Pierwszy dzień reszty życia

(Первый день оставшейся жизни)

Jurij Drużnikow

gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Piotr Fast
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 2008
rok wydania pol.: 2010
ISBN: 978-83-7414-746-0
liczba stron: 504
format: 12,3 x 19,5 cm

Ostatnia powieść wybitnego rosyjskiego pisarza mieszkającego w USA, opublikowana zaledwie miesiąc przed jego śmiercią.

Co łączy kuwejckiego szejka, młodziutką kochankę Stalina, żonę amerykańskiego milionera i rosyjskiego szpiega w USA?
Rok 2005. W moskiewskich archiwach Autor odkrywa nowe informacje dotyczące Gwiazdy Generalissimusa - legendarnego odznaczenia stworzonego na specjalne zamówienie Stalina tuż po zakończeniu wojny.

Rok 1945. Józef Stalin, dla upamiętnienia własnych zasług, postanawia nadać sobie tytuł generalissimusa. Zleca wykonanie orderu. Bogato inkrustowana gwiazda staje się obiektem pożądania wielu osób. W ciągu następnych sześćdziesięciu lat wielokrotnie przechodzi z rąk do rąk, komplikując losy swoich kolejnych właścicieli i przyczyniając się do szeregu nieszczęść. Opuszcza ZSRR jako prezent dla kuwejckiego szejka, by po latach trafić do USA, gdzie staje się obiektem zainteresowania FBI i rosyjskiego wywiadu...

By pisać prozę, potrzebna jest wiedza i doświadczenie. Ja mam trzy takie doświadczenia: radzieckie, antyradzieckie i amerykańskie - i wszystkie współistnieją ze sobą niemal harmonijnie. Ale przychodzi czwarty etap: ponownego niezadowolenia, przejawiającego się w analizie Ameryki i świata zachodniego, w uprawianiu satyry i groteski - teraz na materiale emigracyjnym i amerykańskim.
Jurij Drużnikow

[...]

