czwarty poziom! – powiedział Edgar. W jego oczach płonął ogień fanatyzmu.
- A co, jesteś magiem poza kategoriami? – odparłem sceptycznie. – Edgarze, nawet stąd jest mi ciężko wrócić!
- Możemy połączyć siły, patrolowy!
- Jak? – stropiłem się. Istnieje pojęcie kręgu Siły, ale to rzecz niebezpieczna i wymaga co najmniej trzech Innych… Poza tym, jak połączyć Ciemną i Jasną Siłę?
- To już mój problem! – Edgar energicznie pokręcił głową. – Antoni, w przeciwnym razie ona ucieknie! Ucieknie na czwartym poziomie! No zaufaj mi!
- Ciemnemu?
- Inkwizytorowi! Jestem Inkwizytorem, rozumiesz? Antoni, zaufaj mi, rozka… - Edgar zamilkł i już innym tonem dokończył: - Proszę cię!
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Hazard? Zapał łowcy? Pragnienie schwytania wiedźmy, która zgubiła tysiące ludzi? Prośba Inkwizytora?
A może zwykła ciekawość, pragnienie zobaczenia czwartej warstwy Zmroku? Najtajniejszych głębin, gdzie nawet Heser nieczęsto zagląda, gdzie jeszcze nigdy nie była Swietłana?
- Co mam zrobić? – zapytałem rzeczowo.
Twarz Edgara rozjaśnił uśmiech. Wyciągnął rękę – jego palce kończyły się teraz haczykowatymi szponami – i powiedział:
- W imieniu Traktatu, równowagi, której strzegę… wzywam Światło i Ciemność… proszę o Siłę… W imieniu Ciemności!
Pod jego ponaglającym wzrokiem, ja również wyciągnąłem rękę i powiedziałem:
- W imieniu Światła…
Trochę przypominało to przysięgę między Jasnym i Ciemnym, ale tylko trochę. Na mojej dłoni nie zapłonął jasny płomyk, na dłoni Edgara nie pojawił się strzęp ciemności. Wszystko wydarzyło się na zewnątrz – szary, rozpływający się świat nagle zyskał ostrość. Nie pojawiły się kolory, nadal byliśmy w Zmroku, ale za to pojawiły się cienie. Jak na ekranie telewizora, gdy zupełnie usunie się kolor i doda kontrastu.
- Nasze prawo zostało uznane – szepnął Edgar, rozglądając się. Jego twarz promieniała. – Uznano nasze prawo, Antoni!
- A gdyby nie uznano? – spytałem podejrzliwie.
Edgar skrzywił się i odparł wymijająco:
- Różnie bywało… Ale jednak uznano! Idziemy!
W nowym, kontrastowym Zmroku łatwiej było się poruszać. Podniosłem swój cień z taką łatwością, jakbym robił to w zwykłym świecie.
I znalazłem się tam, gdzie mogą przebywać jedynie magowie poza kategoriami.
Drzewa – jeśli to były drzewa – zniknęły. Świat stał się równy i płaski, niczym średniowieczny naleśnik Ziemi, spoczywający na trzech wielorybach. Żadnej rzeźby terenu – bezkresna piaszczysta równina. Pochyliłem się, przesypałem między palcami garść piasku. Piasek był szary – taki, jaki powinien być piasek w Zmroku. Ale w tej szarości widać było rodzące się barwy – przydymiony perłowy, kolorowe iskierki, złociste drobinki…
- Uciekła – powiedział Edgar tuż nad moim uchem i wyciągnął rękę, niespodziewanie długą i cienką, wskazując coś.
Popatrzyłem w tym kierunku i zobaczyłem – bardzo, bardzo daleko (tylko na równinie możliwa jest widoczność na taką odległość) pędzącą szarą postać. Wiedźma sadziła ogromne susy, wzbijała się w powietrze, przelatywała nad ziemią z dziesięć metrów, rozkładając ręce i śmiesznie przebierając nogami, jak radosne dziecko biegnące w podskokach po wiosennej łące.
- Wypiła swoje ziele? – domyśliłem się. To było jedyne wytłumaczenie tych susów.
- Tak. Nie na darmo je warzyła – odparł Edgar. Po czym zamachnął się i rzucił coś w stronę Ariny.
W stronę wiedźmy pomknęło kilkanaście niewielkich ognistych kul. Zbiorowy fireball – zwykłe zaklęcie bojowe Patroli, tym razem w jakiejś szczególnej, inkwizytorskiej wersji.
Kilka pocisków wybuchło, nie dolatując do wiedźmy. Jeden ostro przyspieszył, dogonił ją, uderzył w plecy i wybuchł. Wiedźmę otulił ogień, ale płomień od razu opadł, a wiedźma, nie odwracając się, rzuciła coś za siebie – i w tym miejscu powstała kałuża połyskliwego, rtęciowej płynu. Gdy pozostałe pociski znalazły się nad kałużą straciły prędkość, spadały w dół, do kałuży i znikały.
- Wiedźmowskie sztuczki – mruknął ze wstrętem Edgar. – Antoni!
- No? – powiedziałem, nie odrywając wzroku od znikającej w oddali wiedźmy.
- Musimy się wycofać. Otrzymaliśmy Siłę wyłącznie do schwytania wieźmy, a polowanie już się skończyło. Nie dogonimy jej.
Popatrzyłem w górę. Nie było tu tej purpurowej plamy, która płonęła w poprzedniej warstwie Zmroku. Całe niebo miał jednolitą różowo-białą barwę.
Jakie to dziwne, że pojawiają się tu kolory…
- Edgar, są jeszcze inne poziomy? – zapytałem.
- Zawsze są – Edgar zaczął się denerwować. – Chodźmy, Antoni! Musimy wracać, w przeciwnym razie ugrzęźniemy tu!
Świat wokół nas zaczynał tracić kontrastowość, pokrywał się szarą mgiełką. Ale kolory nie znikały – piasek nadal był perłowy, a niebo różowe.
Czując na skórze szczypiący chłód Zmroku, wróciłem za Edgarem na trzecią warstwę. Jakby tylko na to czekając, świat ostatecznie wyblakł i poszarzał, wypełnił się zimnym wiatrem. Ja i Edgar trzymaliśmy się za ręce – nie dla wymiany Siły, bo to prawie niemożliwe, ale żeby utrzymać się na nogach – i kilka razy próbowaliśmy wrócić na drugi poziom. Wokół nas z ledwie słyszalnym trzaskiem łamały się drzewa, przechylał się wiedźmowski szałas, a my ciągle szukaliśmy swoich cieni. Nawet nie wiem, w którym momencie Zmrok otworzył się i wypuścił nas na drugim poziom – niemal przywykły, niemal zupełnie nieszkodliwy…
…Siedzieliśmy na czystej, wyszorowanej do białości podłodze i czuliśmy się jednakowo źle – on, Ciemny Inkwizytor i ja, Jasny patrolowy.
- Masz – Edgar wsunął rękę do kieszeni marynarki, wyjął tabliczkę czekolady „Gwardyjska”.
- A ty? – zapytałem, zrywając opakowanie.
- Mam drugą – Edgar długo grzebał w kieszeniach, wreszcie wyjął następną czekoladę, tym razem „Natchnienie”.
Przez jakiś czas łapczywie jedliśmy. Zmrok zupełnie nas wyczerpał; wyciągnął z nas nie tylko siłę magiczną, ale również i tę zwykłą, na banalnym poziomie glukozy w krwi. To jedna z tych nielicznych rzeczy, jakich dowiedziano się o Zmroku, stosując metody współczesnej nauki. Cała reszta to same zagadki.
- Edgarze, ile warstw ma Zmrok? – zapytałem.
Edgar zjadł kolejny kawałek czekolady i odpowiedział:
- Ja wiem o pięciu. Na czwartej byłem po raz pierwszy.
- A co jest na piątej?
- Wiem tylko tyle, że ona istnieje, patrolowy. Nic więcej. Nawet o czwartej nic nie wiedziałem.
- Tam się pojawia światło – powiedziałem. – Zupełnie inne. Prawda?
- Mhm… – mruknął Edgar. – Inne. To nie na nasz rozum, Antoni. Nie na nasze siły. Możesz być dumny, że byłeś na czwartym poziomie, nie wszyscy magowie pierwszego stopnia tam bywali.
- A wy, Inkwizytorzy?
- W wyniku służbowej konieczności możemy – przyznał Edgar. – Do Inkwizycji nie zawsze idą najsilniejsi, a przecież musimy mieć coś, co pozwoli nam poskromić maga poza kategoriami, któremu nagle odbiło. Prawda?
- Jeśli nagle odbije Heserowi czy Zawulonowi, niewiele wskóracie – powiedziałem. – Nawet z wiedźmą się nie udało…
Edgar zastanowił się i powiedział, że wobec Hesera czy Zawulona moskiewskie Biuro Inkwizycji faktycznie jest za słabe – ale tylko wtedy, gdy obaj złamią Traktat jednocześnie. W innym wypadku Heser będzie szczęśliwy, pomagając w neutralizacji Zawulona, a Zawulon z przyjemnością pomoże unieszkodliwić Hesera. Na tym opiera się Inkwizycja.
- I co teraz będzie z wiedźmą? – zapytałem.
- Zaczniemy jej szukać – odparł rzeczowo Edgar. – Skontaktowałem się już ze swoimi, okolica zostanie otoczona. W razie czego możemy na ciebie liczyć?
Zastanowiłem się.
- Nie, Edgarze – odparłem po namyśle. – Arina jest Ciemna. I rzeczywiście nieźle nawywijała siedemdziesiąt lat temu. Ale jeśli wykorzystali ją wtedy Jaśni…
- To będzie stał po swojej stronie – dokończył z niesmakiem Edgar. – Antoni, czy ty nie rozumiesz? Nie ma Światła czy Ciemności w czystej postaci. Oba nasze Patrole to tak jak demokraci i republikanie w Ameryce. Kłótnie, dyskusje, polemiki – a wieczorem wspólne koktajle.
- Jeszcze nie wieczór.
- Wieczór jest zawsze – powiedział ponuro Edgar. – Wierz mi, byłem posłusznym Ciemnym, dopóki mnie nie przycisnęło. Dopóki nie odszedłem do Inkwizycji. I wiesz, co teraz myślę?
- No?
- Siła nocy, siła dnia – to ta sama brednia. Nie widzę szczególnej różnicy między Zawulonem i Heserem. Ciebie lubię… tak po ludzku. Jak przejdziesz do Inkwizycji miło mi będzie z tobą pracować.
Uśmiechnąłem się.
- Werbujesz?
- Tak. Każdy patrolowy ma prawo przejść do Inkwizycji. Nikt nie może cię zatrzymywać. Nikt nie ma prawa nawet próbować przekonywać cię do zmiany decyzji!
- Dziękuję, ale nie trzeba mnie przekonywać. Nie mam zamiaru przejść do Inkwizycji.
Edgar stęknął, wstał z podłogi i otrzepał garnitur, chociaż i tak nie było na nim nawet pyłka.
- Garnitur zaczarowany, co? – zapytałem.
- Po prostu umiem go nosić. I materiał porządny – Edgar podszedł do szafy, wyjął jakąś książkę, przekartkował. Potem drugą, trzecią… W końcu z zawiścią powiedział: - Co za biblioteka! Wąska specjalizacja, ale…
- Myślałem, że jest tu również Fuaran – wyznałem.
Edgar zaśmiał się tylko.
- C robimy z chatką? – zapytałem.
- No widzisz, nadal myślisz jak mój sprzymierzeniec! – zauważył Edgar. – Umieszczę zaklęcia strażnicze i osłonowe, co by tu jeszcze… Za dwie, trzy godziny przybędą eksperci, sprawdzą wszystko dokładnie. To co, idziemy?
- Nie masz ochoty sam tu pogrzebać?
Edgar rozejrzał się uważnie i powiedział, że nie. W domku może być kilka nieprzyjemnych niespodzianek, zostawionych przez podstępną wiedźmę. Grzebanie w rzeczach silnej wiedźmy to zajęcie szkodliwe dla zdrowia… Niech już lepiej zrobią to specjaliści.
Poczekałem, aż Edgar rozwiesi wokół izdebki kilka zaklęć strażniczych – nie potrzebował mojej pomocy – i ruszyliśmy w stronę wsi.
Droga powrotna zajęła nam znacznie więcej czasu, jakby zniknęła jakaś nieuchwytna magia, pomagająca nam dotrzeć do domku wiedźmy. Za to teraz Edgar był znacznie bardziej rozmowny. Może moja pomoc skłoniła go do szczerości?
Opowiadał o swojej nauce w Inkwizycji, o tym, jak uczono go używać nie tylko Ciemnej Siły, ale również Jasnej. Mówił o innych „kursantach” Inkwizycji, wśród których były dwie ukraińskie Jasne czarodziejki, węgierski wilkołak, holenderski mag i wielu różnych Innych. Wspomniał, że plotki o magazynach Inkwizycji, zawalonych artefaktami są poważnie przesadzone, że artefaktów jest dużo, ale większość już dawno utraciła siłę magiczną i do niczego się nie nadaje. O jakichś imprezach i spotkaniach, które kursanci urządzali w czasie wolnym…
To wszystko było bardzo ciekawe, ale doskonale rozumiałem, po co Edgar mi to opowiada. Dlatego, jakby na przekór, zacząłem z nadmiernym entuzjazmem wspominać lata własnej nauki, różne zabawne przypadki z historii Nocnego Patrolu, bajki Siemiona…
Edgar westchnął i zmienił temat na neutralny. Chwilę później wyszliśmy do wsi i Inkwizytor zatrzymał się na brzegu lasu.
- Poczekam na swoich – powiedział. – Powinni zaraz tu być. Nawet Witezsław przełożył wyjazd i obiecał zajrzeć.
Jakoś nie miałem ochoty ponownie zapraszać Edgara do swojego domu, zwłaszcza w towarzystwie Wyższego wampira. Skinąłem głową i zapytałem:
- Jak myślisz, jak się to wszystko dalej potoczy?
- Podniosłem alarm dość wcześnie, wiedźma nie powinna się nam wymknąć – westchnął Edgar. – Zaraz dołączą tropiciele… Wszystko sprawdzimy; Arina zostanie aresztowana i osądzona. Niewykluczone, że zostaniesz wezwany w charakterze świadka.
Nie podzielałem optymizmu Edgara, ale jedynie skinąłem głową. W końcu on najlepiej wie, na co stać Inkwizycję.
- A wilkołaki? – spytałem jeszcze.
- To chyba prerogatywa Nocnego Patrolu? – odparł Edgar. – Jeśli się na nich natkniemy, damy wam znać, a nie zamierzamy specjalnie ganiać po lesie. Zresztą, dlaczego myślisz, że one jeszcze tu są? Może to zwykli przyjezdni, wyskoczyli na kilka dni na wieś, żeby sobie zapolować i wrócili do miasta. Trzeba staranniej kontrolować podopiecznych, Antoni.
- A mnie się wydaje, że one nadal tu są… – wymruczałem. Naprawdę tak myślałem, ale nie potrafiłem wyjaśnić, skąd ta pewność. We wsi czysto… a wilkołaki rzadko spacerują w wilczych ciałach dłużej niż dobę.
- Sprawdź sąsiednie wioski – poradził Edgar. – Na przykład tę, do której wiedźma chodziła po zakupy. Zresztą, czy ja wiem, czy warto? Po nieudanym polowaniu one zwykle kładą uszy po sobie i gdzieś się zaszywają… znam ich naturę.
Pokiwałem głową – rada, choć tak oczywista, była dobra. Powinienem był od razu przejechać się po okolicy, a nie bawić się w polowanie na wiedźmy. Detektyw od siedmiu boleści… Fuaran się zainteresował… Należy więcej uwagi poświęcać nudnej, banalnej pracy; profilaktyce przestępstw – jak słusznie deklarowano w czasach Związku Radzieckiego.
- Powodzenia, Edgarze – powiedziałem.
- Tobie również, Antoni – Edgar zastanowił się i dodał: - A właśnie, przy okazji. W tę sprawę z wiedźmą zamieszane są oba Patrole, ty jakby reprezentujesz interesy Nocnego, podejrzewam, że Zawulon też kogoś przyśle… w celu rozwiązania sytuacji.
Westchnąłem. Im dalej, tym gorzej.
- Nawet się domyślam, kogo – mruknąłem. – Najwyraźniej robienie mi drobnych świństw sprawia Zawulonowi szczególną przyjemność.
- Ciesz się, że nie robi ci grubszych świństw – powiedział ponuro Edgar. – A te drobne znoś pokornie. Człowiek nie jest w stanie zmienić swojej natury; skoro twój przyjaciel był Ciemnym, to Ciemnym umrze.
- Kostia już umarł. I nie jest człowiekiem, tylko wampirem. Innym.
- Co za różnica? – Edgar wsunął ręce do kieszeni drogich spodni, które tak wspaniale umiał nosić i przygarbił się, patrząc na opadające za horyzont czerwone słońce. – Wszystko jest wspólne w tym świecie, patrolowy…
No naprawdę, praca w Inkwizycji odciska na Innych swoje piętno… Zaczynają patrzeć na świat przez pryzmat nihilizmu…
- Powodzenia – powtórzyłem i zacząłem schodzić ze wzgórza. A Edgar, bezlitośnie gniotąc garnitur, położył się na trawie i zapatrzył w niebo.
Rozdział 6
W połowie drogi do domu spotkałem Ksiuszę i Romka – dzieci szły po pylistej dróżce, trzymając się za ręce. Pomachałem im i Ksiusza od razu zawołała:
- A pana Nadiuszka poszła z babką nad rzekę!
Uśmiechnąłem się. Nieczęsto zdarzało się, żeby o Ludmile Iwanowna ktoś mówił per „babcia”. Jak każda pięćdziesięcioletnia Moskwiczanka, Ludmiła Iwanowna nie znosiła tego określenia.
- Dobrze, niech sobie spacerują – powiedziałem.
- Znalazł pan już wilki? – zapytał jeszcze Romka.
- Uciekły gdzieś twoje wilki – odparłem.
Chociaż, może w ramach psychoterapii powinienem powiedzieć, że je schwytałem i oddałem je do zoo? Zresztą, nie wyglądało na to, żeby chłopiec traumatycznie przeżył tamto spotkanie z wilkołakami. Arina naprawdę się postarała…
Kłaniając się nielicznym spotkanym po drodze mieszkańcom wioski, dotarłem do naszego domu. Swietłana okupowała mój hamak – z butelką piwa i książką Fuaran – prawda czy mit? otwartą na ostatnich stronach.
- Ciekawe? – zapytałem.
- Tak – skinęła głową Swietłana, pijąc piwo prosto z butelki. – W każdym razie weselsze niż „Tatuś Muminka i morze”. Wiesz, dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego kiedyś nie wydawano u nas wszystkich książek o Muminkach. Te ostatnie absolutnie nie nadają się dla dzieci. Mam wrażenie, że autorka była wtedy strasznie przygnębiona.
- Pisarz też ma prawo do przygnębienia.
- Jeśli pisze książki dla dzieci – to nie ma prawa! – odparła surowo Swietłana. – Książki dla dzieci powinny być dobre! W przeciwnym razie to tak, jak traktorzysta, który krzywo zaora pole i powie: a taki miałem parszywy humor, to sobie jeździłem w kółko. Albo lekarz, który przepisze choremu jednocześnie środek nasenny i przeczyszczający, i wzruszy ramionami: „Miałem chandrę, to pomyślałem, że się trochę rozerwę”.
Swieta sięgnęła do stołu i odłożyła fałszywy Fuaran.
- Surowi jesteście, matko – pokręciłem głową.
- Takam surowa, bom matka – odparła Swietłana w tym samym duchu i zaśmiała się. – Żartuję. Wszystkie książki o Muminkach są piękne, tylko te ostatnie bardzo smutne.
- Nadia z mamą poszły nad rzekę – oznajmiłem.
- Spotkałeś je?
- Nie, wiem od Oksany. Tak i tak, mówi, pana Nadia poszła z babką na spacer…
Swietłana parsknęła śmiechem i od razu zrobiła straszną minę.
- Tylko nie powtarzaj tego przy mamie, bo się zdenerwuje!
- Co ja, kamikadze?
- Opowiedz lepiej, jak tam wasza wyprawa?
- Wiedźma uciekła – westchnąłem. – Ścigaliśmy ją do czwartego poziomu Zmroku, ale uciekła…
- Do czwartego? – Swietłanie rozbłysły oczy. – Mówisz poważnie?
Usiadłem obok niej, hamak zakołysał się niezadowolony, drzewa skrzypnęły, ale wytrzymały. Pokrótce opowiedziałem nasze przygody.
- Nigdy nie byłam na czwartym… - powiedziała w zadumie Swietłana. – Ciekawe… I mówisz, że znowu pojawiają się tam kolory?
- Wydawało mi się nawet, że zapachy.
Swietłana skinęła z roztargnieniem głową:
- Tak, krążą takie pogłoski… ciekawe…
Przez kilka sekund milczałem, potem powiedziałem:
- Swieta, powinnaś wrócić do Patrolu.
Swietłana, o dziwo, nic nie powiedziała. Ośmielony, mówiłem dalej:
- Nie można żyć na pół gwizdka. Wcześniej czy później…
- Nie mówmy o tym, Antoni. Nie chcę być Wielką Czarodziejką – Swietłana uśmiechnęła się. – Mała codzienna magia, to wszystko, czego potrzebuję.
Stuknęła furtka – wróciła Ludmiła Iwanowna. Zerknąłem na nią, odwróciłem wzrok, a potem popatrzyłem znowu, z niedowierzaniem.
Moja teściowa promieniała. Zupełnie jakby właśnie obsztorcowała jakąś nieuprzejmą sprzedawczynię, znalazła na ulicy sto rubli i widziała się ze swoim ulubionym Jakubowiczem. Nawet szła inaczej – lekko, z wyprostowanymi ramionami i uniesionym podbródkiem. Uśmiechała się radośnie i coś półgłosem nuciła…
Aż pokręciłem głową. Teściowa uśmiechnęła się do nas serdecznie, pomachała ręką i minęła w odległości dwóch kroków, zmierzając w stronę domu.
- Mamo! – krzyknęła Swietłana, zrywając się z hamaka. – Mamo!
Teściowa zatrzymała się i popatrzyła na nas – z tym samym rozanielonym wyrazem twarzy.
- Wszystko w porządku, mamo? – zapytała podejrzliwie Swietłana.
- Jak najbardziej – odparła uprzejmie Ludmiła Iwanowna.
- Mamo, a gdzie Nadiuszka? – zapytała Swietłana, podnosząc głos.
- Spaceruje z przyjaciółką – odparła spokojnie moja teściowa.
Drgnąłem, a Swietłana krzyknęła:
- Mamo?! Przecież już wieczór! Dzieci nie powinny chodzić same! Z jaką przyjaciółką?
- Z moją przyjaciółką – wyjaśniła teściowa, nie przestając się uśmiechać. – Nie bój się, nie bój, co to ja, rozumu nie mam, żeby dziecko samo puszczać?
- Z jaką twoją przyjaciółką? – krzyknęła Swietłana. – Co się z tobą dzieje, mamo? Z kim jest Nadia?
Uśmiech powoli spełzał z twarzy teściowej, ustępując miejsca niepewności.
- Z tą… z tą… - Ludmiła Iwanowna zmarszczyła brwi. – Z Ariną… Moja przyjaciółka, Arina… Przyjaciółka?
Nie zdążyłem zobaczyć, co zrobiła Swietłana. Po mojej skórze przebiegł chłód rozciętego Zmroku, Swietłana lekko pochyliła się w stronę matki, a ta znieruchomiała, otwartymi ustami łykając powietrze.
Ciężko jest czytać myśli innych ludzi, znacznie łatwiej skłonić ich do mówienia. Ale w przypadku bliskich krewnych można od nich przejąć informacje tak samo, jak Inni robią to między sobą, żeby zaoszczędzić czas.
Zresztą, nie potrzebowałem już informacji. Wszystko zrozumiałem.
Nawet nie czułem strachu, jedynie pustkę. Jakby cały świat wokół mnie zlodowaciał i znieruchomiał.
- Idź spać! – poleciła matce Swietłana. Ludmiła Iwanowna odwróciła się i krokiem zombi poszła do domu.
Swieta popatrzyła na mnie. Twarz miała bardzo spokojną i to nie pozwalało mi wziąć w garść. Mężczyzna czuje się znacznie silniejszy, gdy jego kobieta jest przestraszona.
- Podeszła i dmuchnęła – powiedziała Swietłana. – Wzięła Nadiuszkę za rękę i poszła z nią do lasu! – wypaliła Swietłana. – A ta… jeszcze przez godzinę spacerowała sam, kretynka jedna!
Wtedy zrozumiałem, że Swietłana jest na krawędzi histerii.
I wziąłem się w garść.
- Jakie miała szanse przeciwko wiedźmie? – ująłem Swietę za ramiona, potrząsnąłem. – Twoja matka jest tylko człowiekiem!
W oczach Swietłany błysnęły łzy i od razu znikły. Odsunęła mnie łagodnie i powiedziała:
- Odsuń się, Antoni, bo cię zahaczy… ja muszę… a ty i tak ledwie trzymasz się na nogach…
Nie spierałem się. Po ostatniej wycieczce w Zmrok byłem zupełnie wypruty. Prawie nie było we mnie Siły i nie miałem czym podzielić się ze Swietłaną.
Odszedłem na kilka metrów, objąłem rękami pień emerytowanej jabłoni i zamknąłem oczy.
Świat wokół mnie drgnął.
Poczułem, jak poruszył się Zmrok.
Swietłana nie czerpała Siły z otaczających ją ludzi, jak zrobiłbym ja. Wystarczyła jej własna Siła, do tej pory uparcie negowana, niewykorzystana… lecz gromadząca się. Podobno po porodzie kobiety-Inne odczuwają kolosalny przypływ sił, a ja nie dostrzegłem wtedy jakichś szczególnych zmian w Swietłanie… Wszystko gdzieś znikało, kryło się, zbierało… jak uświadomiłem sobie teraz – na czarną godzinę.
Świat tracił barwy. Zrozumiałem, że zapadał się w Zmrok, na pierwszy poziom; natężenie magii było tak duże, że to, co miało jakikolwiek związek z magią nie mogło utrzymać w zwykłej ludzkiej rzeczywistości. Przez drewniany stół przeleciała i ciężko pacnęła na ziemię książka Fuaran – prawda czy mit? Trzy domy dalej na dachu zapaliły się i natychmiast spłonęły wielkie kawały sinego mchu, emocjonalnego pasożyta Zmroku.
Swietłana, otulona białym lśnieniem, szybko poruszyła rękami, jakby tkała. Chwilę później „przędza” zaczęła być widoczna – od jej palców odrywały się cienkie, jakby pajęcze nitki i rozlatywały, gnane nieistniejącym wiatrem. Wokół Swietłany przez chwilę szalała zamieć – i szybko ucichła, gdy tysiące połyskliwych nici pofrunęło na wszystkie strony świata.
- Co? – zawołałem. – Swieta!
Znałem zaklęcie, którego właśnie użyła. Nawet sam mógłbym rozrzucić „śnieżną pajęczynę”, może nie tak efektownie i szybko, ale…
Swietłana nie odpowiadała. Podniosła ręce ku niebu, jak w modlitwie. Ale my nie wierzymy ani w bogów, ani w Boga. Jesteśmy swoimi własnymi bogami i swoimi własnymi demonami.
Od dłoni Swietłany oderwała się i majestatycznie popłynęła ku niebu tęczowa kula, olbrzymia bańka mydlana. Bańka rozszerzała się, wirując powoli wokół własnej osi. Ciemnoczerwona plama na przezroczystym tęczowym pęcherzu przywoływała na myśl planetę Jowisz. Przy którymś obrocie czerwona plama znalazła się naprzeciwko mnie; poczułem parząco-zimne muśnięcie, jakby podmuch lodowatego wichru.
Swietłana zrobiła „oko maga”. Nic dziwnego, pierwszy stopień… Ale żeby stworzyć je tak od razu po „śnieżnej pajęczynie”?!
Trzecie zaklęcie było niesamowicie szybkie – zrozumiałem, że Swietłana od dawna trzymała w je pogotowiu, na takie właśnie okazje. Swieta wypuściła z dłoni stadko widmowych matowobiałych ptaków. Można by je nazwać gołębiami, gdyby nie dzioby – duże, ostre, drapieżne.
Tego zaklęcia w ogóle nie znałem.
Swieta opuściła ręce i Zmrok od razu się uspokoił. Podpełzł do nas, musnął skórę ostrożnym chłodem.
Wyszedłem do zwykłego świata.
Swietłana również.
W ludzkim świecie niewiele się nie zmieniło. Okładka leżącej na ziemi książki nawet nie zdążyła się zamknąć. W całej wsi wyły, szczekały i skomlały psy.
- Swieta, no i co? – rzuciłem się do niej.
Odwróciła się do mnie, wzrok miała zamglony. Jej niewidoczni magiczni posłańcy, nim się rozwiali, z odległości setek kilometrów wysyłali swoje ostatnie meldunki.
Wiedziałem, jakie.
- Pusto – szepnął Swietłana. – Wszędzie pusto. Ani Nadiuszki… ani wiedźmy.
W jej oczach znowu pojawiło się życie. Magiczna pajęczyna spadła na ziemię, rozpłynęły się białe ptaki, pękła w niebie tęczowa bańka mydlana.
- Wszędzie pusto – powtórzyła Swietłana. – Antoni… trzeba… musimy się uspokoić.
- Nie mogła uciec daleko – zawyrokowałem. – I na pewno nie zrobiła Nadii nic złego!
- Wzięła ją jako zakładniczkę? – zapytała Swietłana z nadzieją.
- Cały teren otoczyła Inkwizycja. Oni mają swoje własne metody i nawet Arina nie zdołała przedostać się przez okrążenie.
- Tak… - szepnęła Swietłana. – Wszystko jasne.
- Żeby uciec, będzie potrzebowała pomocy – mówiłem dalej, przekonując siebie i Swietłanę. – A po dobroci jej nie dostanie. Dlatego zdecydowała się nas zaszantażować.
- Zdołamy spełnić jej żądania? – Swietłana od razu wzięła byka za rogi, nie pytając nawet, czy będziemy je spełniać… A jaki mamy wybór? Pewnie, że spełnimy, jeśli tylko zdołamy.
- Trzeba poczekać na żądania…
Swietłana skinęła głową.
- Tak… Poczekać. Tylko na co, na telefon?
I w tej samej chwili popatrzyła na okno sypialni i uniosła rękę.
Sekundę później wyleciał z sypialni podarowany przez Arinę grzebień, rozbijając szybę w oknie. Swietłana wzięła go do ręki z takim obrzydzeniem, jakby brała ohydnego owada, przez kilka sekund przyglądała mu się, a potem krzywiąc się, przesunęła nim po włosach.