W nocy upał nagle zelżał. Błyskawice oświetlały pokój, przewalające się grzmoty, przypominające kanonadę artyleryjską, działały na nerwy. Wiatr szybko przepędził burzę, ale deszcz lał i lał bez końca. Krople bębniły w zbrojone szkło, nie pozwalały Stalinowi się skupić.
W oczach, szczególnie w lewym, odczuwał silny ból. To ciśnienie, ale głupio zażywać tabletki. Wystarczy się przespać - samo przejdzie. Koło czwartej nad ranem położył się na tapczanie; nie rozbierał się, jedynie rozpiął pasek i przykrył się szynelem. Nie zasnął. Wstał więc i wypił pół szklanki młodego wina - to zazwyczaj pomagało.
Noc jakoś minęła. Obudził go ból w stopach, pewnie od wilgoci. Przez szczeliny w ciężkich zasłonach dawno już przenikało światło. Stękając, Stalin wsunął nogi w filcowe kapcie, miękkie, wygodne, nieurażające chorych stóp, i spojrzał w okno. Niezbyt jaskrawe letnie słońce było już wysoko na nieboskłonie, nad szczytami sosen, asfalt wiodący do tarasu zaczął powoli podsychać. Lekka para napływała nie wiadomo skąd, kłębiła się i na wysokości oczu rozpływała się w nicość.
Miał to być niezwykły dzień: dokładnie cztery lata temu Hitler rozpoczął z nami wojnę. Myśli Stalina zajmowała Parada Zwycięstwa (pozostały do niej dwa dni). Sam obmyślił przebieg uroczystości. Elita armii bardzo się do tego zapaliła. Tysiąc najlepszych żołnierzy i oficerów przywieziono do Moskwy na ćwiczenia przed tym wielkim show. Po dziesięć razy dziennie meldowano Gospodarzowi, że wszystko idzie zgodnie z planem. Samoloty w powietrzu uformują szyk tworzący słowo „Stalin". Do nóg wodza rzucą czterysta faszystowskich sztandarów. Uroczysta salwa rozświetli niebo we wszystkich dużych miastach.
Było jednak coś ważniejszego niż Parada, coś co pomagało zapomnieć o myślach, które Stalin starał się przepędzić ze świadomości, a które jednak uparcie wciskały się z powrotem. Analizował je od czasu, kiedy opadły emocje związane z Dniem Zwycięstwa i przycichły peany na jego cześć po zdobyciu Berlina. Rozpamiętując owe wydarzenia, ostatecznie utwierdził się w przekonaniu o słuszności i mądrości wszystkiego, co uczynił, miał jednak obawy co do wierności najwyższego dowództwa armii.
Druga wojna światowa zakończyła się dla niego niezwykle korzystnie. Po zwycięstwie Stalin powinien był uzyskać większą pewność siebie, stać się bardziej zdecydowanym, twardym, powinien mieć wspaniały nastrój. A tu nieustanna troska o głodujący naród, o konieczność doskonalenia aparatu partyjnego, przede wszystkim zaś o ewentualne niedoskonałości własnej ochrony. Wrogowie byli wszędzie. Regularnie sprawdzał dossier ludzi ze swojego najbliższego otoczenia, którym przestał ufać, zastępował starych nowymi, kazał werbować nowych. Bojąc się zdrady, nawet w środku nocy zaglądał pod łóżko.
Czując coś w rodzaju głodu, Stalin wszedł do jadalni, usiadł bokiem przy okrągłym stole, włożył okulary i zaczął przerzucać świeże gazety. Co tam o nim piszą? Nie znalazł nic nowego. Wielki, największy, mądry, geniusz, prowadzi nas od zwycięstwa do zwycięstwa... Przejadło mu się to! I tak wszyscy wiedzą. Nie dla niego to wszystko. Ludziom na całym świecie, wszystkim narodom niezbędny jest dowód wyższości sowieckiego lidera nad ich własnymi przywódcami.
Podano mu kaszę manną z masłem i rodzynkami (oddana służąca Walentyna zgodnie z rytuałem sama spróbowała ją pierwsza), a on nadal rozmyślał o swoim miejscu w historii. Wszystkich wielkich władców nęciła idea władzy nad całymi kontynentami, marzenie, by rzucić świat na kolana. W ostatnich czasach Stalin czytał o tym coraz więcej - jednak nie o Iwanie Groźnym i nie o Piotrze Wielkim, jak dawniej, lecz o Czyngis-chanie, Aleksandrze Macedońskim i Napoleonie. Żaden z nich nie miał jego strategicznego umysłu. Wygląda na to, że teraz, kiedy Europa jest osłabiona, a i Amerykanie muszą zacisnąć pasa, nadszedł czas towarzysza Stalina.
Trudno utrzymać euforię spowodowaną zwycięstwem w drugiej wojnie światowej przez półtora miesiąca. Naród jest zmęczony, pragnie spokoju, chce chleba i igrzysk, chce się rozmnażać. Igrzyska nieźle umiemy zorganizować sami, ale z chlebem jest marnie, a mięsa nie ma w ogóle, bo ci wredni Amerykanie przerwali dostawy w ramach lend-lease'u. Narodowi trzeba dać wielką ideę, która doprowadzi do nowej mobilizacji sił i nowego wzlotu. Niezbędny jest ruch koniem, kolejne wielkie zwycięstwo, które wstrząśnie światem. Jednak pole, na którym należałoby postawić tego konia, pozostawało ukryte we mgle.
Nasze czołgi, co Sztab Generalny wyliczył na jego rozkaz, dojdą do Portugalii w ciągu czterech dni. Ale kto nas wesprze? Można wpaść w pułapkę. Szkopuł w tym, że nie można się ani pospieszyć, ani spóźnić. Na razie świat potrzebuje konkretnych faktów potwierdzających potęgę i wzrost autorytetu Stalina. Rządy wszystkich państw będą musiały go szanować. Ale czy rozumie to choćby moja własna prasa? Powtarzają tylko te same sztampowe pochwały, przedrukowują te same portrety. Poetom zabrakło oddechu, wyśpiewują swoje peany coraz nudniej, coraz banalniej. Prymitywnie kombinują, lizusy, nie są w stanie wymyślić nic oryginalnego. Nawet w takich sprawach trzeba wszystkim kierować.
Kim był przed wojną? Po prostu wodzem. Ale przecież wszyscy, którzy przeprowadzili rewolucję, uważali się za wodzów. Teraz nie ma już nikogo z nich, a słowa się wytarły, wyblakły, nie robią na nikim żadnego wrażenia. Po części istotę rzeczy oddają takie wyrażenia, jak „wódz całej postępowej ludzkości", „chorąży pokoju", „wielki człowiek, prosty jak prawda", „geniusz w stroju prostego żołnierza". W czasie wojny słychać było o „mądrym strategu", „największym wodzu wszystkich czasów i narodów", „naczelnym dowódcy". A co dalej? Jest marszałkiem, ale podczas wojny namnożyło się tych marszałków wokół niego jak psów. Wszyscy są marszałkami, nie wyłączając Berii. Czy to nie absurd, że mam taki sam stopień wojskowy jak te wszystkie zera?
Nagle w leżącej na stole gazecie dostrzegł portret kogoś innego. Zdziwił się i przeczytał: „Bohater Rosji Generalissimus Suworow". Już do miesiąca wszędzie publikowano materiały o 145-leciu śmierci rosyjskiego wodza Aleksandra Suworowa. Szczególnie podkreślano, że wyzwolił Europę i że jest poprzednikiem wielkiego wodza - towarzysza Stalina. Gospodarz odstawił filiżankę z herbatą, przeżuł do końca kanapkę odgryzioną z brzegu przez Walentynę i powiedział z roztargnieniem:
Ge-ne-ra-lis-si-mus!
Dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy? Generalissimus! Oto, co na całym świecie podniesie mój autorytet na nieosiągalne wyżyny.
Od razu postanowił sprawdzić siłę ukrytą w tym dźwięcznym słowie. Wezwał sekretarza Poskriebyszewa i kazał mu zadzwonić do Szadlina, dyrektora Instytutu Marksa-Engelsa-Lenina, by natychmiast przygotował odpowiednią informację historyczną.
Oświadczył też, że w ciągu półtora dnia, które pozostały do Parady Zwycięstwa, nie pojedzie na Kreml, będzie pracował na daczy. W Moskwie trwały niekończące się przyjęcia dla generalicji, partyjnych przywódców, czekistów. Wszyscy oczekiwali pojawienia się wodza i Stalin musiał być ciągle w centrum uwagi, wygłaszać programowe toasty, które cytowano na całym świecie. Wszystkie te pijaństwa na najwyższym szczeblu równocześnie podnosiły go na duchu i drażniły. Należało pomyśleć o prostych ludziach. Oni też zasłużyli na godną nagrodę. Masowo odznaczano medalami z profilem Stalina wszystkich, którzy znaleźli się na listach przygotowanych w terenie. Błyskotki w klapie miały zastąpić milionom ludzi podstawowe dobra materialne. Czytał o tym w raportach przygotowywanych dla niego na Łubiance.
Podsuwał myśli o odznaczeniach dla żołnierzy, oficerów, marszałków (tym ostatnim podarował szykowne dacze), dla żywych i martwych bohaterów, o wyróżnieniach dla wszystkich ze swojego otoczenia, a oni z kolei nerwowo myśleli, jak wyrazić swoje oddanie, jak mu dogodzić, jak go usatysfakcjonować. Owe niewyrażane głośno pragnienia Stalina i jego otoczenia nagle się zbiegły.