Rozległ się cichy, dobroduszny śmieszek i w moim mózgu głos Ariny powiedział:
- Witaj, moja miła. Ot i się poznałyśmy. Przydał się podarunek, co?
- Zapamiętaj, stara jędzo… - zaczęła Swietłana, trzymając grzebień przed sobą.
- Wiem, wiem, kochana. Wszystko wiem i rozumiem. Jeśli Nadieńce spadnie włos z głowy, znajdziesz mnie na końcu świata, z piątej warstwy Zmroku wyciągniesz, żyły wyprujesz, na kawałki pokroisz, solą posypiesz i świniom dasz. Wszystko wiem, co chcesz mi powiedzieć. I wierzę – tak właśnie zrobisz.
Głos Ariny był bardzo poważny. Wiedźma nie drwiła, lecz całkiem poważnie wyjaśniała, co Swietłana powinna z nią zrobić. Swietłana nie wypuszczała z rąk grzebienia, a gdy wiedźma umilkła, powiedziała:
- Dobrze. W takim razie nie traćmy czasu. Chcę porozmawiać z Nadiuszką.
- Nadieńka, powiedz mamie: cześć – poprosiła Arina.
Usłyszeliśmy wesoły głosik:
- Cześć!
- Nadiusza, wszystko w porządku? – zapytała ostrożnie Swietłana.
- Tak! – powiedziała Nadia.
Zaraz potem wtrąciła się Arina.
- Czarodziejko, nie zrobię krzywdy twojej córeczce, jeśli ty sama nie narobisz głupstw. Niedużo od was chcę – wyprowadźcie mnie za kordony i dostaniecie swoją córkę z powrotem.
- Arino – powiedziałem, biorąc Swietłanę za rękę. – Okolicę otoczyła Inkwizycja. Rozumiesz to?
- Gdybym nie rozumiała, nie prosiłabym o pomoc – odparła sucho Arina. – Myśl, czarodzieju! W każdym płocie jest słabsza sztacheta, w każdej sieci znajdzie się większe oko. Wyprowadź mnie, a ja oddam ci córkę.
- A jeśli nie zdołam?
- Wtedy będzie mi wszystko jedno – powiedziała Arina. – Będą się przedzierać siłą. A waszą córkę – bez urazy – zabiję.
- Po co? – zapytałem bardzo spokojnie. – Co ci to da?
- Jak to co? – zdumiała się Arina. – Jeśli się przedrę, to następnym razem każdy będzie wiedział, że ze mną żartów nie ma. Poza tym, wiem, kto lubi załatwiać brudną robotę cudzymi rękami. On zapłaci za śmierć waszej córki.
- Spróbujemy – oznajmiła Swietłana, mocno ściskając moją rękę. – Słyszysz, wiedźmo? Nie rób krzywdy dziecku, uratujemy cię!
- No to umowa stoi – powiedziała Arina. – Kombinujcie, jak mam się wydostać z okrążenia, macie trzy godziny. Jak wymyślisz wcześniej, czarodziejko, to weź swój grzebień i uczesz się.
- Tylko nie rusz Nadieńki! – krzyknęła Swietłana; głos jej drgnął. A potem zrobiła lekki gest lewą ręką.
Grzebień pokrył się warstewką lodu. Swietłana rzuciła go na stół, mruknęła:
- Stara jędza. Antoni?…
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, jakby przerzucając piłeczkę inicjatywy.
W końcu się odezwałem:
- Swieta, ryzyko jest ogromne. W otwartej walce nas nie pokona i dlatego oddanie Nadii oznacza dla niej wystawienie się na cios.
- Znajdziemy jej korytarz… wyjście – szepnęła moja żona. – Niech wyjdzie poza granice okrążenia i zostawi Nadię, ja ją szybko znajdę. Może nawet wyjechać innego miasta i tam zostawić Nadię! Otworzę jej przejście… wiem jak. Zdołam! Będę tam w ciągu minuty!
- No dobrze – skinąłem głową. – Ale co dalej? Wiedźma nie zdoła daleko uciec, a jak tylko Nadia będzie z nami, zapragniesz dopaść Arinę i ubezcieleśnić ją.
Swietłana skinęła głową:
- Nie ubezcieleśnić, tylko rozerwać na kawałki. No tak, czyli rozsądna wiedźma powinna skorzystać z naszej pomocy, ale i tak zabić Nadię. Antoni, co mamy robić? Wezwać Hesera?
- A jeśli ona poczuje?
- Zadzwonić? – zaproponowała Swietłana.
Zastanowiłem się i skinąłem głową. Przecież Arina bardzo długo przebywała w śpiączce… Czy wpadnie na to, że możemy skontaktować się z Heserem nie przy pomocy magii, lecz banalnej techniki, dzwoniąc na zwykły telefon komórkowy?
Telefon Swietłany był w domu, wyjęła go tym samym niedbałym gestem, co grzebień. Popatrzyła na mnie jeszcze raz, skinąłem głową.
Czas prosić o pomoc. Czas żądać pomocy – pomocy całej potęgi moskiewskiego Nocnego Patrolu. Przecież Heser na pewno liczy na Nadię w przyszłości…
- Poczekajcie! – zawołał ktoś od furtki.
Odwróciliśmy się, może zbyt gwałtownie podnosząc ręce do pozycji bojowej. Dla mnie i Swietłany świat przestał być zwykłym ludzkim światem, teraz żyliśmy w świecie Innych, niebezpiecznym świecie, w którym o wszystkim decyduje siła zaklęć i szybkość reakcji.
Ale do walki nie doszło.
Przez furtką stał młody człowiek z trójką dzieci – dwóch chłopców i dziewczynka. Mężczyzna i dzieci mieli na sobie szarozielone ubrania, przypominające mundury rozgromionej armii. Mężczyzna mógł mieć dwadzieścia pięć lat, dzieci najwyżej dziesięć. Ojcem nie był, bratem raczej też nie – byli zupełnie niepodobni.
Łączyło ich tylko jedno – Ciemna aura. Dzika, kosmata, tak bardzo nie pasująca do sympatycznych twarzy i krótkich fryzur.
- Oto i nasze wilkołaki – mruknąłem.
Mężczyzna skłonił głowę, jakby potwierdzając mój domysł.
Ale ze mnie głupiec…
Szukałem dorosłego z trójką dzieci, a nie sprawdziłem obozu pionierskiego!
- Przyszliście się poddać? – spytała zimno Swietłana. – Źle trafiliście!
Wprawdzie byli słabymi Innymi, ale powinni wychwycić niedawny wir Siły, a także płynącą od Swietłany moc, która nie dawała żadnych szans wilkołakom, wampirom i innej magicznej drobnicy. Swieta mogłaby teraz wbić ich w ziemię jednym ruchem ręki.
- Poczekajcie – powiedział szybko mężczyzna. – Wysłuchajcie nas. Nazywam się Igor, jestem… jestem zarejestrowanym Ciemnym Innym szóstego stopnia.
- Miasto? – spytała krótko Swietłana.
- Siergiejew Posad.
- Dzieci? – kontynuowała przesłuchanie Swieta.
- Pietia ze Zwienigorodu, Anton z Moskwy, Gala z Kołomny…
- Zarejestrowani? – indagowała Swietłana. Gdyby Igor powiedział „nie”, jego los byłby przesądzony.
Chłopcy w milczeniu podnieśli bluzki. Dziewczynka zawahała się, ale też odpięła górny guzik.
Wszyscy mieli stemple.
- Niewiele ci to pomoże – burknęła Swietłana. – Idźcie do szopy i czekajcie na brygadę operacyjną. Opowiesz Trybunałowi, dlaczego poprowadziłeś szczeniaki na polowanie na ludzi.
Ale Igor pokręcił głową. Na jego twarzy malował się niepokój, ale miałem wrażenie, że on nie bał się o siebie!
- Zaczekajcie chwilę! Proszę was! To bardzo ważne! Macie córeczkę? Inną Jasną, mniej więcej dwu-, trzyletnią?
- Widzieliśmy, dokąd ją zaprowadzono – dodał cichutko chłopiec, mój imiennik.
Odsunąłem leciutko Swietłanę i wyszedłem do przodu.
- Czego chcecie? – zapytałem.
Wiedziałem, czego chcą wilkołaki i wilkołaki wiedziały, że my to wiemy. I najsmutniejsze było to, że one miały świadomość, że my zgodzimy się na ten handel.
Ale pozostawały pewne szczegóły do uzgodnienia.
- Chcemy zarzutu drobnego niedbalstwa – powiedział szybko Igor. – W czasie spaceru przypadkiem natrafiliśmy na dzieci i wystraszyliśmy je.
- Polowałeś na nie, zwierzu! – nie wytrzymała Swietłana. – Polowałeś ze szczeniakami na ludzkie dzieci!
- Nie! – Igor pokręcił głową. – Dzieciaki się rozhulały, chciały się pobawić z ludzkimi dziećmi. Podszedłem i odciągnąłem je. To moja wina, nie dopilnowałem…
Wszystko dobrze wyliczył. Nie mogłem udać, że nic takiego się nie wydarzyło, nawet gdybym chciał. Sprawie nadano bieg, teraz chodziło już tylko o zaklasyfikowanie tego wydarzenia. Usiłowanie zabójstwa – to niemal pewne ubezcieleśnienie Igora i surowy nadzór nad szczeniakami. Drobne niedbalstwo – to tylko protokół, mandat i kontrola dalszego zachowania.
- Dobrze – powiedziałem szybko, zanim Swietłana zdążyła się odezwać. – Jeśli nam pomożecie, będziesz miał swój zarzut.
Niech te słowa będą na mnie.
Igor odprężył się, widocznie spodziewał się długich targów.
- Opowiedz, Gala – poprosił dziewczynkę i wyjaśnił: – Ona to widziała, straszna wiercipięta, nie usiedzi długo w jednym miejscu…
Swietłana podeszła do dziewczynki, a jak gestem kazałem Igorowi odejść na bok. Znów się spiął, ale posłusznie poszedł za mną.
- Mam do ciebie kilka pytań – burknąłem. – I radzę ci odpowiadać szczerze.
Igor skinął głową.
- Jak udało ci się otrzymać prawo do inicjowania trójki obcych dzieci? – zapytałem, przełykając słówko „bydlaku”, które tak bardzo chciało się przykleić do końca zdania.
- Były skazane – odparł Igor. – Studiowałem na Akademii Medycznej i byłem na praktyce na onkologii dziecięcej… cała trójka umierała na białaczkę. Był tam również lekarz – Inny Jasny. To on złożył mi propozycję: ja inicjuję trójkę dzieci, przemieniam je w wilkołaki i one się uratują. A on z kolei otrzymuje prawo do uzdrowienia kilkunastu małych pacjentów.
Milczałem. Przypomniałem sobie tę sprawę sprzed roku. Niewiarygodny, bezprecedensowy przypadek wyraźnej zmowy Ciemnego i Jasnego, na który oba Patrole postanowiły przymknąć oczy. Jasny uratował dwadzieścioro dzieci, wykorzystał wyjątkową okazję autentycznego uzdrowienia, wyłożył wszystkie siły, ale uratował. Ciemni dostali trzy wilkołaki – rozsądna wymiana. I wszyscy szczęśliwi, nie wyłączając dzieci i ich rodziców. Potem przyjęto jakieś dodatkowe doprecyzowania Traktatu, żeby na przyszłości uniknąć podobnych wypadków. A o tym wydarzeniu postanowiono jak najszybciej zapomnieć…
- Osądzasz mnie? – zapytał Igor.
- Nie ja będę cię osądzał… - szepnąłem. – Dobrze. Bez względu na to, czym się kierowałeś… dobrze. Drugie pytanie: czemu ciągnąłeś dzieci na polowanie? Tylko teraz nie kłam! Polowałeś! Chciałeś złamać Traktat!
- Straciłem nad sobą panowanie – odparł spokojnie Igor. – Nie ma co wymyślać… Wziąłem szczeniaki na spacer, specjalnie wybrałem najbardziej głuchy kawałek lasu a tu nagle – dzieci! Żywe! Tak apetycznie pachnące… Wzięło mnie jak nie wiem… A co dopiero mówić o szczeniakach… Dopiero w tym roku złapały pierwszego królika, poznały smak krwi.
Igor uśmiechnął się – przepraszająco, niepewnie. I dodał:
- Gdy jesteś w ciele zwierzęcia, mózg zupełnie inaczej pracuje. Następnym razem będę ostrożniejszy.
- Dobrze – powiedziałem tylko.
A co innego mogłem powiedzieć? Teraz, kiedy życie Nadiuszki wisiało na włosku? Nawet jeśli kłamie, nie będę go przecież przesłuchiwał!
- Antoni! – zawołała Swietłana. – Łap!
Popatrzyłem na nią i w mojej głowie zawirowały obrazy.
Piękna kobieta w długiej sukni, kolorowej chustce na głowie…
Obok niej idzie dziewczynka… zostaje z tyłu… kobieta bierze ją na ręce…
Idą nad rzeką…
Trawa… wysoka trawa… czemu taka wysoka, wyższa ode mnie…
Skaczę przez strumień, na wszystkie cztery łapy, opuszczam nos do ziemi, łapię ślad…
Lasek, przechodzący w pole… rowy, kanały…
Zapach, jaki dziwny zapach płynie od tej ziemi… budzi niepokój, podkulam ogon…
Kobieta z dziewczynką na rękach schodzi do głębokiego okopu…
Z powrotem, z powrotem! Uciekać! To ta sama wiedźma, ta sama, to jej zapach…
- Co się dzieje? – spytała Swietłana. – Skoro są tak blisko, to czemu ich nie znalazłam?
- Pole bitwy – szepnąłem wytrząsając z głowy obrazy widziane przez dziewczynkę-wilczka. – Przecież tędy biegła linia frontu, ziemia przesiąknięta jest krwią. Trzeba szukać w konkretnym miejscu, żeby cokolwiek znaleźć. To tak, jakby wymacywać magią Kreml.
Igor podszedł do nas, taktownie odchrząknął.
- I jak, wszystko uczciwie? Poczekamy na śledczych w obozie, dobrze? A może nie będziemy się spieszyć, za tydzień skończy się turnus i sam stawię się w biurze Nocnego Patrolu, żeby złożyć wyjaśnienia…
Myślałem. Usiłowałem dopasować obrazy do mapy okolicy, która przywołałem w pamięci. Dwadzieścia kilometrów… Oho, Arina na pewno nie szła z Nadiuszką na piechotę. Wyprostowała drogę, wiedźmy to umieją. Samochodem ta nie dojedziemy, nie mam dżipa, a w całej wsi nie ma ani łady niwy, ani gazika. Najwyżej traktor…
Zresztą, możemy przecież wejść w Zmrok.
A jeszcze lepiej – zwiększyć swoją szybkość.
- Swieta – popatrzyłem jej w oczy. – Zostaniesz tutaj.
- Co? – stropiła się.
- Wiedźma nie jest głupia, nie da nam trzech godzin na myślenie. Skontaktuje się z nami wcześniej – i właśnie z tobą, po mnie nie spodziewa się żadnych wyczynów. Zostaniesz tutaj i gdy wiedźma się odezwie – porozmawiasz z nią. Powiedz, że ja poszedłem przygotować korytarz przez kordon… nakłam coś. A ja cię wezwę i odciągnę ją.
- Nie dasz rady! – powiedziała Swietłana. – Antoni, nie zdołasz jej schwytać! A ja nie wiem, jak szybko uda mi się otworzyć portal. Nawet nie wiem, czy zdołam! Przecież nie próbowałem, tylko o tym czytałam! Antoni!
- Nie będę sam – odparłem. – Prawda, Igor?
Igor pobladł i pokręcił głową.
- Hej, patrolowy… Nie tak się umawialiśmy!
- Umówiliśmy się, że pomożesz! – przypomniałem. – Nie precyzowaliśmy, co wchodzi w skład tej pomocy. To jak będzie?
Igor zerknął na swoich podopiecznych, skrzywił się boleśnie i westchnął.
- Łajdak z ciebie, patrolowy… Już wolałbym walczyć z magiem niż z wiedźmą! Przecież cała jej magia płynie od ziemi, ona od razu wali po żywemu…
- To nic, będziemy razem – mruknąłem. – W piątkę…
Szczeniaki – zmuszałem się do myślenia o nich jak o szczeniakach, nie jak o dzieciach – popatrzyły na siebie. Gala kuksnęła Pietię w bok, coś szepnęła.
- Po co ci one? – Igor podniósł głos. – Patrolowy! To przecież dzieci!
- Wilczęta-wilkołaki – poprawiłem. – Które omal nie pożarły dzieci. Chcesz odkupić swoją winę? Chcesz się obejść naganą? To nie ma co mleć ozorem!
- Wujku Igorze, my się nie boimy – odezwał się chłopczyk Pietia.
Mój imiennik poparł go:
- Jesteśmy z tobą.
Patrzyli na mnie spokojnie, bez urazy. Widać niczego innego się nie spodziewali.
- Przecież one nic nie potrafią – powiedział żałośnie Igor. – Patrolowy…
- To nic, wystarczy, że odwrócą uwagę wiedźmy. Przemieńcie się.
Swietłana odwróciła się, ale nic nie powiedziała.
Wilkołaki w milczeniu zaczęły się rozbierać. Tylko dziewczynka rozejrzała się zawstydzona i poszła za krzaki porzeczek, pozostali nie krępowali się.
Kątem oka spostrzegłem, że drogą idzie jakaś wiejska baba z wiadrem ziemniaków, pewnie wykopanych z kołchozowego pola. Widząc, że coś się dzieje za płotem przystanęła, ale ja postanowiłem nie ingerować. I tak jestem teraz w nie nienajlepszej formie, nie mogę tracić sił na gapiów. Muszę nauczyć się biegać. Szybko biegać, żeby nie zostawać w tyle za wilkołakami.
- Pomogę ci – powiedziała Swietłana. Przesunęła dłonią w powietrzu i poczułem, że ciało zaczyna mnie boleć a mięśnie nóg wypełniają się siłą. Od razu zrobiło mi się gorąco, jakby wszedł do za bardzo nagrzanej sauny. „Bieg” to proste zaklęcie, ale trzeba go używać bardzo ostrożnie. Jak zahaczysz mięsień serca, dostaniesz zawału.
Igor obok mnie zachrypiał i wygiął się, ręce i nogi na ziemi, grzbiet jakby złamany w połowie, wycelowany ku niebu. Oto, skąd się biorą te wszystkie bajki o konieczności przeskoczenia przez spróchniały pień… jego skóra pociemniała, pokryła się czerwonymi kropkami i zjeżyła mokrą, rosnącą szybko sierścią.
- Prędzej! – warknąłem. Powietrze wychodzące z moich ust było gorące i wilgotne, widziałem parę własnego oddechu, jak na mrozie. Ciało domagało się ruchu, ciężko mi było stać.
Pocieszało mnie tylko to, że wilkołaki pragnęły tego samego.
Duży wilk wyszczerzył się. Jako ostatnie zmieniały się zęby, w wilczej paszczy ludzkie zęby wyglądały śmiesznie i strasznie zarazem. Przemknęła mi przez głowę myśl, że wilkołaki muszą się obywać bez plomb i koronek. Zresztą, ich organizm jest znacznie mocniejszy od ludzkiego. Wilkołaki nie miewają próchnicy.
- Idz-dziemy – zaskowytał wilk. – Piecz-cze.
Do wilka podbiegły ze skomleniem mokre, jakby spocone wilczęta. Jeden nadal miał ludzkie oczy, ale nie mogłem zrozumieć, czy to chłopiec czy dziewczynka.
- Biegniemy! – powiedziałem.
I ruszyłem, nie odwracając się do Swietłany, nie myśląc o tym, czy ktoś nas zobaczy czy nie. Potem się to załatwi. Albo Swietłana wyczyści ślady.
Ale uliczki były puste, nawet babka z wiadrem sobie poszła. Może Swietłana zagoniła ludzi do domów? Byłoby dobrze. Człowiek biegnący szybciej niż pozwala mu na to jego natura i czwórka wilków, pędzących za nim, to dość dziwny widok.
Nogi same niosły mnie przed siebie. Siedmiomilowe nity, szybkonogi towarzysz barona Münchhausena – tak odbija się w ludzkich mitach ta niewielka magia. Szkoda, że w bajkach nie wspominano o tym, że asfalt boleśnie uderza w podeszwy stóp…
Minutę później skręciliśmy ku rzece, po miękkiej ziemi biegło się łatwiej.
Pędziłem obok wilka, niczym wrażliwy Iwan Carewicz, który nie chce męczyć swojego szarego przyjaciela i dlatego nie siedzi na jego grzbiecie. Szczeniaki zostały trochę w tyle, im było trudniej. Wilkołaki są bardzo silne, ale ich prędkości nie wspomaga magia.
- Coś ty… wymyślił? – zaszczekał wilk. – Co będziesz… robił?
Gdybym ja znał odpowiedź!
Walka to również manipulacja Siłą, rozpływającą się w Zmroku. Ja jestem na drugim poziomie siły, a to niemało; Arina w ogóle wychodzi poza ramy klasyfikacji. Ale ona jest wiedźmą, a to plus i minus jednocześnie. Nie mogła wziąć ze sobą wszystkich amuletów, talizmanów i ziół. Za to może czerpać Siłę prosto z natury. W mieście jej zdolności spadają, tutaj rosną. Żeby zastosować poważne zaklęcie, musiałaby zabrać ze sobą jakiś amulet, a to strata czasu. Ale za to zgromadzony w amulecie ładunek Siły mógł być niewiarygodnie duży.
Nie wiem, co z tego wyjdzie. Zbyt wiele zmiennych. Nie potrafiłbym przewidzieć nawet wyniku walki Ariny z Heserem. Prawdopodobnie Wielki mag odniósłby zwycięstwo, ale na pewno musiałby się nieźle namęczyć.
A co ja mogę przeciwstawić wiedźmie?
Prędkość?
Wystarczy, że Arina wejdzie w Zmrok, a stracę swoją przewagę. Ona będzie się tam czuła znacznie pewniej, a na każdej następnej warstwie Zmroku ja będę coraz wolniejszy.
Zaskoczenie?
Może… Ciągle mam nadzieję, że Arina nie spodziewa się mojego pojawienia.
Zwykła siła fizyczna? A gdyby ją tak walnąć w głowę kamieniem…
Ale żeby to zrobić, musiałbym do niej podejść.
Wychodziło na to, że muszę podkraść się do Ariny jak najbliżej. I gdy tylko wiedźma straci czujność, zaatakować. Po prostu uderzyć.
- Słuchaj! – krzyknąłem do wilka. – Jak będziemy bliżej, wejdę w Zmrok. Wyprzedzę wiedźmę i podejdę do niej. Wy idźcie otwarcie. Gdy zacznie z wami rozmawiać, ja zaatakuję. Wtedy mi pomożecie.
- Dobrz-rze – zawarczał wilk, nie wyrażając swojej opinii o moim planie.
Rozdział 7
Czy to miejsce pozostało na mapach II wojny światowej?
Może jest to znana historykom i opiewana w książkach placówka, gdzie niegdyś starły się w krwawej walce dwie armie i machina Blitzkriegu musiała się cofnąć, odtoczyć?
A może to jedno z bezimiennych pól naszej hańby, gdzie doborowe oddziały niemieckie zmiażdżyły słabo wyszkolonych i słabo uzbrojonych rekrutów? I wzmianka o nim znalazła się jedynie w archiwach Ministerstwa Obrony?
Słabo znam historię, ale najprawdopodobniej to drugie. Zbyt tutaj pusto, zbyt ponuro i martwo. Opuszczona ziemia, na którą nie połasiły się nawet kołchozy.
W Rosji nie lubią stawiać pomników na polach bitew. Może dlatego, że zwycięstwa nie zawsze były czyste?…
Stałem nad brzegiem rzeki i patrzyłem na martwe pole, pas ziemi między lasem i rzeką, kilometr szerokości, dziesięć kilometrów długości. Może nawet nie poległo tu zbyt wielu żołnierzy. Raczej setki niż tysiące.
Zresztą, jak mogę mówić, że to mało?…
Pole było absolutnie puste. Nie widziałem nikogo ani zwykłym wzrokiem, ani patrząc przez Zmrok.
Pochwycił
Jak przystało na prawdziwą, aktywną wiedźmę, w swojej leśnej chatce Arina warzyła jakieś ziele. Stała przy rosyjskim piecu z uchwytem do garnka (nad mosiężnym kociołkiem unosiły się kłęby zielonej pary) i mamrotała:
Janowiec, trzmieliny wiele
Garść piasku ze zbocza
Wrzosu pęk i zięby szkielet
Ropa z wrzodu broczy…
Ja i Edgar stanęliśmy w drzwiach, a wiedźma, stojąc tyłem do nas, potrząsała kociołkiem i mówiła:
Znów janowiec i trzmielina
Ze trzy orle pióra…
Edgar odchrząknął i dokończył:
Aceton, kefiru krztyna
Dwie rózgi niedługie?
Arina podskoczyła, jakby zaskoczona i zawołała:
- O matko kochana!
Zabrzmiało to bardzo naturalnie, ale coś mi się wydawało, że nasza wizyta nie była dla gospodyni zaskoczeniem.
- Dzień dobry, Arino – rzekł oschle Edgar. – Inkwizycja. Proszę, żeby przerwała pani czary.
Arina zręcznie wstawiła garnek do pieca i dopiero wtedy się odwróciła. Teraz wyglądała na czterdziestoletnią, krzepką, ale przystojną wieśniaczkę. A do tego bardzo rozdrażniona. Wzięła się pod boki i swarliwie powiedziała:
- Dzień dobry, panie Inkwizytorze! I po co to czarom przeszkadzać? Co, znowu mam zięby łapać, albo orłom pióra wyrywać?
- Ta deklamacja to jedynie sposób na zapamiętanie ilości składników i kolejności działań – odparł spokojnie Edgar. – Ziele lekkiego kroku już pani zaparzyła, moje słowa nie mogły w niczym przeszkodzić. Proszę siadać, Arino, co będziemy tak stali…
- Siadanie też nam nie pomoże – odparła posępnie Arina i podeszła do stołu. Usiadła, wytarła ręce o wesolutki fartuch w rumianki i chabry, i zerknęła na mnie.
- Dzień dobry, Arino – powiedziałem. – Edgar prosił mnie, żebym wystąpił w roli przewodnika. Nie ma pani nic przeciwko temu?
- Gdybym miała, trafilibyście na bagna – mruknęła z urazą Arina. – Słucham, panie Inkwizytorze Edgarze. Po co pan przyszedł?
Edgar usiadł naprzeciwko Ariny, wsunął rękę pod połę marynarkę i wyjął małą skórzaną teczkę. Gdzie ona mu się zmieściła?
- Wysłano do pani wezwanie, Arino – rzekł łagodnie Inkwizytor. – Otrzymała je pani?
Wiedźma pogrążyła się w zadumie. Edgar otworzył swoją teczkę, wyjął wąski pasek żółtego papieru.
- Trzydziesty pierwszy rok! – zawołała wiedźma. – Ech, stare czasy… Nie, nic nie dostałam. Już panu z Nocnego Patrolu wyjaśniałam – zapadłam w śpiączkę. CzeKa mi sprawę szykowało…
- CzeKa nie jest najstraszniejszą rzeczą, jaka może się zdarzyć w życiu Innego – przerwał jej Edgar. – Proszę mi wierzyć… A więc, otrzymała pani wezwanie…
- Nie otrzymałam – powiedziała szybko Arina.
- Nie otrzymała pani – poprawił się Edgar. – Załóżmy. Goniec co prawda nie wrócił, ale różne rzeczy mogły się przytrafić najemnym pracownikom w surowych moskiewskich lasach…
Arina milczała.
Stałem oparty o drzwi i obserwowałem. Bardzo pouczające. Praca Inkwizytora przypomina pracę patrolowego, ale ta konkretna sytuacja miała dodatkowy smaczek. Ciemny mag przesłuchiwał wiedźmę, znacznie silniejszą od siebie – Edgar musiał zdawać sobie z tego sprawę. Ale za jego plecami stała Inkwizycja, a w takiej sytuacji nie ma co liczyć na pomoc „swojego” Patrolu.
- Przyjmijmy, że teraz otrzymała pani wezwanie – kontynuował Edgar. – A ja mam przeprowadzić z panią wstępną rozmowę przed podjęciem ostatecznych decyzji… A więc…
Wyjął jeszcze jeden papier i patrząc na niego, zapytał:
- Czy w marcu tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku pracowała pani moskiewskiej piekarni mechanicznej numer jeden?
- Pracowałam – skinęła głową Arina.
- W celu?
Arina zerknęła na mnie wymownie.
- Został wtajemniczony – wyjaśnił Edgar. – Proszę odpowiedzieć.
- Zwróciło się do mnie kierownictwo Nocnego i Dziennego Patrolu – odparła z westchnieniem Arina – Inni chcieli sprawdzić, jak będą się zachowywać ludzie, żyjący zgodnie z ideałami komunistycznymi. Ponieważ oba Patrole chciały tego samego, a Inkwizycja poparła ich prośbę, zgodziłam się. Miast nie lubiłam nigdy, tam zawsze…
- Do rzeczy – poprosił Edgar.
- Wykonałam zdanie – powiedziała Arina. – Nawarzyłam ziela, które w ciągu dwóch tygodni dodawano do chleba sitkowego. To wszystko. Oba Patrole podziękowały mi, zwolniłam się z piekarni i wróciłam do siebie. A wtedy czekiści zupełnie mnie…
- Swoje skomplikowane stosunki z bezpieką opisze pani w pamiętnikach! – warknął Edgar. – Ja się pytam, dlaczego zmieniła pani recepturę!
Arina powoli wstała, jej oczy błysnęły gniewem, głos spotężniał, jakby w izbie stała nie kobieta, lecz samica King Konga.
- Proszę zapamiętać, młody człowieku, że Arina nigdy nie myliła się w przepisach! Nigdy!
Na Edgarze nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- Nie mówię, że się pani pomyliła. Mówię, że świadomie zmieniła pani przepis. W efekcie… – przerwał.
- Co w efekcie? – oburzyła się Arina. – Gotowe ziele sprawdzono, efekt był dokładnie taki, jaki miał być!
- W efekcie ziele podziałało natychmiast – dokończył Edgar. – Nocny Patrol nie jest i nigdy był grupą skretyniałych idealistów. Jaśni rozumieli, że dziesięć tysięcy ludzi, którzy natychmiast przejdą na moralność komunistyczną, będą skazani. Ziele miało działać powoli, stopniowo, tak, żeby remoralizacja weszła w siłę za dziesięć lat, w czterdziestym pierwszym!
- No właśnie – powiedziała Arina. – Tak właśnie zrobiłam.