W ciągu dnia trochę pospał - pogoda była pochmurna, senna. Obudził się, kazał sobie podać talerz kapuśniaku z kawałkiem gotowanej wołowiny i zjadł go ze smakiem. Odmówił drugiego dania i deseru. Męczyła go zgaga. Podszedł do biurka. Sekretarka rozłożyła mu już dokumenty do podpisu i czekała gotowa je zreferować, żeby nie musiał sam czytać.
Stalin podpisywał szybko, myśląc równocześnie o innych czekających go sprawach, od których jego uwagę odwracały co chwila jakieś błahostki. Mogli je spokojnie rozstrzygnąć inni, ale oni bali się powiedzieć „tak" albo „nie" nawet w sytuacjach zupełnie oczywistych. Nikt z jego otoczenia nie podejmuje żadnych decyzji, przyzwyczaili się zwalać wszystko na jego głowę, zupełnie oduczyli się myśleć samodzielnie.
Słuchając wyjaśnień sekretarki, Stalin kilka razy przytaknął, ale też kilkakrotnie pokręcił odmownie głową. Kiwnięcia i kręcenie głową zostały zanotowane i przekształciły się w odpowiednie rozporządzenia. Nie mając gotowej odpowiedzi, nigdy nie mówił „Nie wiem", tylko „Odesłać, żeby to dopracowali" albo po prostu „Odłożyć".
Ważne dokumenty Stalin wieczorem oddał Poskriebyszewowi i kazał, żeby mu nie przeszkadzano: żadnych wizyt, żadnych telefonów. Napięcie ustąpiło. Poczuł się zmęczony. Nikomu na razie o tym nie mówił, ale czuł, że nagle się postarzał.
Światło lampy utworzyło na biurku jasny krąg. Gospodarz przeglądał nowo wydane książki, biorąc je do ręki z przygotowanych dla niego stosików. Kartkował je, obficie śliniąc palec i zostawiając wyraźne plamy na zadrukowanych stronicach. Czytał kilka akapitów, odkładał książkę, brał następną. Zupełnie oduczyli się pisać, ale nie oni mi teraz w głowie.
Miał zwyczaj codziennie spać gdzie indziej. Wjechał windą na piętro i poszedł do sali kinowej. Fotele stały w nieporządku, między nimi dostrzegł swoją ulubioną skórzaną sofę, a obok taboret z zieloną lampą. Zamknął drzwi i schował klucz do kieszeni. Włączył lampę i wydało mu się, że ekran na ścianie lekko się zakołysał. Zanim się położył, zajrzał za ekran - nie było tam, oczywiście, nikogo, po prostu mu się wydało. Prawie do drugiej czytał przetłumaczone specjalnie dla niego wspomnienia o Hitlerze i nawet nie zauważył, kiedy zasnął.
We śnie Stalinowi objawił się Diabeł, położył głowę obok niego na sofie, pobawił się jego wąsami, uśmiechnął się chytrze i zapytał:
- Bardzo chcesz zostać generalissimusem? Widzę, że nawet ci się to śni. Uważaj! Zostawię cię w szeregu prostych marszałków, a sam siebie zrobię generalissimusem!
Diabeł zachichotał, aż rozdzwonił się kryształowy żyrandol, i zniknął.
Późnym rankiem, żeby Walentyna nie zmuszała go do śniadania, Gospodarz po cichu zjechał windą i bocznymi drzwiami wyszedł na dwór. Nie dawała mu spokoju pewna ważna sprawa, domagała się poważnego przemyślenia. Postanowił się przejść. Kiwnięciem głowy odpowiedział na pełne szacunku powitanie ogrodnika, który przywiózł taczkę nawozu. Zwrócił uwagę na rozkwitające róże, potem zszedł z ganku. Jeszcze zimą - czy to z zimna, czy też na skutek nerwowego trybu życia - coraz częściej miał zadyszkę, brakowało mu powietrza, przy gwałtowniejszych ruchach kręciło mu się w głowie. Medyczne znakomitości (udają, że się na wszystkim znają!) objaśniały, że to brak tlenu będący rezultatem palenia tytoniu. Sosnowy las wokół domu, specjalnie tu zasadzony, wyrósł do nieba i pomagał na te dolegliwości, ale z drugiej strony (znowu wymyślili jakąś niezwykle naukową interpretację), odcina strumienie świeżego powietrza, które mogłyby docierać do domu. Stalin nie kłócił się z nimi, kazał wyrąbać przesieki, żeby powietrza po drodze z lasu do jego płuca nic nie zatrzymywało.
Nadzorując obcinanie róż koło domu, Gospodarz wkładał rękawiczki uszyte specjalnie na tę okoliczność w warsztatach krawieckich Sztabu Generalnego. Wielowarstwowe, wyłożone jedwabiem z wszytym pomiędzy kilka warstw niezwykle wytrzymałym materiałem spadochronowym, żeby kolce róż nie mogły przeniknąć do środka. Rękawiczki leżały na balustradzie - tam, gdzie je zostawił. Z zewnątrz w ciągu nocy nasiąknęły wilgocią, ale gdy je włożył, w środku okazały się suche. Sam zająłby się różami, ale przeszkadzał mu ból w lewym łokciu. Ledwie już tą ręką poruszał, dlatego pozostał na asfaltowej dróżce, mrużąc oczy w promieniach przebijającego się przez chmury słońca i palcem pokazując ogrodnikowi, które gałązki należy jeszcze obciąć, gdzie wykopać dołki na nowe sadzonki - jak wyjaśnił ogrodnik: przywiezione wczoraj specjalnym rejsem z Krymu.
Rozproszywszy uwagę różami, Stalin przeszedł się nieco po przesiece obok wygaszonych latarni. Wyrąbane sosny wywieziono, ale wokół leżały stosy gałązek, szczapy i szyszki, pnie też nie były jeszcze wykarczowane. Wilgotne powietrze zatykało nozdrza, odwrócił się więc w stronę domu, myśląc już o jutrzejszym Dniu Zwycięstwa. Żałował, że wymyślił całą tę uroczystość. Będzie musiał teraz stać godzinami na trybunie, pozdrawiając defilujące oddziały wojska, a potem jeszcze tysiące demonstrantów. Ciężki kawałek chleba!
Pisząc teraz o Stalinie, wspominam, jak go zobaczyłem na trybunie mauzoleum właśnie w owym roku jesienią, w rocznicę Rewolucji. Uczniów ustawiano w kolumny i popędzono przez całą Moskwę na demonstrację. Przez kilka przecznic kazano nam biec, aby dogonić poprzednią kolumnę, a potem przez dwie godziny staliśmy przy uliczce prowadzącej na plac Czerwony, żeby przepuścić przedstawicieli innej dzielnicy. Potem znów biegliśmy (czy dokładniej: nas biegli) przy wtórze dziarskich okrzyków z megafonów. Potem w tłoku wymieszaliśmy się z kolumną fabryki wyrobów gumowych. „Chwała Stalinowi - największemu przyjacielowi producentów gumy!" - głosił tekst na ogromnej prezerwatywie, podtrzymywanej w powietrzu przez sześciu ludzi z każdej strony. W całym tym bałaganie nasza szkoła wymieszała się z nimi. Pozostało tylko pięknie kroczyć ulicą pod górę, na plac Czerwony.
Znalazłem się tuż przy mauzoleum. Oddzielał mnie od niego jedynie szereg żołnierzy oddziałów specjalnych stojących jak żywy płot, ramię przy ramieniu. Że też nie pojawił się jakiś szaleniec! Przyniósłby pod ubraniem jakąś flintę i rozstrzygnął wszystkie problemy nieszczęsnego kraju jednym naciśnięciem spustu. Przecież na plac parły setki tysięcy ludzi, nikt nikogo nie obszukiwał, nie prześwietlał, nie obmacywał - te obyczaje pojawiły się później. Ale ta moja agresywna myśl - to idea późniejsza, produkt innej epoki, epoki terroryzmu.
W rzeczywistości czujnie wszystko obserwowano. Dwa rzędy przede mną jakiś mężczyzna uniósł do oczu marynarską lornetkę i obróciwszy się, przyłożył ją do oczu, chcąc lepiej zobaczyć oblicze ukochanego wodza. Momentalnie między ramionami dwóch żołnierzy utworzyła się szczelina, przez którą wyciągnęła się długa ręka. Chwyciła lornetkę, ale ta umocowana była na rzemieniu przewieszonym przez szyję. W ciągu sekundy lornetka wraz z właścicielem została wyciągnięta z szeregu demonstrantów i parkan z żołnierzy znowu się zamknął.
Wtórując gromkiemu skandowaniu z ogromnych głośników, wszyscy krzyczeli: „Hura!" Ja też wrzeszczałem, potykając się o kocie łby jezdni: głowę miałem zwróconą w prawo i ku górze, ku niemu, słońcu naszej ojczyzny. Stalin (a może sobowtór? Ale chyba nie: czegoś takiego miał pewnie ochotę doświadczyć osobiście) stoi (a może siedzi w wysokim fotelu?), opierając się łokciem o marmurową barierę, a jego ręka jak wahadło kiwa się w tę i z powrotem. A może to ręka ze sklejki, a porusza nią w prawo i w lewo jakiś generał, siedzący po turecku na podłodze u stóp wodza? Każdy przecież poczułby się zmęczony siedmiogodzinnym machaniem ręką na trybunie mauzoleum, pozdrawiając w ten sposób przesuwających się bez końca oddanych ludzi pracy, a przy tym myśląc, jak by tu uciec do toalety...
Wrócę jednak do głównego wątku.