- Ziele zadziałało prawie natychmiast – mówił dalej Edgar. – Nie od razu zorientowano się, co się dzieje, ale już po roku liczba ludzi, poddanych eksperymentowi zmniejszyła się o połowę. Do czterdziestego pierwszego roku dożyło zaledwie sto osób – ci, którzy pokonali remoralizację, wykazali elastyczność moralną.
- Och, jak niedobrze! – klasnęła w ręce Arina. – Och, co za pech, co za pech… Szkoda ludzi… – Usiadła, popatrzyła na mnie i zapytała: – I co, Jasny, ty też myślisz, że pracowałam dla Ciemnych?
Nawet jeśli udawała, to bardzo przekonująco. Wzruszyłem ramionami.
- Wszystko zrobiono jak należy – powtórzyła z uporem Arina. – Główne składniki domieszano do mąki – a wiecie, jak ciężko było wtedy zajmować się szkodnictwem? Spowalniaczem ziół miał być cukier… – Nagle klasnęła w ręce i popatrzyła triumfalnie na Edgara. – Tu jest pies pogrzebany! Lata były głodne, pracownicy kradli cukier i dlatego ziele zadziałało przed czasem!
- Interesująca wersja – przyznał Edgar, przekładając swoje papiery.
- Nie jestem niczemu winna! – oznajmiła twardo Arina. – Skoro mądrzy patrolowi nie przewidzieli tak prostej rzeczy jak kradzieże na kombinacie, to czyja to wina?
- Wszystko by się zgadzało – rzekł Edgar, podnosząc jeden z dokumentów, – gdyby nie to, że pierwszy eksperyment przeprowadziła pani właśnie na pracownikach kombinatu. To pani raport, poznaje pani? Po tym eksperymencie oni nie mogli już kraść cukru. Pozostaje nam tylko jedna możliwość – specjalnie położyła pani całą operację.
- A może rozpatrzymy jeszcze inne wersje? – powiedziała żałośnie Arina. – Na przykład…
- Na przykład – donos pani przyjaciółki Luizy – zaproponował Edgar. – Luiza twierdziła, że w czasie operacji zobaczyła przypadkiem, jak kontaktuje się pani z nierozpoznanym Jasnym magiem – obok trybun hipodromu. Podobno długo o czymś dyskutowaliście, targowaliście się, a potem Jasny wręczył pani jakiś pakunek, pani skinęła głową i uścisnęliście sobie ręce. Luiza usłyszała nawet zdanie: „Zrobię tak, że nim rok upłynie…” Przypominam, że w czasie eksperymentu miała pani zakaz kontaktowania się z Innymi. Czy tak?
- Tak – przyznała Arina i pochyliła głowę. – Luiza żyje?
- Niestety nie – odrzekł Edgar. – Ale jej zeznania zostały zaprotokołowane.
- Szkoda… – wymruczała Arina, nie precyzując, czego konkretnie żałuje. Ale nietrudno się domyślić, że Luiza i tak miała sporo szczęścia.
- Może mi pani powie, z jakim to Jasnym się pani kontaktowała? Co obiecała pani zrobić i co pani za to otrzymała?
Arina pokręciła głową, uśmiechnęła się do mnie z goryczą.
- Co to za pech mnie prześladuje… Zawsze wpadam na drobiazgach… jak z tym czajnikiem…
- Arino, jestem zmuszony zabrać panią na dalsze przesłuchanie – oznajmił Edgar. – W imieniu Inkwizycji…
- Spróbuj, drugorangowy! – prychnęła drwiąco Arina… i zniknęła!
- Weszła w Zmrok! – krzyknąłem, odrywając się od ściany i szukając wzrokiem swojego cienia. Edgar zawahał się, jeszcze sprawdzał, czy wiedźma nie rzuciła iluzji.
Na pierwszym poziomie znaleźliśmy się niemal jednocześnie. Zerknąłem na Edgara z pewną obawą – w kogo przemieni go świat Zmroku?
Ale nie, prawie się nie zmienił. Tylko włosy miał teraz rzadsze.
- Głębiej! – machnąłem energiczną ręką. Edgar poruszył głową, podniósł dłoń do twarzy i ta dłoń jakby go wessała.
Inkwizytorskie sztuczki…
Na drugim poziomie, gdzie domek przemienił się w chatę, zatrzymaliśmy się i popatrzyliśmy na siebie. Ariny rzecz jasna nie było.
- Weszła na trzeci poziom… - szepnął Edgar. Jego włosy zniknęły zupełnie, czaszka wydłużyła się jak kacze jajo. Poza tym wyglądał całkiem zwyczajnie.
- Możesz? – zapytałem.
- Raz mi się udało – wyznał szczerze Edgar. Od naszych oddechów płynęła para. Nie było bardzo zimno, ale napływał wilgotny chłód…
- Ja też – przyznałem się.
Wahaliśmy się jak zarozumiali pływacy, którzy nagle uświadomili sobie, że rzeka jest bardzo rwąca i zimna. Żaden z nas nie miał odwagi zrobić pierwszego kroku.
- Antoni… pomożesz? – zapytał w końcu Edgar.
Skinąłem głową. Gdybym nie chciał mu pomóc, po co wchodziłbym w Zmrok?
- Chodźmy – powiedział Inkwizytor, w skupieniu patrząc pod swoje nogi.
Kilka chwil później znaleźliśmy się na trzecim poziomie, gdzie tak właściwie powinni się pchać jedynie magowie pierwszego stopnia.
Wiedźmy nie było.
- Ale z niej spryciara… – szepnął Edgar, rozglądając się. Dom-szałas rzeczywiście robił wrażenie. – Antoni… ona sama go budowała. Może tu długo przebywać…
Powoli – przestrzeń stawiała opór – podszedłem do ściany. Rozsunąłem gałęzie, rozejrzałem się.
To wcale nie przypominało ludzkiego świata.
Po niebie płynęły stalowe obłoki – jak stalowe opiłki w glicerynie. Zamiast słońca wysoko w górze rozpływała się purpurowo-ognista plama – jedyna barwna plama w szarym mroku. Aż po horyzont ciągnęły się powykręcane niskie drzewa, z których wiedźma zbudowała swoje domostwo. Zresztą, czy to w ogóle były drzewa? Żadnych liści, jedynie splecione gałęzie…
- Antoni, ona zeszła głębiej… jest poza kategoriami… - powiedział stojący za mną Edgar. Odwróciłem się i popatrzyłem na maga. Ciemnoszara skóra, łysa, wydłużona czaszka, zapadnięte, ale ludzkie oczy. – Jak wyglądam? – Edgar wyszczerzył się w uśmiechu. Niepotrzebnie – zęby miał spiczaste, ostre, jak rekin.
- Nie za bardzo – wyznałem. – Pewnie i ja nie lepiej?
- To tylko iluzja – odparł niedbale Edgar. – Trzymasz się?
Trzymałem się. Drugie zanurzenie w głębiny Zmroku było łatwiejsze.
- Musimy zejść na czwarty poziom! – powiedział Edgar. W jego oczach płonął ogień fanatyzmu.
- A co, jesteś magiem poza kategoriami? – odparłem sceptycznie. – Edgarze, nawet stąd jest mi ciężko wrócić!
- Możemy połączyć siły, patrolowy!
- Jak? – stropiłem się. Istnieje pojęcie kręgu Siły, ale to rzecz niebezpieczna i wymaga co najmniej trzech Innych… Poza tym, jak połączyć Ciemną i Jasną Siłę?
- To już mój problem! – Edgar energicznie pokręcił głową. – Antoni, w przeciwnym razie ona ucieknie! Ucieknie na czwartym poziomie! No zaufaj mi!
- Ciemnemu?
- Inkwizytorowi! Jestem Inkwizytorem, rozumiesz? Antoni, zaufaj mi, rozka… - Edgar zamilkł i już innym tonem dokończył: - Proszę cię!
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Hazard? Zapał łowcy? Pragnienie schwytania wiedźmy, która zgubiła tysiące ludzi? Prośba Inkwizytora?
A może zwykła ciekawość, pragnienie zobaczenia czwartej warstwy Zmroku? Najtajniejszych głębin, gdzie nawet Heser nieczęsto zagląda, gdzie jeszcze nigdy nie była Swietłana?
- Co mam zrobić? – zapytałem rzeczowo.
Twarz Edgara rozjaśnił uśmiech. Wyciągnął rękę – jego palce kończyły się teraz haczykowatymi szponami – i powiedział:
- W imieniu Traktatu, równowagi, której strzegę… wzywam Światło i Ciemność… proszę o Siłę… W imieniu Ciemności!
Pod jego ponaglającym wzrokiem, ja również wyciągnąłem rękę i powiedziałem:
- W imieniu Światła…
Trochę przypominało to przysięgę między Jasnym i Ciemnym, ale tylko trochę. Na mojej dłoni nie zapłonął jasny płomyk, na dłoni Edgara nie pojawił się strzęp ciemności. Wszystko wydarzyło się na zewnątrz – szary, rozpływający się świat nagle zyskał ostrość. Nie pojawiły się kolory, nadal byliśmy w Zmroku, ale za to pojawiły się cienie. Jak na ekranie telewizora, gdy zupełnie usunie się kolor i doda kontrastu.
- Nasze prawo zostało uznane – szepnął Edgar, rozglądając się. Jego twarz promieniała. – Uznano nasze prawo, Antoni!
- A gdyby nie uznano? – spytałem podejrzliwie.
Edgar skrzywił się i odparł wymijająco:
- Różnie bywało… Ale jednak uznano! Idziemy!
W nowym, kontrastowym Zmroku łatwiej było się poruszać. Podniosłem swój cień z taką łatwością, jakbym robił to w zwykłym świecie.
I znalazłem się tam, gdzie mogą przebywać jedynie magowie poza kategoriami.
Drzewa – jeśli to były drzewa – zniknęły. Świat stał się równy i płaski, niczym średniowieczny naleśnik Ziemi, spoczywający na trzech wielorybach. Żadnej rzeźby terenu – bezkresna piaszczysta równina. Pochyliłem się, przesypałem między palcami garść piasku. Piasek był szary – taki, jaki powinien być piasek w Zmroku. Ale w tej szarości widać było rodzące się barwy – przydymiony perłowy, kolorowe iskierki, złociste drobinki…
- Uciekła – powiedział Edgar tuż nad moim uchem i wyciągnął rękę, niespodziewanie długą i cienką, wskazując coś.
Popatrzyłem w tym kierunku i zobaczyłem – bardzo, bardzo daleko (tylko na równinie możliwa jest widoczność na taką odległość) pędzącą szarą postać. Wiedźma sadziła ogromne susy, wzbijała się w powietrze, przelatywała nad ziemią z dziesięć metrów, rozkładając ręce i śmiesznie przebierając nogami, jak radosne dziecko biegnące w podskokach po wiosennej łące.
- Wypiła swoje ziele? – domyśliłem się. To było jedyne wytłumaczenie tych susów.
- Tak. Nie na darmo je warzyła – odparł Edgar. Po czym zamachnął się i rzucił coś w stronę Ariny.
W stronę wiedźmy pomknęło kilkanaście niewielkich ognistych kul. Zbiorowy fireball – zwykłe zaklęcie bojowe Patroli, tym razem w jakiejś szczególnej, inkwizytorskiej wersji.
Kilka pocisków wybuchło, nie dolatując do wiedźmy. Jeden ostro przyspieszył, dogonił ją, uderzył w plecy i wybuchł. Wiedźmę otulił ogień, ale płomień od razu opadł, a wiedźma, nie odwracając się, rzuciła coś za siebie – i w tym miejscu powstała kałuża połyskliwego, rtęciowej płynu. Gdy pozostałe pociski znalazły się nad kałużą straciły prędkość, spadały w dół, do kałuży i znikały.
- Wiedźmowskie sztuczki – mruknął ze wstrętem Edgar. – Antoni!
- No? – powiedziałem, nie odrywając wzroku od znikającej w oddali wiedźmy.
- Musimy się wycofać. Otrzymaliśmy Siłę wyłącznie do schwytania wieźmy, a polowanie już się skończyło. Nie dogonimy jej.
Popatrzyłem w górę. Nie było tu tej purpurowej plamy, która płonęła w poprzedniej warstwie Zmroku. Całe niebo miał jednolitą różowo-białą barwę.
Jakie to dziwne, że pojawiają się tu kolory…
- Edgar, są jeszcze inne poziomy? – zapytałem.
- Zawsze są – Edgar zaczął się denerwować. – Chodźmy, Antoni! Musimy wracać, w przeciwnym razie ugrzęźniemy tu!
Świat wokół nas zaczynał tracić kontrastowość, pokrywał się szarą mgiełką. Ale kolory nie znikały – piasek nadal był perłowy, a niebo różowe.
Czując na skórze szczypiący chłód Zmroku, wróciłem za Edgarem na trzecią warstwę. Jakby tylko na to czekając, świat ostatecznie wyblakł i poszarzał, wypełnił się zimnym wiatrem. Ja i Edgar trzymaliśmy się za ręce – nie dla wymiany Siły, bo to prawie niemożliwe, ale żeby utrzymać się na nogach – i kilka razy próbowaliśmy wrócić na drugi poziom. Wokół nas z ledwie słyszalnym trzaskiem łamały się drzewa, przechylał się wiedźmowski szałas, a my ciągle szukaliśmy swoich cieni. Nawet nie wiem, w którym momencie Zmrok otworzył się i wypuścił nas na drugim poziom – niemal przywykły, niemal zupełnie nieszkodliwy…
…Siedzieliśmy na czystej, wyszorowanej do białości podłodze i czuliśmy się jednakowo źle – on, Ciemny Inkwizytor i ja, Jasny patrolowy.
- Masz – Edgar wsunął rękę do kieszeni marynarki, wyjął tabliczkę czekolady „Gwardyjska”.
- A ty? – zapytałem, zrywając opakowanie.
- Mam drugą – Edgar długo grzebał w kieszeniach, wreszcie wyjął następną czekoladę, tym razem „Natchnienie”.
Przez jakiś czas łapczywie jedliśmy. Zmrok zupełnie nas wyczerpał; wyciągnął z nas nie tylko siłę magiczną, ale również i tę zwykłą, na banalnym poziomie glukozy w krwi. To jedna z tych nielicznych rzeczy, jakich dowiedziano się o Zmroku, stosując metody współczesnej nauki. Cała reszta to same zagadki.
- Edgarze, ile warstw ma Zmrok? – zapytałem.
Edgar zjadł kolejny kawałek czekolady i odpowiedział:
- Ja wiem o pięciu. Na czwartej byłem po raz pierwszy.
- A co jest na piątej?
- Wiem tylko tyle, że ona istnieje, patrolowy. Nic więcej. Nawet o czwartej nic nie wiedziałem.
- Tam się pojawia światło – powiedziałem. – Zupełnie inne. Prawda?
- Mhm… – mruknął Edgar. – Inne. To nie na nasz rozum, Antoni. Nie na nasze siły. Możesz być dumny, że byłeś na czwartym poziomie, nie wszyscy magowie pierwszego stopnia tam bywali.
- A wy, Inkwizytorzy?
- W wyniku służbowej konieczności możemy – przyznał Edgar. – Do Inkwizycji nie zawsze idą najsilniejsi, a przecież musimy mieć coś, co pozwoli nam poskromić maga poza kategoriami, któremu nagle odbiło. Prawda?
- Jeśli nagle odbije Heserowi czy Zawulonowi, niewiele wskóracie – powiedziałem. – Nawet z wiedźmą się nie udało…
Edgar zastanowił się i powiedział, że wobec Hesera czy Zawulona moskiewskie Biuro Inkwizycji faktycznie jest za słabe – ale tylko wtedy, gdy obaj złamią Traktat jednocześnie. W innym wypadku Heser będzie szczęśliwy, pomagając w neutralizacji Zawulona, a Zawulon z przyjemnością pomoże unieszkodliwić Hesera. Na tym opiera się Inkwizycja.
- I co teraz będzie z wiedźmą? – zapytałem.
- Zaczniemy jej szukać – odparł rzeczowo Edgar. – Skontaktowałem się już ze swoimi, okolica zostanie otoczona. W razie czego możemy na ciebie liczyć?
Zastanowiłem się.
- Nie, Edgarze – odparłem po namyśle. – Arina jest Ciemna. I rzeczywiście nieźle nawywijała siedemdziesiąt lat temu. Ale jeśli wykorzystali ją wtedy Jaśni…
- To będzie stał po swojej stronie – dokończył z niesmakiem Edgar. – Antoni, czy ty nie rozumiesz? Nie ma Światła czy Ciemności w czystej postaci. Oba nasze Patrole to tak jak demokraci i republikanie w Ameryce. Kłótnie, dyskusje, polemiki – a wieczorem wspólne koktajle.
- Jeszcze nie wieczór.
- Wieczór jest zawsze – powiedział ponuro Edgar. – Wierz mi, byłem posłusznym Ciemnym, dopóki mnie nie przycisnęło. Dopóki nie odszedłem do Inkwizycji. I wiesz, co teraz myślę?
- No?
- Siła nocy, siła dnia – to ta sama brednia. Nie widzę szczególnej różnicy między Zawulonem i Heserem. Ciebie lubię… tak po ludzku. Jak przejdziesz do Inkwizycji miło mi będzie z tobą pracować.
Uśmiechnąłem się.
- Werbujesz?
- Tak. Każdy patrolowy ma prawo przejść do Inkwizycji. Nikt nie może cię zatrzymywać. Nikt nie ma prawa nawet próbować przekonywać cię do zmiany decyzji!
- Dziękuję, ale nie trzeba mnie przekonywać. Nie mam zamiaru przejść do Inkwizycji.
Edgar stęknął, wstał z podłogi i otrzepał garnitur, chociaż i tak nie było na nim nawet pyłka.
- Garnitur zaczarowany, co? – zapytałem.
- Po prostu umiem go nosić. I materiał porządny – Edgar podszedł do szafy, wyjął jakąś książkę, przekartkował. Potem drugą, trzecią… W końcu z zawiścią powiedział: - Co za biblioteka! Wąska specjalizacja, ale…
- Myślałem, że jest tu również Fuaran – wyznałem.
Edgar zaśmiał się tylko.
- C robimy z chatką? – zapytałem.
- No widzisz, nadal myślisz jak mój sprzymierzeniec! – zauważył Edgar. – Umieszczę zaklęcia strażnicze i osłonowe, co by tu jeszcze… Za dwie, trzy godziny przybędą eksperci, sprawdzą wszystko dokładnie. To co, idziemy?
- Nie masz ochoty sam tu pogrzebać?
Edgar rozejrzał się uważnie i powiedział, że nie. W domku może być kilka nieprzyjemnych niespodzianek, zostawionych przez podstępną wiedźmę. Grzebanie w rzeczach silnej wiedźmy to zajęcie szkodliwe dla zdrowia… Niech już lepiej zrobią to specjaliści.
Poczekałem, aż Edgar rozwiesi wokół izdebki kilka zaklęć strażniczych – nie potrzebował mojej pomocy – i ruszyliśmy w stronę wsi.
Droga powrotna zajęła nam znacznie więcej czasu, jakby zniknęła jakaś nieuchwytna magia, pomagająca nam dotrzeć do domku wiedźmy. Za to teraz Edgar był znacznie bardziej rozmowny. Może moja pomoc skłoniła go do szczerości?
Opowiadał o swojej nauce w Inkwizycji, o tym, jak uczono go używać nie tylko Ciemnej Siły, ale również Jasnej. Mówił o innych „kursantach” Inkwizycji, wśród których były dwie ukraińskie Jasne czarodziejki, węgierski wilkołak, holenderski mag i wielu różnych Innych. Wspomniał, że plotki o magazynach Inkwizycji, zawalonych artefaktami są poważnie przesadzone, że artefaktów jest dużo, ale większość już dawno utraciła siłę magiczną i do niczego się nie nadaje. O jakichś imprezach i spotkaniach, które kursanci urządzali w czasie wolnym…
To wszystko było bardzo ciekawe, ale doskonale rozumiałem, po co Edgar mi to opowiada. Dlatego, jakby na przekór, zacząłem z nadmiernym entuzjazmem wspominać lata własnej nauki, różne zabawne przypadki z historii Nocnego Patrolu, bajki Siemiona…
Edgar westchnął i zmienił temat na neutralny. Chwilę później wyszliśmy do wsi i Inkwizytor zatrzymał się na brzegu lasu.
- Poczekam na swoich – powiedział. – Powinni zaraz tu być. Nawet Witezsław przełożył wyjazd i obiecał zajrzeć.
Jakoś nie miałem ochoty ponownie zapraszać Edgara do swojego domu, zwłaszcza w towarzystwie Wyższego wampira. Skinąłem głową i zapytałem:
- Jak myślisz, jak się to wszystko dalej potoczy?
- Podniosłem alarm dość wcześnie, wiedźma nie powinna się nam wymknąć – westchnął Edgar. – Zaraz dołączą tropiciele… Wszystko sprawdzimy; Arina zostanie aresztowana i osądzona. Niewykluczone, że zostaniesz wezwany w charakterze świadka.
Nie podzielałem optymizmu Edgara, ale jedynie skinąłem głową. W końcu on najlepiej wie, na co stać Inkwizycję.
- A wilkołaki? – spytałem jeszcze.
- To chyba prerogatywa Nocnego Patrolu? – odparł Edgar. – Jeśli się na nich natkniemy, damy wam znać, a nie zamierzamy specjalnie ganiać po lesie. Zresztą, dlaczego myślisz, że one jeszcze tu są? Może to zwykli przyjezdni, wyskoczyli na kilka dni na wieś, żeby sobie zapolować i wrócili do miasta. Trzeba staranniej kontrolować podopiecznych, Antoni.
- A mnie się wydaje, że one nadal tu są… – wymruczałem. Naprawdę tak myślałem, ale nie potrafiłem wyjaśnić, skąd ta pewność. We wsi czysto… a wilkołaki rzadko spacerują w wilczych ciałach dłużej niż dobę.
- Sprawdź sąsiednie wioski – poradził Edgar. – Na przykład tę, do której wiedźma chodziła po zakupy. Zresztą, czy ja wiem, czy warto? Po nieudanym polowaniu one zwykle kładą uszy po sobie i gdzieś się zaszywają… znam ich naturę.
Pokiwałem głową – rada, choć tak oczywista, była dobra. Powinienem był od razu przejechać się po okolicy, a nie bawić się w polowanie na wiedźmy. Detektyw od siedmiu boleści… Fuaran się zainteresował… Należy więcej uwagi poświęcać nudnej, banalnej pracy; profilaktyce przestępstw – jak słusznie deklarowano w czasach Związku Radzieckiego.
- Powodzenia, Edgarze – powiedziałem.
- Tobie również, Antoni – Edgar zastanowił się i dodał: - A właśnie, przy okazji. W tę sprawę z wiedźmą zamieszane są oba Patrole, ty jakby reprezentujesz interesy Nocnego, podejrzewam, że Zawulon też kogoś przyśle… w celu rozwiązania sytuacji.
Westchnąłem. Im dalej, tym gorzej.
- Nawet się domyślam, kogo – mruknąłem. – Najwyraźniej robienie mi drobnych świństw sprawia Zawulonowi szczególną przyjemność.
- Ciesz się, że nie robi ci grubszych świństw – powiedział ponuro Edgar. – A te drobne znoś pokornie. Człowiek nie jest w stanie zmienić swojej natury; skoro twój przyjaciel był Ciemnym, to Ciemnym umrze.
- Kostia już umarł. I nie jest człowiekiem, tylko wampirem. Innym.
- Co za różnica? – Edgar wsunął ręce do kieszeni drogich spodni, które tak wspaniale umiał nosić i przygarbił się, patrząc na opadające za horyzont czerwone słońce. – Wszystko jest wspólne w tym świecie, patrolowy…
No naprawdę, praca w Inkwizycji odciska na Innych swoje piętno… Zaczynają patrzeć na świat przez pryzmat nihilizmu…
- Powodzenia – powtórzyłem i zacząłem schodzić ze wzgórza. A Edgar, bezlitośnie gniotąc garnitur, położył się na trawie i zapatrzył w niebo.
Rozdział 6
W połowie drogi do domu spotkałem Ksiuszę i Romka – dzieci szły po pylistej dróżce, trzymając się za ręce. Pomachałem im i Ksiusza od razu zawołała:
- A pana Nadiuszka poszła z babką nad rzekę!
Uśmiechnąłem się. Nieczęsto zdarzało się, żeby o Ludmile Iwanowna ktoś mówił per „babcia”. Jak każda pięćdziesięcioletnia Moskwiczanka, Ludmiła Iwanowna nie znosiła tego określenia.
- Dobrze, niech sobie spacerują – powiedziałem.
- Znalazł pan już wilki? – zapytał jeszcze Romka.
- Uciekły gdzieś twoje wilki – odparłem.
Chociaż, może w ramach psychoterapii powinienem powiedzieć, że je schwytałem i oddałem je do zoo? Zresztą, nie wyglądało na to, żeby chłopiec traumatycznie przeżył tamto spotkanie z wilkołakami. Arina naprawdę się postarała…
Kłaniając się nielicznym spotkanym po drodze mieszkańcom wioski, dotarłem do naszego domu. Swietłana okupowała mój hamak – z butelką piwa i książką Fuaran – prawda czy mit? otwartą na ostatnich stronach.
- Ciekawe? – zapytałem.
- Tak – skinęła głową Swietłana, pijąc piwo prosto z butelki. – W każdym razie weselsze niż „Tatuś Muminka i morze”. Wiesz, dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego kiedyś nie wydawano u nas wszystkich książek o Muminkach. Te ostatnie absolutnie nie nadają się dla dzieci. Mam wrażenie, że autorka była wtedy strasznie przygnębiona.
- Pisarz też ma prawo do przygnębienia.
- Jeśli pisze książki dla dzieci – to nie ma prawa! – odparła surowo Swietłana. – Książki dla dzieci powinny być dobre! W przeciwnym razie to tak, jak traktorzysta, który krzywo zaora pole i powie: a taki miałem parszywy humor, to sobie jeździłem w kółko. Albo lekarz, który przepisze choremu jednocześnie środek nasenny i przeczyszczający, i wzruszy ramionami: „Miałem chandrę, to pomyślałem, że się trochę rozerwę”.
Swieta sięgnęła do stołu i odłożyła fałszywy Fuaran.
- Surowi jesteście, matko – pokręciłem głową.
- Takam surowa, bom matka – odparła Swietłana w tym samym duchu i zaśmiała się. – Żartuję. Wszystkie książki o Muminkach są piękne, tylko te ostatnie bardzo smutne.
- Nadia z mamą poszły nad rzekę – oznajmiłem.
- Spotkałeś je?
- Nie, wiem od Oksany. Tak i tak, mówi, pana Nadia poszła z babką na spacer…
Swietłana parsknęła śmiechem i od razu zrobiła straszną minę.
- Tylko nie powtarzaj tego przy mamie, bo się zdenerwuje!
- Co ja, kamikadze?
- Opowiedz lepiej, jak tam wasza wyprawa?
- Wiedźma uciekła – westchnąłem. – Ścigaliśmy ją do czwartego poziomu Zmroku, ale uciekła…
- Do czwartego? – Swietłanie rozbłysły oczy. – Mówisz poważnie?
Usiadłem obok niej, hamak zakołysał się niezadowolony, drzewa skrzypnęły, ale wytrzymały. Pokrótce opowiedziałem nasze przygody.
- Nigdy nie byłam na czwartym… - powiedziała w zadumie Swietłana. – Ciekawe… I mówisz, że znowu pojawiają się tam kolory?
- Wydawało mi się nawet, że zapachy.
Swietłana skinęła z roztargnieniem głową:
- Tak, krążą takie pogłoski… ciekawe…
Przez kilka sekund milczałem, potem powiedziałem:
- Swieta, powinnaś wrócić do Patrolu.
Swietłana, o dziwo, nic nie powiedziała. Ośmielony, mówiłem dalej:
- Nie można żyć na pół gwizdka. Wcześniej czy później…
- Nie mówmy o tym, Antoni. Nie chcę być Wielką Czarodziejką – Swietłana uśmiechnęła się. – Mała codzienna magia, to wszystko, czego potrzebuję.
Stuknęła furtka – wróciła Ludmiła Iwanowna. Zerknąłem na nią, odwróciłem wzrok, a potem popatrzyłem znowu, z niedowierzaniem.
Moja teściowa promieniała. Zupełnie jakby właśnie obsztorcowała jakąś nieuprzejmą sprzedawczynię, znalazła na ulicy sto rubli i widziała się ze swoim ulubionym Jakubowiczem. Nawet szła inaczej – lekko, z wyprostowanymi ramionami i uniesionym podbródkiem. Uśmiechała się radośnie i coś półgłosem nuciła…
Aż pokręciłem głową. Teściowa uśmiechnęła się do nas serdecznie, pomachała ręką i minęła w odległości dwóch kroków, zmierzając w stronę domu.
- Mamo! – krzyknęła Swietłana, zrywając się z hamaka. – Mamo!
Teściowa zatrzymała się i popatrzyła na nas – z tym samym rozanielonym wyrazem twarzy.
- Wszystko w porządku, mamo? – zapytała podejrzliwie Swietłana.
- Jak najbardziej – odparła uprzejmie Ludmiła Iwanowna.
- Mamo, a gdzie Nadiuszka? – zapytała Swietłana, podnosząc głos.
- Spaceruje z przyjaciółką – odparła spokojnie moja teściowa.
Drgnąłem, a Swietłana krzyknęła:
- Mamo?! Przecież już wieczór! Dzieci nie powinny chodzić same! Z jaką przyjaciółką?
- Z moją przyjaciółką – wyjaśniła teściowa, nie przestając się uśmiechać. – Nie bój się, nie bój, co to ja, rozumu nie mam, żeby dziecko samo puszczać?
- Z jaką twoją przyjaciółką? – krzyknęła Swietłana. – Co się z tobą dzieje, mamo? Z kim jest Nadia?
Uśmiech powoli spełzał z twarzy teściowej, ustępując miejsca niepewności.
- Z tą… z tą… - Ludmiła Iwanowna zmarszczyła brwi. – Z Ariną… Moja przyjaciółka, Arina… Przyjaciółka?
Nie zdążyłem zobaczyć, co zrobiła Swietłana. Po mojej skórze przebiegł chłód rozciętego Zmroku, Swietłana lekko pochyliła się w stronę matki, a ta znieruchomiała, otwartymi ustami łykając powietrze.
Ciężko jest czytać myśli innych ludzi, znacznie łatwiej skłonić ich do mówienia. Ale w przypadku bliskich krewnych można od nich przejąć informacje tak samo, jak Inni robią to między sobą, żeby zaoszczędzić czas.
Zresztą, nie potrzebowałem już informacji. Wszystko zrozumiałem.
Nawet nie czułem strachu, jedynie pustkę. Jakby cały świat wokół mnie zlodowaciał i znieruchomiał.
- Idź spać! – poleciła matce Swietłana. Ludmiła Iwanowna odwróciła się i krokiem zombi poszła do domu.