Spacerując przesieką w kierunku lasu, Stalin obmyślił swój ruch koniem szachowym. Członkowie Biura Politycznego i cała marszałkowska wierchuszka zgromadzi się na Paradzie Zwycięstwa. Daje to znakomitą sposobność, żeby za jednym zamachem sprawdzić lojalność wszystkich.
Stalin pokręcił się chwilę na chodniku przed bocznym wejściem, po czym wszedł do domu. Na stole leżała koperta, którą dopiero co dostarczył na Bliższą Daczę rządowy kurier. Stalin odłożył inne sprawy, zerwał pieczęcie i zaczął czytać.

Ściśle tajne

Informacja historyczna

Na osobisty rozkaz towarzysza J.W. Stalina zebrano materiał o najwyższym stopniu wojskowym, godności „generalissimusa".
Melduję, że słowo „generalissimus" jest stopniem najwyższym łacińskiego słowa „generalis" i oznacza „najwyższy", „główny". W historii ludzkości było 77 generalissimusów, w Rosji było ich czterech.
Zgodnie z europejską tradycją tytuł generalissimusa jest najwyższym stopniem wojskowym i nadaje się go osobom krwi królewskiej lub dowodzącym armiami kilku państw.
Po raz pierwszy stopień generalissimusa został nadany w XVI wieku - król francuski Karol IX (syn Katarzyny Medycejskiej), który doprowadził do nocy św. Bartłomieja, przyznał go swojemu bratu. Ten tytuł pomógł mu zostać królem, Henrykiem III. Generalissimus Henryk III był królem Polski i Francji - chociaż niedługo. W Paryżu powierzył rządy swojej matce, Katarzynie, a sam oddał się nieróbstwu. Jego ulubionym zajęciem było przebieranie się w stroje kobiece. Spędzał czas na hucznych maskaradach we własnym haremie. Został zasztyletowany przez swoich wrogów.
Najwięcej znanych generalissimusów (dziewięciu) było we Francji - znajdowali się wśród nich królowie oraz Ferdinand Foch, naczelny dowódca sił sprzymierzonych w pierwszej wojnie światowej. Siedmiu było w Austrii (m.in. Wallenstein, Montecuccoli, Schwarzenberg); dwóch w Szwecji itd. Jeśli chodzi o inne kraje, to tytuł generalissimusa nadano na przykład rewolucjoniście i bojownikowi o zjednoczenie hiszpańskich kolonii w Ameryce Południowej, Wenezuelczykowi de Mirandzie, generałowi Maximowi Gomesowi na Kubie, w Hiszpanii - generałowi Franco, w Chinach - Czang Kaj-szekowi.
W Rosji najwyższy bojar nosił tytuł „wierchownika". Godność generalissimusa została ustanowiona przez Piotra I na podstawie ukazu sporządzonego przez samego cara. W ukazie tym napisano: „(...) ranga owa koronowanym głowom jeno a udzielnym książętom przynależy, a najłacniej temu, czyje wojsko. W nieobecności zaś swojej ów komendę daje nad wojskiem generałowi feldmarszałkowi".
Pierwszy na mocy tego ukazu otrzymał godność generalissimusa bojar Szein za stłumienie buntu strzelców, po nim - książę Mienszykow za zwycięstwo nad Szwedami. Trzecim był wielki strateg Suworow. Wygrał sześćdziesiąt bitew i nie przegrał ani jednej. Sowiecka prasa nie informuje, że czwartym generalissimusem w Rosji był książę Antoni Ulrich, małżonek tymczasowej carycy Anny, któremu ona sama przyznała tę godność.
Tytuł generalissimusa jest wszędzie unikatowy i nadaje się go niezwykle rzadko. W pojedynczych krajach (na przykład w Hiszpanii) zdarzały się przypadki, kiedy stopień ten nadawano tymczasowo.
Należy odnotować, że obecnie tradycja nadawania tytułu generalissimusa nie jest już kontynuowana. Na przykład Franco i Czang Kaj-szek są generalissimusami, a Churchill i Truman - nie.

Szadlin, członek Akademii Nauk
Dyrektor Instytutu Marksa-Engelsa-Lenina
Opracowano w jednym egz., dla tow. Stalina osobiście.