Swieta popatrzyła na mnie. Twarz miała bardzo spokojną i to nie pozwalało mi wziąć w garść. Mężczyzna czuje się znacznie silniejszy, gdy jego kobieta jest przestraszona.
- Podeszła i dmuchnęła – powiedziała Swietłana. – Wzięła Nadiuszkę za rękę i poszła z nią do lasu! – wypaliła Swietłana. – A ta… jeszcze przez godzinę spacerowała sam, kretynka jedna!
Wtedy zrozumiałem, że Swietłana jest na krawędzi histerii.
I wziąłem się w garść.
- Jakie miała szanse przeciwko wiedźmie? – ująłem Swietę za ramiona, potrząsnąłem. – Twoja matka jest tylko człowiekiem!
W oczach Swietłany błysnęły łzy i od razu znikły. Odsunęła mnie łagodnie i powiedziała:
- Odsuń się, Antoni, bo cię zahaczy… ja muszę… a ty i tak ledwie trzymasz się na nogach…
Nie spierałem się. Po ostatniej wycieczce w Zmrok byłem zupełnie wypruty. Prawie nie było we mnie Siły i nie miałem czym podzielić się ze Swietłaną.
Odszedłem na kilka metrów, objąłem rękami pień emerytowanej jabłoni i zamknąłem oczy.
Świat wokół mnie drgnął.
Poczułem, jak poruszył się Zmrok.
Swietłana nie czerpała Siły z otaczających ją ludzi, jak zrobiłbym ja. Wystarczyła jej własna Siła, do tej pory uparcie negowana, niewykorzystana… lecz gromadząca się. Podobno po porodzie kobiety-Inne odczuwają kolosalny przypływ sił, a ja nie dostrzegłem wtedy jakichś szczególnych zmian w Swietłanie… Wszystko gdzieś znikało, kryło się, zbierało… jak uświadomiłem sobie teraz – na czarną godzinę.
Świat tracił barwy. Zrozumiałem, że zapadał się w Zmrok, na pierwszy poziom; natężenie magii było tak duże, że to, co miało jakikolwiek związek z magią nie mogło utrzymać w zwykłej ludzkiej rzeczywistości. Przez drewniany stół przeleciała i ciężko pacnęła na ziemię książka Fuaran – prawda czy mit? Trzy domy dalej na dachu zapaliły się i natychmiast spłonęły wielkie kawały sinego mchu, emocjonalnego pasożyta Zmroku.
Swietłana, otulona białym lśnieniem, szybko poruszyła rękami, jakby tkała. Chwilę później „przędza” zaczęła być widoczna – od jej palców odrywały się cienkie, jakby pajęcze nitki i rozlatywały, gnane nieistniejącym wiatrem. Wokół Swietłany przez chwilę szalała zamieć – i szybko ucichła, gdy tysiące połyskliwych nici pofrunęło na wszystkie strony świata.
- Co? – zawołałem. – Swieta!
Znałem zaklęcie, którego właśnie użyła. Nawet sam mógłbym rozrzucić „śnieżną pajęczynę”, może nie tak efektownie i szybko, ale…
Swietłana nie odpowiadała. Podniosła ręce ku niebu, jak w modlitwie. Ale my nie wierzymy ani w bogów, ani w Boga. Jesteśmy swoimi własnymi bogami i swoimi własnymi demonami.
Od dłoni Swietłany oderwała się i majestatycznie popłynęła ku niebu tęczowa kula, olbrzymia bańka mydlana. Bańka rozszerzała się, wirując powoli wokół własnej osi. Ciemnoczerwona plama na przezroczystym tęczowym pęcherzu przywoływała na myśl planetę Jowisz. Przy którymś obrocie czerwona plama znalazła się naprzeciwko mnie; poczułem parząco-zimne muśnięcie, jakby podmuch lodowatego wichru.
Swietłana zrobiła „oko maga”. Nic dziwnego, pierwszy stopień… Ale żeby stworzyć je tak od razu po „śnieżnej pajęczynie”?!
Trzecie zaklęcie było niesamowicie szybkie – zrozumiałem, że Swietłana od dawna trzymała w je pogotowiu, na takie właśnie okazje. Swieta wypuściła z dłoni stadko widmowych matowobiałych ptaków. Można by je nazwać gołębiami, gdyby nie dzioby – duże, ostre, drapieżne.
Tego zaklęcia w ogóle nie znałem.
Swieta opuściła ręce i Zmrok od razu się uspokoił. Podpełzł do nas, musnął skórę ostrożnym chłodem.
Wyszedłem do zwykłego świata.
Swietłana również.
W ludzkim świecie niewiele się nie zmieniło. Okładka leżącej na ziemi książki nawet nie zdążyła się zamknąć. W całej wsi wyły, szczekały i skomlały psy.
- Swieta, no i co? – rzuciłem się do niej.
Odwróciła się do mnie, wzrok miała zamglony. Jej niewidoczni magiczni posłańcy, nim się rozwiali, z odległości setek kilometrów wysyłali swoje ostatnie meldunki.
Wiedziałem, jakie.
- Pusto – szepnął Swietłana. – Wszędzie pusto. Ani Nadiuszki… ani wiedźmy.
W jej oczach znowu pojawiło się życie. Magiczna pajęczyna spadła na ziemię, rozpłynęły się białe ptaki, pękła w niebie tęczowa bańka mydlana.
- Wszędzie pusto – powtórzyła Swietłana. – Antoni… trzeba… musimy się uspokoić.
- Nie mogła uciec daleko – zawyrokowałem. – I na pewno nie zrobiła Nadii nic złego!
- Wzięła ją jako zakładniczkę? – zapytała Swietłana z nadzieją.
- Cały teren otoczyła Inkwizycja. Oni mają swoje własne metody i nawet Arina nie zdołała przedostać się przez okrążenie.
- Tak… - szepnęła Swietłana. – Wszystko jasne.
- Żeby uciec, będzie potrzebowała pomocy – mówiłem dalej, przekonując siebie i Swietłanę. – A po dobroci jej nie dostanie. Dlatego zdecydowała się nas zaszantażować.
- Zdołamy spełnić jej żądania? – Swietłana od razu wzięła byka za rogi, nie pytając nawet, czy będziemy je spełniać… A jaki mamy wybór? Pewnie, że spełnimy, jeśli tylko zdołamy.
- Trzeba poczekać na żądania…
Swietłana skinęła głową.
- Tak… Poczekać. Tylko na co, na telefon?
I w tej samej chwili popatrzyła na okno sypialni i uniosła rękę.
Sekundę później wyleciał z sypialni podarowany przez Arinę grzebień, rozbijając szybę w oknie. Swietłana wzięła go do ręki z takim obrzydzeniem, jakby brała ohydnego owada, przez kilka sekund przyglądała mu się, a potem krzywiąc się, przesunęła nim po włosach.
Rozległ się cichy, dobroduszny śmieszek i w moim mózgu głos Ariny powiedział:
- Witaj, moja miła. Ot i się poznałyśmy. Przydał się podarunek, co?
- Zapamiętaj, stara jędzo… - zaczęła Swietłana, trzymając grzebień przed sobą.
- Wiem, wiem, kochana. Wszystko wiem i rozumiem. Jeśli Nadieńce spadnie włos z głowy, znajdziesz mnie na końcu świata, z piątej warstwy Zmroku wyciągniesz, żyły wyprujesz, na kawałki pokroisz, solą posypiesz i świniom dasz. Wszystko wiem, co chcesz mi powiedzieć. I wierzę – tak właśnie zrobisz.
Głos Ariny był bardzo poważny. Wiedźma nie drwiła, lecz całkiem poważnie wyjaśniała, co Swietłana powinna z nią zrobić. Swietłana nie wypuszczała z rąk grzebienia, a gdy wiedźma umilkła, powiedziała:
- Dobrze. W takim razie nie traćmy czasu. Chcę porozmawiać z Nadiuszką.
- Nadieńka, powiedz mamie: cześć – poprosiła Arina.
Usłyszeliśmy wesoły głosik:
- Cześć!
- Nadiusza, wszystko w porządku? – zapytała ostrożnie Swietłana.
- Tak! – powiedziała Nadia.
Zaraz potem wtrąciła się Arina.
- Czarodziejko, nie zrobię krzywdy twojej córeczce, jeśli ty sama nie narobisz głupstw. Niedużo od was chcę – wyprowadźcie mnie za kordony i dostaniecie swoją córkę z powrotem.
- Arino – powiedziałem, biorąc Swietłanę za rękę. – Okolicę otoczyła Inkwizycja. Rozumiesz to?
- Gdybym nie rozumiała, nie prosiłabym o pomoc – odparła sucho Arina. – Myśl, czarodzieju! W każdym płocie jest słabsza sztacheta, w każdej sieci znajdzie się większe oko. Wyprowadź mnie, a ja oddam ci córkę.
- A jeśli nie zdołam?
- Wtedy będzie mi wszystko jedno – powiedziała Arina. – Będą się przedzierać siłą. A waszą córkę – bez urazy – zabiję.
- Po co? – zapytałem bardzo spokojnie. – Co ci to da?
- Jak to co? – zdumiała się Arina. – Jeśli się przedrę, to następnym razem każdy będzie wiedział, że ze mną żartów nie ma. Poza tym, wiem, kto lubi załatwiać brudną robotę cudzymi rękami. On zapłaci za śmierć waszej córki.
- Spróbujemy – oznajmiła Swietłana, mocno ściskając moją rękę. – Słyszysz, wiedźmo? Nie rób krzywdy dziecku, uratujemy cię!
- No to umowa stoi – powiedziała Arina. – Kombinujcie, jak mam się wydostać z okrążenia, macie trzy godziny. Jak wymyślisz wcześniej, czarodziejko, to weź swój grzebień i uczesz się.
- Tylko nie rusz Nadieńki! – krzyknęła Swietłana; głos jej drgnął. A potem zrobiła lekki gest lewą ręką.
Grzebień pokrył się warstewką lodu. Swietłana rzuciła go na stół, mruknęła:
- Stara jędza. Antoni?…
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, jakby przerzucając piłeczkę inicjatywy.
W końcu się odezwałem:
- Swieta, ryzyko jest ogromne. W otwartej walce nas nie pokona i dlatego oddanie Nadii oznacza dla niej wystawienie się na cios.
- Znajdziemy jej korytarz… wyjście – szepnęła moja żona. – Niech wyjdzie poza granice okrążenia i zostawi Nadię, ja ją szybko znajdę. Może nawet wyjechać innego miasta i tam zostawić Nadię! Otworzę jej przejście… wiem jak. Zdołam! Będę tam w ciągu minuty!
- No dobrze – skinąłem głową. – Ale co dalej? Wiedźma nie zdoła daleko uciec, a jak tylko Nadia będzie z nami, zapragniesz dopaść Arinę i ubezcieleśnić ją.
Swietłana skinęła głową:
- Nie ubezcieleśnić, tylko rozerwać na kawałki. No tak, czyli rozsądna wiedźma powinna skorzystać z naszej pomocy, ale i tak zabić Nadię. Antoni, co mamy robić? Wezwać Hesera?
- A jeśli ona poczuje?
- Zadzwonić? – zaproponowała Swietłana.
Zastanowiłem się i skinąłem głową. Przecież Arina bardzo długo przebywała w śpiączce… Czy wpadnie na to, że możemy skontaktować się z Heserem nie przy pomocy magii, lecz banalnej techniki, dzwoniąc na zwykły telefon komórkowy?
Telefon Swietłany był w domu, wyjęła go tym samym niedbałym gestem, co grzebień. Popatrzyła na mnie jeszcze raz, skinąłem głową.
Czas prosić o pomoc. Czas żądać pomocy – pomocy całej potęgi moskiewskiego Nocnego Patrolu. Przecież Heser na pewno liczy na Nadię w przyszłości…
- Poczekajcie! – zawołał ktoś od furtki.
Odwróciliśmy się, może zbyt gwałtownie podnosząc ręce do pozycji bojowej. Dla mnie i Swietłany świat przestał być zwykłym ludzkim światem, teraz żyliśmy w świecie Innych, niebezpiecznym świecie, w którym o wszystkim decyduje siła zaklęć i szybkość reakcji.
Ale do walki nie doszło.
Przez furtką stał młody człowiek z trójką dzieci – dwóch chłopców i dziewczynka. Mężczyzna i dzieci mieli na sobie szarozielone ubrania, przypominające mundury rozgromionej armii. Mężczyzna mógł mieć dwadzieścia pięć lat, dzieci najwyżej dziesięć. Ojcem nie był, bratem raczej też nie – byli zupełnie niepodobni.
Łączyło ich tylko jedno – Ciemna aura. Dzika, kosmata, tak bardzo nie pasująca do sympatycznych twarzy i krótkich fryzur.
- Oto i nasze wilkołaki – mruknąłem.
Mężczyzna skłonił głowę, jakby potwierdzając mój domysł.
Ale ze mnie głupiec…
Szukałem dorosłego z trójką dzieci, a nie sprawdziłem obozu pionierskiego!
- Przyszliście się poddać? – spytała zimno Swietłana. – Źle trafiliście!
Wprawdzie byli słabymi Innymi, ale powinni wychwycić niedawny wir Siły, a także płynącą od Swietłany moc, która nie dawała żadnych szans wilkołakom, wampirom i innej magicznej drobnicy. Swieta mogłaby teraz wbić ich w ziemię jednym ruchem ręki.
- Poczekajcie – powiedział szybko mężczyzna. – Wysłuchajcie nas. Nazywam się Igor, jestem… jestem zarejestrowanym Ciemnym Innym szóstego stopnia.
- Miasto? – spytała krótko Swietłana.
- Siergiejew Posad.
- Dzieci? – kontynuowała przesłuchanie Swieta.
- Pietia ze Zwienigorodu, Anton z Moskwy, Gala z Kołomny…
- Zarejestrowani? – indagowała Swietłana. Gdyby Igor powiedział „nie”, jego los byłby przesądzony.
Chłopcy w milczeniu podnieśli bluzki. Dziewczynka zawahała się, ale też odpięła górny guzik.
Wszyscy mieli stemple.
- Niewiele ci to pomoże – burknęła Swietłana. – Idźcie do szopy i czekajcie na brygadę operacyjną. Opowiesz Trybunałowi, dlaczego poprowadziłeś szczeniaki na polowanie na ludzi.
Ale Igor pokręcił głową. Na jego twarzy malował się niepokój, ale miałem wrażenie, że on nie bał się o siebie!
- Zaczekajcie chwilę! Proszę was! To bardzo ważne! Macie córeczkę? Inną Jasną, mniej więcej dwu-, trzyletnią?
- Widzieliśmy, dokąd ją zaprowadzono – dodał cichutko chłopiec, mój imiennik.
Odsunąłem leciutko Swietłanę i wyszedłem do przodu.
- Czego chcecie? – zapytałem.
Wiedziałem, czego chcą wilkołaki i wilkołaki wiedziały, że my to wiemy. I najsmutniejsze było to, że one miały świadomość, że my zgodzimy się na ten handel.
Ale pozostawały pewne szczegóły do uzgodnienia.
- Chcemy zarzutu drobnego niedbalstwa – powiedział szybko Igor. – W czasie spaceru przypadkiem natrafiliśmy na dzieci i wystraszyliśmy je.
- Polowałeś na nie, zwierzu! – nie wytrzymała Swietłana. – Polowałeś ze szczeniakami na ludzkie dzieci!