Jeśli chodzi o ten jeden egzemplarz, to Szadlin zełgał. Sam przepisał to z dwiema kopiami i jedną schował w domu, a drugą przekazał staremu przyjacielowi. Szadlina później aresztowano. Podczas przeszukania znaleziono kopię dokumentu i to właśnie stało się dowodem jego winy przy dokumentowaniu stawianego akademikowi dodatkowego zarzutu o kradzież tajnych dokumentów w celach szpiegowskich. Jego przyjaciel natomiast kopię zachował. Ćwierć wieku po opisywanych tu wydarzeniach poznałem Szadlina, któremu udało się przeżyć łagier, chudego kulawego staruszka z grubą laską w ręku, i ten pozwolił mi zrobić kopię dokumentu.
Mimo wszystko tytuł generalissimusa budził wątpliwości Stalina. Czy nie ma innych stopni, jeszcze wyższych? Może stworzyć jakiś specjalny tytuł, tylko dla niego?
Jeszcze przed wybuchem wojny Gospodarz interesował się strukturą władzy u nazistów, ich służbami specjalnymi, subordynacją, słabymi ogniwami. Zawsze chciał uzyskać tak sprawną organizację i skuteczność działania u siebie - zarówno w partii, jak i w aparacie państwowym. Kopiował więc te reguły. Ale tam nie było całej tej partyjnej sfory, gdzie nie wiadomo, komu można ufać. Teraz, zastanawiając się, czy naprawdę potrzebuje nowej ksywki „generalissimus", jak określał to w duchu, znów postanowił przejrzeć nazistowski system odznaczeń i stopni. Od dawna miał w biurku tablice. Wyjął je i zaczął studiować.
Intrygant Hitler sprytnie nazwał się po prostu Führerem. Brzmi świetnie! Po ostatecznym zwycięstwie ten sukinkot chciał się ogłosić mesjaszem - nie pozwoliłem mu na to. Niżej był Reichsführer, a pozostali, jeszcze niżsi, byli półführerami, ćwierćführerami i tak dalej, ubiegającymi się o awans. A gdybym został Marszałkiem Stanu, marszałkiem nad marszałkami? Kto tam u nich był takim marszałkiem Rzeszy? A tak, Göring - drugi po szefie... Nie, nie ma sensu wprowadzać u nas godności Marszałka Stanu. „Generalissimus" jednak brzmi o wiele lepiej niż te nazistowskie tytuły.
Stalin pospacerował po pokoju, przysiadł, postukał palcami po blacie biurka. Uznał, że jak najbardziej pasuje do charakterystyki przygotowanej przez historyków, chociaż bynajmniej nie jest carskiej krwi. Z punktu widzenia historii powszechnej to ważny tytuł: który spośród dzisiejszych liderów Europy i Ameryki jest generalissimusem? Eisenhower jest tylko generałem armii, Churchill ma Order Podwiązki. Co prawda są jeszcze nieprzyjacielscy Franco i Czang Kaj-szek, ale czy coś takiego może zdeprecjonować nadanie tytułu jemu, Stalinowi? Czeka go jednak wyjazd do Niemiec, spotkanie z głowami państw. W Poczdamie będzie musiał cały czas sterczeć przed obiektywami i wszyscy powinni zobaczyć, kto tu jest najgroźniejszym zwycięzcą.
Sam na sam ze sobą wódz lubił żartobliwie traktować swoją sławę, ale dawno nie słyszał żadnego żarciku od innych, nawet najżyczliwszego i z najbłahszego powodu. Gdyby sam nie dostrzegł takiego żartu, natychmiast by mu doniesiono, komu się wypsnął i w jakich okolicznościach.
Dojrzawszy do tego, by zostać generalissimusem, Stalin porwał notatkę historyczną na drobne strzępki i wyrzucił je do kosza na śmieci, którego zawartość codziennie palił osobiście jego sekretarz Poskriebyszew. Pozostawało tylko pozwolić, by nazwano go generalissimusem oficjalnie. Ale kto ma mnie awansować? - myślał, drapiąc się w kark.
Poskriebyszew pojawił się momentalnie i stanął na baczność, czekając na rozkazy. Stalin patrzył na niego uważnie.
Nasi marszałkowie - wyrzekł powoli - uznali, że należy wprowadzić nowy stopień wojskowy - generalissimusa. Myślę, że można go zaakceptować. A pytanie, komu należy ten tytuł nadać, dyskretnie zadasz marszałkom zaraz po Paradzie Zwycięstwa. Zrozumiałeś, pusty łbie?
Poskriebyszew, z pozoru powolny i niezbyt rozgarnięty, kiedy trzeba, kombinował szybko.
- Zapamiętam - odpowiedział - kto poprze nadanie nowego stopnia bez entuzjazmu.
Od rana nieustannie mżył drobny deszcz. Żołnierze zgromadzeni na Paradę Zwycięstwa przemokli do suchej nitki. Kolumny manifestantów nadciągały ze wszystkich dzielnic Moskwy, żeby przemaszerować przez plac Czerwony za oddziałami wojska. Ludzie znający się na rzeczy dziwili się, że defiladą dowodzi nie Stalin, lecz marszałek Żukow - był to jeszcze jeden maleńki podstęp Gospodarza.
Gdy tylko defilada dobiegła końca, wejście na plac Czerwony zatarasowały tysiące milicjantów i wojska służb wewnętrznych. Przez głośniki podano komendę, by rozejść się do domów. To także była zupełnie nieoczekiwana decyzja Gospodarza: uciąć entuzjazm mas. Może miał już dość stania w deszczu na trybunie?
Wąski krąg członków Biura Politycznego i głównych marszałków zaproszono do niewielkiej sali pod mauzoleum. Stoły uginały się od potraw, ale nie podano ani jednej butelki alkoholu. Tutaj właśnie rozpoczęła się realizacja genialnego zamysłu Stalina. Zapadła kompletna cisza. Gospodarz przyjrzał się badawczo zebranej wokół najwyższej elicie państwa i nagle powiedział:
- Chcę wam oświadczyć, że się zestarzałem i mam zamiar oddać władzę...
Zapadło ciężkie, pełne konsternacji milczenie. On patrzył na nich, a oni na niego. Poskriebyszew zrobił wszystko dokładnie tak, jak mu kazano. Wszyscy stali sparaliżowani strachem - prawdziwym albo na pokaz. Nagle cisza została przerwana.
- Drogi nasz wodzu i nauczycielu! Jak w ogóle mogliście pomyśleć coś takiego? To niemożliwe! - zaczęli wołać, przekrzykując się wzajemnie i wyciągając do niego ręce. - A co z nami, waszymi oddanymi uczniami? Nie czyń z nas sierot!
Zrozumiał, że było to świetne posunięcie. Nikt nie jest dość silny, by próbować odebrać mu władzę.
- Prowadź nas ku przyszłości, nasz ojcze, nasz naczelny wodzu! - wołali nadal. - Zwracamy się do ciebie w imieniu nas wszystkich, w imieniu całego narodu z ogromną prośbą - zostań generalissimusem!
- Generalissimusem? - zdziwił się. - Po co mi to? Przecież nie walczyłem z bronią w ręku, byłem zwykłym kierownikiem. Wy jesteście marszałkami i ja jestem marszałkiem. To wam są potrzebne te stopnie i godności, żeby podtrzymać autorytet. Ja i bez tego mam wystarczający autorytet. Też coś - generalissimus!
Namawiali go, przypochlebiali się, a on tylko burczał pod nosem w odpowiedzi, ale w końcu, żeby ich nie urazić, wyraził zgodę. Wszyscy zapomnieli, jak przed chwilą wybierał się już na emeryturę.
Trzy dni po Paradzie Zwycięstwa wszystkie gazety opublikowały dekret o wprowadzeniu stopnia generalissimusa, a następnego dnia pojawił się jeszcze jeden dekret: mówiący, komu konkretnie nadano ten stopień „za szczególne zasługi dla Ojczyzny".
Po wojnie w Związku Radzieckim wychodziło siedem tysięcy gazet drukowanych w siedemdziesięciu ośmiu językach. Codziennie rozchodziło się trzydzieści milionów egzemplarzy. Dopiero co Stalina z wielką pompą odznaczono drugim Orderem Zwycięstwa, potem tytułem Bohatera Związku Radzieckiego i oto wreszcie - został generalissimusem! Trzydzieści milionów gazet i miliony głośników radiowych nagle zaczęły powtarzać: „Generalissimus Stalin!", „Generalissimus Stalin!", „Generalissimus Stalin!" - od razu przyuczając cały naród do nowego wizerunku wodza.
I jego sława zatoczyła kolejny krąg.
Trochę za szybko. Jest już generalissimusem, a portrety w gazetach, na ścianach domów, projekcje jego zdjęć na moskiewskim niebie cały czas pokazują go jeszcze w mundurze zwykłego marszałka.
Szybko to jednak naprawiono. Na posiedzeniu Biura Politycznego nagle otwarto drzwi i wepchnięto generała o kompleksji Gospodarza, w nowym mundurze, uszytym w trybie pilnym. Był to błękitny mundur z czasów jednookiego feldmarszałka Kutuzowa, ze stojącym kołnierzem i niebieskimi spodniami ze srebrnym lampasem.
- A cóż to za maskarada? - Stalin wytrzeszczył oczy, jak gdyby wcześniej nie podsuwano mu szkiców na biurko.
- Projekt munduru generalissimusa - wyjaśnili marszałkowie.
- Do siebie przymierzacie?
- Dla was, towarzyszu Stalin...
- Co za głupstwa! - wykrzyknął, udając, że się złości. - Po jakiego czorta mi te szmaty i brzękadełka? Pluję na to wszystko!
- Ale przecież opublikowano w gazetach! Naród chce widzieć swojego wodza w mundurze generalissimusa...
Nie mogę z tym przesadzić, pomyślał sobie, bo będę wyglądać jak aktorzyna z prowincjonalnego teatru.
- To ma być wódz czy panna na wydaniu? Nie narodowi to potrzebne, tylko wam, głupcom! To wy potrzebujecie, żeby tłum się do mnie modlił. Bez moich szerokich pleców wszyscy jesteście kupą gnoju!
I wygonił przebranego generała, a marszałków sklął. Jednak soczyste rosyjskie przekleństwa z gruzińskim akcentem sprawiły już wszystkim jedynie przyjemność. Zgromadzeni zrozumieli, że Gospodarz żartował na temat emerytury i że się zgadza zostać generalissimusem. Rozluźnili się, zaczęli się nawet uśmiechać. Pozwolił im odejść, nikogo nie ukarał, a błękitny mundur generalissimusa zamieszkał w szafie na Bliższej Daczy.
 