- Nie! – Igor pokręcił głową. – Dzieciaki się rozhulały, chciały się pobawić z ludzkimi dziećmi. Podszedłem i odciągnąłem je. To moja wina, nie dopilnowałem…
Wszystko dobrze wyliczył. Nie mogłem udać, że nic takiego się nie wydarzyło, nawet gdybym chciał. Sprawie nadano bieg, teraz chodziło już tylko o zaklasyfikowanie tego wydarzenia. Usiłowanie zabójstwa – to niemal pewne ubezcieleśnienie Igora i surowy nadzór nad szczeniakami. Drobne niedbalstwo – to tylko protokół, mandat i kontrola dalszego zachowania.
- Dobrze – powiedziałem szybko, zanim Swietłana zdążyła się odezwać. – Jeśli nam pomożecie, będziesz miał swój zarzut.
Niech te słowa będą na mnie.
Igor odprężył się, widocznie spodziewał się długich targów.
- Opowiedz, Gala – poprosił dziewczynkę i wyjaśnił: – Ona to widziała, straszna wiercipięta, nie usiedzi długo w jednym miejscu…
Swietłana podeszła do dziewczynki, a jak gestem kazałem Igorowi odejść na bok. Znów się spiął, ale posłusznie poszedł za mną.
- Mam do ciebie kilka pytań – burknąłem. – I radzę ci odpowiadać szczerze.
Igor skinął głową.
- Jak udało ci się otrzymać prawo do inicjowania trójki obcych dzieci? – zapytałem, przełykając słówko „bydlaku”, które tak bardzo chciało się przykleić do końca zdania.
- Były skazane – odparł Igor. – Studiowałem na Akademii Medycznej i byłem na praktyce na onkologii dziecięcej… cała trójka umierała na białaczkę. Był tam również lekarz – Inny Jasny. To on złożył mi propozycję: ja inicjuję trójkę dzieci, przemieniam je w wilkołaki i one się uratują. A on z kolei otrzymuje prawo do uzdrowienia kilkunastu małych pacjentów.
Milczałem. Przypomniałem sobie tę sprawę sprzed roku. Niewiarygodny, bezprecedensowy przypadek wyraźnej zmowy Ciemnego i Jasnego, na który oba Patrole postanowiły przymknąć oczy. Jasny uratował dwadzieścioro dzieci, wykorzystał wyjątkową okazję autentycznego uzdrowienia, wyłożył wszystkie siły, ale uratował. Ciemni dostali trzy wilkołaki – rozsądna wymiana. I wszyscy szczęśliwi, nie wyłączając dzieci i ich rodziców. Potem przyjęto jakieś dodatkowe doprecyzowania Traktatu, żeby na przyszłości uniknąć podobnych wypadków. A o tym wydarzeniu postanowiono jak najszybciej zapomnieć…
- Osądzasz mnie? – zapytał Igor.
- Nie ja będę cię osądzał… - szepnąłem. – Dobrze. Bez względu na to, czym się kierowałeś… dobrze. Drugie pytanie: czemu ciągnąłeś dzieci na polowanie? Tylko teraz nie kłam! Polowałeś! Chciałeś złamać Traktat!
- Straciłem nad sobą panowanie – odparł spokojnie Igor. – Nie ma co wymyślać… Wziąłem szczeniaki na spacer, specjalnie wybrałem najbardziej głuchy kawałek lasu a tu nagle – dzieci! Żywe! Tak apetycznie pachnące… Wzięło mnie jak nie wiem… A co dopiero mówić o szczeniakach… Dopiero w tym roku złapały pierwszego królika, poznały smak krwi.
Igor uśmiechnął się – przepraszająco, niepewnie. I dodał:
- Gdy jesteś w ciele zwierzęcia, mózg zupełnie inaczej pracuje. Następnym razem będę ostrożniejszy.
- Dobrze – powiedziałem tylko.
A co innego mogłem powiedzieć? Teraz, kiedy życie Nadiuszki wisiało na włosku? Nawet jeśli kłamie, nie będę go przecież przesłuchiwał!
- Antoni! – zawołała Swietłana. – Łap!
Popatrzyłem na nią i w mojej głowie zawirowały obrazy.
Piękna kobieta w długiej sukni, kolorowej chustce na głowie…
Obok niej idzie dziewczynka… zostaje z tyłu… kobieta bierze ją na ręce…
Idą nad rzeką…
Trawa… wysoka trawa… czemu taka wysoka, wyższa ode mnie…
Skaczę przez strumień, na wszystkie cztery łapy, opuszczam nos do ziemi, łapię ślad…
Lasek, przechodzący w pole… rowy, kanały…
Zapach, jaki dziwny zapach płynie od tej ziemi… budzi niepokój, podkulam ogon…
Kobieta z dziewczynką na rękach schodzi do głębokiego okopu…
Z powrotem, z powrotem! Uciekać! To ta sama wiedźma, ta sama, to jej zapach…
- Co się dzieje? – spytała Swietłana. – Skoro są tak blisko, to czemu ich nie znalazłam?
- Pole bitwy – szepnąłem wytrząsając z głowy obrazy widziane przez dziewczynkę-wilczka. – Przecież tędy biegła linia frontu, ziemia przesiąknięta jest krwią. Trzeba szukać w konkretnym miejscu, żeby cokolwiek znaleźć. To tak, jakby wymacywać magią Kreml.
Igor podszedł do nas, taktownie odchrząknął.
- I jak, wszystko uczciwie? Poczekamy na śledczych w obozie, dobrze? A może nie będziemy się spieszyć, za tydzień skończy się turnus i sam stawię się w biurze Nocnego Patrolu, żeby złożyć wyjaśnienia…
Myślałem. Usiłowałem dopasować obrazy do mapy okolicy, która przywołałem w pamięci. Dwadzieścia kilometrów… Oho, Arina na pewno nie szła z Nadiuszką na piechotę. Wyprostowała drogę, wiedźmy to umieją. Samochodem ta nie dojedziemy, nie mam dżipa, a w całej wsi nie ma ani łady niwy, ani gazika. Najwyżej traktor…
Zresztą, możemy przecież wejść w Zmrok.
A jeszcze lepiej – zwiększyć swoją szybkość.
- Swieta – popatrzyłem jej w oczy. – Zostaniesz tutaj.
- Co? – stropiła się.
- Wiedźma nie jest głupia, nie da nam trzech godzin na myślenie. Skontaktuje się z nami wcześniej – i właśnie z tobą, po mnie nie spodziewa się żadnych wyczynów. Zostaniesz tutaj i gdy wiedźma się odezwie – porozmawiasz z nią. Powiedz, że ja poszedłem przygotować korytarz przez kordon… nakłam coś. A ja cię wezwę i odciągnę ją.
- Nie dasz rady! – powiedziała Swietłana. – Antoni, nie zdołasz jej schwytać! A ja nie wiem, jak szybko uda mi się otworzyć portal. Nawet nie wiem, czy zdołam! Przecież nie próbowałem, tylko o tym czytałam! Antoni!
- Nie będę sam – odparłem. – Prawda, Igor?
Igor pobladł i pokręcił głową.
- Hej, patrolowy… Nie tak się umawialiśmy!
- Umówiliśmy się, że pomożesz! – przypomniałem. – Nie precyzowaliśmy, co wchodzi w skład tej pomocy. To jak będzie?
Igor zerknął na swoich podopiecznych, skrzywił się boleśnie i westchnął.
- Łajdak z ciebie, patrolowy… Już wolałbym walczyć z magiem niż z wiedźmą! Przecież cała jej magia płynie od ziemi, ona od razu wali po żywemu…
- To nic, będziemy razem – mruknąłem. – W piątkę…
Szczeniaki – zmuszałem się do myślenia o nich jak o szczeniakach, nie jak o dzieciach – popatrzyły na siebie. Gala kuksnęła Pietię w bok, coś szepnęła.
- Po co ci one? – Igor podniósł głos. – Patrolowy! To przecież dzieci!
- Wilczęta-wilkołaki – poprawiłem. – Które omal nie pożarły dzieci. Chcesz odkupić swoją winę? Chcesz się obejść naganą? To nie ma co mleć ozorem!
- Wujku Igorze, my się nie boimy – odezwał się chłopczyk Pietia.
Mój imiennik poparł go:
- Jesteśmy z tobą.
Patrzyli na mnie spokojnie, bez urazy. Widać niczego innego się nie spodziewali.
- Przecież one nic nie potrafią – powiedział żałośnie Igor. – Patrolowy…
- To nic, wystarczy, że odwrócą uwagę wiedźmy. Przemieńcie się.
Swietłana odwróciła się, ale nic nie powiedziała.
Wilkołaki w milczeniu zaczęły się rozbierać. Tylko dziewczynka rozejrzała się zawstydzona i poszła za krzaki porzeczek, pozostali nie krępowali się.
Kątem oka spostrzegłem, że drogą idzie jakaś wiejska baba z wiadrem ziemniaków, pewnie wykopanych z kołchozowego pola. Widząc, że coś się dzieje za płotem przystanęła, ale ja postanowiłem nie ingerować. I tak jestem teraz w nie nienajlepszej formie, nie mogę tracić sił na gapiów. Muszę nauczyć się biegać. Szybko biegać, żeby nie zostawać w tyle za wilkołakami.
- Pomogę ci – powiedziała Swietłana. Przesunęła dłonią w powietrzu i poczułem, że ciało zaczyna mnie boleć a mięśnie nóg wypełniają się siłą. Od razu zrobiło mi się gorąco, jakby wszedł do za bardzo nagrzanej sauny. „Bieg” to proste zaklęcie, ale trzeba go używać bardzo ostrożnie. Jak zahaczysz mięsień serca, dostaniesz zawału.
Igor obok mnie zachrypiał i wygiął się, ręce i nogi na ziemi, grzbiet jakby złamany w połowie, wycelowany ku niebu. Oto, skąd się biorą te wszystkie bajki o konieczności przeskoczenia przez spróchniały pień… jego skóra pociemniała, pokryła się czerwonymi kropkami i zjeżyła mokrą, rosnącą szybko sierścią.
- Prędzej! – warknąłem. Powietrze wychodzące z moich ust było gorące i wilgotne, widziałem parę własnego oddechu, jak na mrozie. Ciało domagało się ruchu, ciężko mi było stać.
Pocieszało mnie tylko to, że wilkołaki pragnęły tego samego.
Duży wilk wyszczerzył się. Jako ostatnie zmieniały się zęby, w wilczej paszczy ludzkie zęby wyglądały śmiesznie i strasznie zarazem. Przemknęła mi przez głowę myśl, że wilkołaki muszą się obywać bez plomb i koronek. Zresztą, ich organizm jest znacznie mocniejszy od ludzkiego. Wilkołaki nie miewają próchnicy.
- Idz-dziemy – zaskowytał wilk. – Piecz-cze.
Do wilka podbiegły ze skomleniem mokre, jakby spocone wilczęta. Jeden nadal miał ludzkie oczy, ale nie mogłem zrozumieć, czy to chłopiec czy dziewczynka.
- Biegniemy! – powiedziałem.
I ruszyłem, nie odwracając się do Swietłany, nie myśląc o tym, czy ktoś nas zobaczy czy nie. Potem się to załatwi. Albo Swietłana wyczyści ślady.
Ale uliczki były puste, nawet babka z wiadrem sobie poszła. Może Swietłana zagoniła ludzi do domów? Byłoby dobrze. Człowiek biegnący szybciej niż pozwala mu na to jego natura i czwórka wilków, pędzących za nim, to dość dziwny widok.
Nogi same niosły mnie przed siebie. Siedmiomilowe nity, szybkonogi towarzysz barona Münchhausena – tak odbija się w ludzkich mitach ta niewielka magia. Szkoda, że w bajkach nie wspominano o tym, że asfalt boleśnie uderza w podeszwy stóp…
Minutę później skręciliśmy ku rzece, po miękkiej ziemi biegło się łatwiej.
Pędziłem obok wilka, niczym wrażliwy Iwan Carewicz, który nie chce męczyć swojego szarego przyjaciela i dlatego nie siedzi na jego grzbiecie. Szczeniaki zostały trochę w tyle, im było trudniej. Wilkołaki są bardzo silne, ale ich prędkości nie wspomaga magia.
- Coś ty… wymyślił? – zaszczekał wilk. – Co będziesz… robił?
Gdybym ja znał odpowiedź!
Walka to również manipulacja Siłą, rozpływającą się w Zmroku. Ja jestem na drugim poziomie siły, a to niemało; Arina w ogóle wychodzi poza ramy klasyfikacji. Ale ona jest wiedźmą, a to plus i minus jednocześnie. Nie mogła wziąć ze sobą wszystkich amuletów, talizmanów i ziół. Za to może czerpać Siłę prosto z natury. W mieście jej zdolności spadają, tutaj rosną. Żeby zastosować poważne zaklęcie, musiałaby zabrać ze sobą jakiś amulet, a to strata czasu. Ale za to zgromadzony w amulecie ładunek Siły mógł być niewiarygodnie duży.
Nie wiem, co z tego wyjdzie. Zbyt wiele zmiennych. Nie potrafiłbym przewidzieć nawet wyniku walki Ariny z Heserem. Prawdopodobnie Wielki mag odniósłby zwycięstwo, ale na pewno musiałby się nieźle namęczyć.
A co ja mogę przeciwstawić wiedźmie?
Prędkość?
Wystarczy, że Arina wejdzie w Zmrok, a stracę swoją przewagę. Ona będzie się tam czuła znacznie pewniej, a na każdej następnej warstwie Zmroku ja będę coraz wolniejszy.
Zaskoczenie?
Może… Ciągle mam nadzieję, że Arina nie spodziewa się mojego pojawienia.
Zwykła siła fizyczna? A gdyby ją tak walnąć w głowę kamieniem…
Ale żeby to zrobić, musiałbym do niej podejść.
Wychodziło na to, że muszę podkraść się do Ariny jak najbliżej. I gdy tylko wiedźma straci czujność, zaatakować. Po prostu uderzyć.
- Słuchaj! – krzyknąłem do wilka. – Jak będziemy bliżej, wejdę w Zmrok. Wyprzedzę wiedźmę i podejdę do niej. Wy idźcie otwarcie. Gdy zacznie z wami rozmawiać, ja zaatakuję. Wtedy mi pomożecie.
- Dobrz-rze – zawarczał wilk, nie wyrażając swojej opinii o moim planie.
Rozdział 7
Czy to miejsce pozostało na mapach II wojny światowej?
Może jest to znana historykom i opiewana w książkach placówka, gdzie niegdyś starły się w krwawej walce dwie armie i machina Blitzkriegu musiała się cofnąć, odtoczyć?
A może to jedno z bezimiennych pól naszej hańby, gdzie doborowe oddziały niemieckie zmiażdżyły słabo wyszkolonych i słabo uzbrojonych rekrutów? I wzmianka o nim znalazła się jedynie w archiwach Ministerstwa Obrony?
Słabo znam historię, ale najprawdopodobniej to drugie. Zbyt tutaj pusto, zbyt ponuro i martwo. Opuszczona ziemia, na którą nie połasiły się nawet kołchozy.
W Rosji nie lubią stawiać pomników na polach bitew. Może dlatego, że zwycięstwa nie zawsze były czyste?…
Stałem nad brzegiem rzeki i patrzyłem na martwe pole, pas ziemi między lasem i rzeką, kilometr szerokości, dziesięć kilometrów długości. Może nawet nie poległo tu zbyt wielu żołnierzy. Raczej setki niż tysiące.
Zresztą, jak mogę mówić, że to mało?…
Pole było absolutnie puste. Nie widziałem nikogo ani zwykłym wzrokiem, ani patrząc przez Zmrok.
Pochwycił
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...