***
Zmierzchało, kiedy sekretarka dotknęła ramienia Stalina:
Dzwoni komisarz spraw zagranicznych Mołotow. Donosi, że dotarła dziwna informacja z zagranicy, która może towarzysza Stalina bardzo zainteresować.
- Uparty muł, gówniany konspirator! - zareagował głośno. - Specjalnie nie mówi, o co chodzi, żebym mu pozwolił przyjechać.
Jednak Mołotow miał chyba coś ważnego, inaczej by nie zawracał głowy, trzeba więc było pozwolić mu przyjechać.
Po jakichś czterdziestu minutach Mołotow szybkim krokiem wszedł do pokoju. Stalin spojrzał na jego wytarte i popękane lakierki, noszone na wizyty dyplomatyczne, i nie pytając, kazał mu podać szklankę herbaty i krzesło:
- Co pisze żona? Co tam u niej? Karmią dobrze?
- Ona jest w-wrogiem n-narodu - odpowiedział Mołotow. - N-nie k-koresponduję z nią.
Tę odpowiedź Stalin słyszał już nieraz. Żona Mołotowa, podobnie jak przyjaciółki wielu współtowarzyszy wodza, przebywała w obozie zgodnie ze starannie przemyślaną strategią. Kościół katolicki, o czym wiedział od młodych lat, bardzo rozumnie zakazuje swoim księżom posiadania żon, żeby byli wierni tylko Bogu i papieżowi. Jak się okazało, taka polityka bardzo korzystnie wpływała również na jego podwładnych, na ich oddanie. Mołotow nie kłamał, inaczej te listy trafiałyby do Stalina.
Kiedy gościowi podano herbatę i upił pierwszy łyk, Gospodarz zapytał:
- No, co cię tu sprowadza? Mołotow pociągnął jeszcze jeden łyk, otarł chusteczką usta i odsunął szklankę na bok, przygotowując się do referowania sprawy. Rozkaz wodza działał, jak zwykle, skutecznie: jąkanie ustawało.
- Pamiętasz, towarzyszu Stalin, że kiedy prowadziliśmy rozmowy z Hitlerem, szukałeś większych wpływów na kraje Zatoki Perskiej? W czasie wojny zatrzymałeś Niemców nad Wołgą i na Kaukazie - i w ten sposób nie dopuściłeś do okupacji Kuwejtu! Przecież Hitler miał już korpus ekspedycyjny przygotowany do zajęcia tego kraju. Szejk Ahmad, wszechpotężny władca Kuwejtu, od tej pory jest ci wdzięczny.
- Mały kraik - jak gdyby do siebie mruknął Stalin, wziął leżący na biurku informator i przekartkował go. - Ludności mają, aż śmiech bierze, jeden milion... Za to pod względem strategicznym Kuwejt jest niezwykle ważny - leży w samym sercu krajów arabskich. Zajmuje pierwsze miejsce na świecie w połowach krewetek, cha, cha! Próbowałeś ich chociaż raz w życiu?
Stalin roześmiał się, zadowolony ze swego pytania.
- Wiele razy! W zachodnich ambasadach podają je jako przystawkę.
- To przynieś i dla mnie. Na przyjęciu wsadź trochę do kieszeni i ja też spróbuję... Przyniosło cię tutaj, żeby opowiadać mi o krewetkach?
- Nie, nie! Mówiąc serio, sprawa wygląda tak: towarzyszu Stalin, od dawna interesują cię nasze możliwości w tej części świata. Tak się jednak złożyło, że sytuacja w Kuwejcie jest niestabilna. Od dawna szukają tam wsparcia z zewnątrz. Jeszcze ojciec tego Ahmada, szejk Mubarak, na początku wieku zwracał się do naszego cara Mikołaja o pomoc - obawiał się Turcji.
- To prawda - zgodził się Stalin. - Idiota Nikołaszka wziął i odmówił pomocy Arabom. A przecież Rosja nieraz pokonywała Turcję. Gdyby się zgodził, za plecami Turcji pojawiłby się nam nowy sojusznik...
- Kuwejt to łakomy kąsek - ciągnął Mołotow. - Jego gospodarka opierała się na połowach pereł. Kuwejt zajmował w tej dziedzinie pierwsze miejsce na świecie. Ale potem zaczęto produkować sztuczne perły - nie da się ich odróżnić od prawdziwych. Teraz nurkowie poławiacze zostali bez pracy, zasilili proletariat. To dość zacofany kraj...
- Zacofany, dopóki nie zaczęło się wydobycie ropy - przerwał mu Stalin, zaglądając do informatora. - Anglicy szarogęsili się tam do końca dziewiętnastego wieku, tak? Niemcy też pchali tam swój nos. Nawet zaczęli budować kolej z Berlina w kierunku Bagdadu i dalej do Kuwejtu, ale przeliczyli się z siłami.
- Jak zwykle masz rację - ropa! - basując Gospodarzowi, podchwycił Mołotow. - Odkryli ją w końcu lat dwudziestych. W czasie wojny przerwano wydobycie. Anglia powiększyła tam swoje garnizony, bała się wtargnięcia nazistów.
- A teraz? - zapytał Stalin.
- Znowu wiercą. Złoża ropy są ogromne. Jeszcze trochę i Kuwejt stanie się światowym eksporterem. Mam tajne doniesienia naszych ambasadorów, że USA, Hiszpania i Japonia prowadzą negocjacje i usiłują urobić krewniaków Ahmada. Chcą mieć udziały w wydobyciu ropy. Obiecują im za to świetne zyski.
- Dlaczego z krewniakami, a nie z nim osobiście?
- Żeby wszyscy byli po ich stronie i przeciw Anglikom. Ahmad prowadzi podwójną grę. A poza tym...
- Jasne! - przerwał mu Stalin. - Zastanowimy się, jak uszczknąć kawałek tego tortu. Zakomunikuj naszemu ambasadorowi, że chciałbyś złożyć wizytę w Kuwejcie.
- Szejk Ahmad uznaje tylko głowy państw i tylko z nimi podejmuje rozmowy. A poza tym nie bardzo mamy jak się z nimi skomunikować - nie nawiązaliśmy stosunków dyplomatycznych! Informacje mamy z innych źródeł. Anglicy, na wszelkie sposoby, wtykają nam kij w szprychy. A szejk Ahmad bardzo chciałby się uniezależnić od Anglii, bo przecież formalnie na razie jest zastępcą angielskiego gubernatora. W wąskim kręgu puszcza hasła, że chce budować socjalizm. Ale może chodzi mu o socjalizm narodowy?
- Kij z socjalizmem! - tak w ogóle, to Stalin nie powiedział „kij", tylko użył słowa znacznie bardziej soczystego, lubił się tak wyrażać. - Wobec tego, co proponujesz, komisarzu spraw zagranicznych?
- To! - Mołotow pochylił głowę i ściszył głos. - Nasz agent z Kuwejtu przekazuje informacje z dwóch niezależnych źródeł: szejk Ahmad często powtarza, że jest zachwycony tym, jak towarzysz Stalin niszczy swoich wrogów, którzy przeszkadzają mu w doprowadzaniu naszego kraju do rozkwitu. Portret Stalina wisi u szejka w roboczym gabinecie.
- Co w tym szczególnego? Te portrety wiszą wszędzie...
Naturalnie! U szejka, jak doniesiono Mołotowowi, wisiały dwa portrety: Stalina i Hitlera, ale tego raczej nie należało mówić. Dodał więc:
- Ahmad jest najbogatszym człowiekiem na ziemi i najbardziej zapalonym kolekcjonerem orderów. Jego kolekcja jest najbogatsza na świecie.
- Ma też radzieckie ordery? - zapytał Stalin.
- Specjalnie kazałem to ustalić: posiada wszystkie nasze odznaczenia, włącznie z orderem „Matka Bohaterka".
- To kłamstwo! - zdenerwował się Stalin. - Każdy gram naszego złota, każdy brylant jest u nas pod kontrolą.
Mołotow nie skomentował tego.
Stalin wstał, by rozprostować nogi, zaszurał po dywanie walonkami. Zatrzymał się na wprost siedzącego na krześle Mołotowa i przyglądał się tłustej plamie na węźle jego krawata i wytartym rękawom czarnego garnituru.
- Czym jeszcze chcesz mnie zadziwić?
- W szyfrówce od naszego kuwejckiego rezydenta jest jedno niezrozumiałe miejsce - podjął Mołotow. - Długo łamałem sobie nad tym głowę, ale nic nie wymyśliłem. Ty, towarzyszu Stalin, na pewno się domyślisz. Szejk Ahmad marzy o tym, żeby do swojej kolekcji dołączyć Gwiazdę Generalissimusa. Mówi, że nie pożałuje niczego, żeby ją zdobyć...
- Bęcwał! Przecież nie ma takiego orderu! Nie istnieje w przyrodzie! Otrzymałem jedynie tytuł generalissimusa... Szejk widział pewnie moje zdjęcie w gazetach i pomylił to z gwiazdą marszałkowską.
- Nie! - zaprotestował Mołotow. - Gwiazdę marszałkowską ma od dawna.
Z pokorą oczekiwał na reakcję Gospodarza, bał się jego przedłużającego się milczenia: cholera wie, jakie świństwo dojrzewa w jego głowie. Stalin spojrzał nań tak, jak gdyby to Mołotow osobiście dostarczył szejkowi gwiazdę marszałkowską. Ale nic nie powiedział.
- Moja wina - na wszelki wypadek pokajał się gość.
- Twoja!?
- Szejk mi to uzmysłowił, chociaż poniewczasie. Mogłem podpowiedzieć, żeby w dekrecie o nadaniu najwyższego stopnia wojskowego - generalissimusa - dopisano „wraz z wręczeniem Gwiazdy Generalissimusa", ale nie przyszło mi to do głowy.
Iskra żalu pojawiła się w oczach Stalina: że też sam nie pomyślał o specjalnym odznaczeniu dodawanym do stopnia generalissimusa! Zapytał jednak nieoczekiwanie o coś zupełnie innego.
- A faszystowskie odznaczenia szejk ma?
- Agenci Ahmada zdobyli wszystkie faszystowskie ordery, włącznie z „Krzyżem Wielkim Krzyża Żelaznego".
Stalina to rozzłościło. Już dawno rozkazał, żeby mu dostarczono hitlerowskie odznaczenia. Krzyże Żelazne pozdejmowano z trupów i przywieziono mu już dawno, ale wyższych orderów Trzeciej Rzeszy radzieckiemu wywiadowi nie udało się zdobyć. Ale za to zdobyli kronikę filmową. Stalin dwa razy starannie ją obejrzał. System zachęt został przez nazistów dopracowany niezwykle sumiennie. Kiedy za zwycięstwo nad Polską i Francją Hitler nadał Göringowi unikatowy tytuł marszałka Rzeszy, wykonano dla niego w jedynym egzemplarzu „Krzyż Wielki Krzyża Żelaznego" ze złotą obwódką i na dodatek ośmioramienną gwiazdę z takim samym Krzyżem Żelaznym w środku. Wychodzi na to, że szejk dostał od Niemców wszystko, a on, Stalin, nie.
Właśnie wtedy Własik zameldował nie bez satysfakcji:
- Doniesiono mi, że wasz osobisty ochroniarz Timofiej Pokusaj zbiera niemieckie ordery.
- A ty, przygłupie, jak pilnowałeś? Dawaj mi go tutaj!
W taki oto sposób kolekcja Pokusaja przekoczowała do Gospodarza, ale samego kolekcjonera Stalin nie pozwolił na razie ruszać.
- No dobra! - przerwał Mołotowowi. - Z nazistami sprawa skończona!
Mołotow kiwnął głową, pociągnął łyk wystygłej herbaty. Stalin zasapał rozdrażniony i zaczął nabijać fajkę. Każdy z najbliższego otoczenia wodza dawno by już chętnie zaczął palić fajkę - bali się jednak, że taka urawniłowka nie przypadnie mu do gustu.
 Czyli że szejk Kuwejtu chce od nas Gwiazdy Generalissimusa, która w ogóle w przyrodzie nie istnieje? - cmokał, rozpalając w fajce tytoń. - Głupoty! Nam są potrzebni Amerykanie - ich żywność, ich maszyny. Na jaką cholerę mi ten szejk?!

***

W środku nocy jaskrawe światło wojskowych reflektorów zalało peron stacji kolejowej Kaiserbahnhof. Od willi Stalina w dzielnicy Babelsberg, odcinając najbliższe kwartały, ramię przy ramieniu stał potrójny pierścień wojska. W całym Poczdamie patrole zatrzymywały każdego podejrzanego i od razu odwoziły do komendantury. Od czasu do czasu strzelano do okien: ktoś pewnie usiłował wyjrzeć zza firanki. Pałac Cecilienhof w Nowym Parku, gdzie odbywało się spotkanie głów zwycięskich państw, opustoszał: ochronę zdjęto stamtąd jeszcze w ciągu dnia - nie była już do niczego potrzebna.
Półtora tysiąca czekistów przywiezionych tu do ochrony Stalina miało teraz kilka godzin wolnego i w tym czasie zaczęło przeszukiwanie znajdujących się wokół stacji domów. Wynosili z mieszkań kosztowności, naczynia, odzież - wszystko, co tam jeszcze zostało po przewaleniu się armii wyzwolicielki. Ściągali kobietom na ulicach pierścionki i wciskali je w kawałki mydła, które wcześniej zapobiegliwie wynieśli z plądrowanych domów. Przygotowując się do wyjazdu Gospodarza do Moskwy (zaraz po tym, jak ogłoszono im, kiedy to nastąpi), wlekli przez kordon wojska sakwojaże, skrzynki, worki, tobołki i ładowali zagrabione dobra do wagonów specjalnego pociągu podstawionego już na peronie.
Na dachach wagonów, na podkładach, przy osiach wagonów leżeli i pełzali sprawdzający wszystko ochroniarze w czarnych kombinezonach. Kiedy światło reflektorów nagle zgasło, w zupełnej ciemności wprost na peron wjechały dwa opancerzone packardy - przywieziono Stalina i Mołotowa. Obu bezszelestnie przeprowadzono - każdego do innego wagonu - przez szpaler rozglądających się czujnie na wszystkie strony oficerów służby bezpieczeństwa. Timofiej Pokusaj, zagwarantowawszy bezpieczeństwo lewego ramienia wodza podczas przejścia z samochodu, zawisł na stopniu wagonu, rozglądając się na lewo i prawo, dopóki stalowe drzwi nie zatrzasnęły się za ochranianym obiektem. Pociąg od razu ruszył. Do końca peronu biegli za nim z obu stron czekiści.
Ruch na całej trasie przejazdu, na wszystkich węzłowych stacjach aż do samej Moskwy, zamarł. Jeden jedyny króciutki skład stukotał po szynach. I na całej trasie długości niemal dwóch tysięcy kilometrów przez Niemcy i Polskę, a potem po ojczystej ziemi, dniem i nocą stały kordony wojska wraz ze specjalnymi służbami bezpieczeństwa. Jedni pilnowali drugich. Był rozkaz, by na stacjach strzelać do każdego, kto pojawi się na peronach. Pociąg ciągnęły dwie amerykańskie lokomotywy spalinowe dostarczone w ramach lend-lease'u. Już wcześniej wydano rozkaz skopiowania tej nowinki technicznej, aby w ślad za parowozem „Josif Stalin" pojawiła się także lokomotywa spalinowa z tym imieniem, jednak nie udało się wówczas skonstruować lokomotywy.
W wagonie Stalin zrzucił buty, ściągnął trencz, wyjął papierosa, zapalił go i od razu położył się na kozetce. Po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni pozwolił sobie na chwilę luzu, a i to nie do końca. Wojsko, ochrona osobista, wszystko to czuwa tam za oknem, ale na duszy i tak jakoś niespokojnie. Byle prędzej do domu.
Podróż do Poczdamu i Berlina okazała się nerwowa. Truman i Churchill przylecieli tam wojskowymi samolotami. Stalin bał się latać, dlatego też już wcześniej wydano zarządzenie zabraniające latania samolotami wszystkim członkom Biura Politycznego. Zabraniało ono przy okazji chodzenia po mieście pieszo - wiadomo to, co się może zdarzyć? W pociągu spał marnie, rano myślało mu się ciężko, musiał przecież zmienić zwykły tryb pracy i snu.
Ubierając się na konferencję, sowiecki wódz znowu okazał się nieprzewidywalny. Wsiadł do samochodu jako zwykły marszałek, chociaż wziął ze sobą do Poczdamu błękitny mundur generalissimusa ze srebrnymi pagonami i guzikami.
Pogłoski już się, oczywiście, rozeszły, ale błękitny mundur pozostał na wieszaku w rezydencji. Oczekiwano, że sowiecki lider przebierze się na wspólną kolację. Zachodni fotografowie wyczekiwali na pojawienie się dyktatora-generalissimusa przy wejściu do pałacu, ale ochrona bez trudu ich odsunęła. Stalin zaskoczył Trumana i Churchilla niezwykłą skromnością, pojawiając się na kolacji w tym samym, nieco już znoszonym mundurze marszałka, niemal bez odznaczeń. Następnego ranka znów zrobił na nich wrażenie, wkraczając drobnymi kroczkami do sali posiedzeń w tym samym stroju.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ta przeklęta bomba atomowa. Amerykanie zdetonowali ją w dniu otwarcia konferencji. Truman milczał i dał o tym znać Stalinowi dopiero osiem dni później. A przecież Stalin zaproponował przewodniczenie konferencji właśnie amerykańskiemu prezydentowi, bo Truman był bardziej neutralny od złego Churchilla. Ten zawsze pcha nos w nie swoje sprawy. Sami wiemy, jak mamy działać na naszym terytorium. Dobrze byłoby jednak uzyskać od Amerykanów jeszcze jakąś pomoc, ustępując za to w innych drobiazgach.
Wódz, oczywiście, blefował: obiecywał niezależność krajom Europy Wschodniej, chociaż aresztowania szły tam już pełną parą. Rządzących dobierał spośród swoich sługusów. Bał się, żeby go nie przechytrzyli, nie przejęli władzy, targował się o każdy drobiazg. A przecież uzyskał na konferencji w Poczdamie wiele: przyłączenie Królewca do ZSRR, okupację części Niemiec, reparacje, bezpłatną pracę jeńców niemieckich na najbliższe dziesięć lat. Jak pisały zachodnie gazety, Stalin miał dar hipnozy. Tymczasem było to coś całkiem innego. Jeśli jesteś uparty jak osioł, muszą ci ustąpić, inaczej zerwiesz negocjacje. Więc wytargował jeszcze połowę niemieckiej floty. Do Odessy przypłynął statek „Adolf Hitler", który nazwano „Rosja".
Ambicje rosyjskiego władcy w marszałkowskim mundurze drażniły zachodnich partnerów. Przed samym przyjęciem u Trumana Stalinowi zameldowano, o czym prezydent USA rozmawiał rano z Churchillem. Było jasne: fala amerykańskiej pomocy, która przesądziła o losach wojny, wysychała. Trzeba było włożyć mundur generalissimusa! Mogą sobie udawać demokratów, ale atrybuty silnej władzy robią wrażenie. Ale już za późno...
Przy wtórze stukotu kół pociągu i w błyskach migających za oknami świateł Stalin przekonał sam siebie, że mu się udało. Kiedy usłyszał od Trumana o bombie atomowej zdetonowanej przez Amerykanów, udał, że nie stało się nic specjalnego. Tak naprawdę, myślał sobie, gdyby przeprowadzili próbę nowej bomby w Nowym Meksyku wcześniej, nie byłoby sposobu uniknięcia presji ze strony Ameryki w Poczdamie i Rosja dostałaby dużo mniej.
Teraz Ameryka będzie mieć nas w nosie, to oczywiste. Będzie pomagać Niemcom. A kto zostanie z nami? Do włoskich kolonii się nie dobierzemy. Z Teheranu będzie trzeba wyprowadzić wszystkie wojska. Możemy liczyć tylko na własne siły. Nigdy nikomu nie wierzyłem - i zawsze miałem rację.
Sojusznicy mnie zdradzili, kręcą, przeszkadzają. Moja idea jednorodnej socjalistycznej Europy, nie tylko wschodniej, chwieje się w posadach, trzeba od niej odstąpić. W trakcie rozmów o Bliskim Wschodzie udawałem, że mnie to nie interesuje i - jak teraz widać - mądrze postąpiłem. Tanger, Syria, Liban trafiły pod zarząd Francji; Anglia, mać jej za nogę, szarogęsi się na Bliskim Wschodzie, a taką mam ochotę tam sięgnąć.
Stalin nie mógł zasnąć. Wstawał, prosił, żeby mu podano herbatę, wypił pół butelki wina - nic nie pomagało. Ostrożnie wyglądał przez szparę w zasłonach na zbrojonym oknie. Zaczęło świtać. Poza czołgami, które poustawiano przy przejazdach kolejowych, nic nie widział.
Sekretarz Poskriebyszew, słysząc, że Gospodarz wstał, zapukał i wsunął w drzwi wygoloną głowę błyszczącą jak niklowany czajnik. Odkaszlnął:
Chciałem zapytać, czy czegoś nie trzeba.
- Idź, idź, jak będziesz potrzebny, to cię zawołam... Zaczekaj... Gdzie jesteśmy?
- To Polska. Półtorej godziny temu minęliśmy Warszawę.
- I jak tam Warszawa?
- Martwe miasto, ruiny.
- A co będzie dalej?
- Niedługo Brześć, radziecka granica.
Stalin gestem pokazał Poskriebyszewowi, by zamknął drzwi. Znów spojrzał przez okno na terytorium, którym rozporządzał na mapie. Zapowiadał się pogodny dzień, Polska na wpół wymarła - poszarpane wybuchami zagajniki, zbombardowane gospodarstwa, sterczące w niebo gołe kominy, gdzieniegdzie chaty kryte słomą. Na łąkach wychudzone krowy i kozy, ludzie w łachmanach, ale teraz to wszystko nasze i jeśli wrogowie nie będą nam przeszkadzać, zaprowadzimy tu porządek. Zresztą jeśli będą przeszkadzać, uśmiechnął się zadowolony z siebie - również go zaprowadzimy.
Przemknęły zabudowania jakiejś stacji, pojawili się ludzie w wojskowych mundurach i Stalin przezornie zasunął storę. Zazgrzytały hamulce, pociąg zwolnił, koła zastukotały na zwrotnicach. Wagonem szarpnęło do tyłu i wódz zamarł. Dobiegły go odgłosy kroków. Słychać było jakiś ruch pod podłogą wagonu. Usłyszał komendy, miłą dla ucha rosyjską wiązankę, ktoś krzyknął: „Pójdziesz pod sąd!"
Gospodarz nie lubił swojego wagonu. Niepewna ruchoma konstrukcja cuchnąca w środku starymi meblami i pluskwami trzymała go w stałym napięciu. Narastało w nim rozdrażnienie spowodowane wolną jazdą, kołysaniem, hałasem, a teraz jeszcze te dodatkowe dźwięki spod podłogi.
Czas płynął bardzo wolno, Stalin poczuł się jak w klatce i nacisnął dzwonek. Wszedł Własik, wyprężył się jak struna, wciągając brzuch.
- Dlaczego nie jedziemy?
- Brześć. Zameldowano mi, że zmieniają rozstaw kół na naszą szerokość torów. Zazwyczaj zajmuje to dwie godziny, ale dla nas zrobią to w półtorej.
- A nie byłoby szybciej, gdybyśmy się po prostu przesiedli do innego pociągu?
- Mamy tylko jeden pociąg specjalny. Zamówić jeszcze jeden?
- Zastanowię się - odparł Gospodarz. - Siadaj, generale, czemu stoisz?
Miał ochotę spojrzeć w okno, ale nie należało tego robić, chociaż na peronie nie może być ani jednego przypadkowego człowieka. Wyciągnął się na kanapce i zapalił. Własik przysiadł na krawędzi krzesła.
- Jak tam teraz? - Stalin pokazał palcem na okno. - Bezpiecznie?
- Dopiero co odebrałem raporty. Wszystko otoczone przez wojska służb wewnętrznych - trzy kordony. Plac przed dworcem całkowicie oczyszczony. Wszystkie dojścia do dworca zamknięte. Pociągi odstawione na odległe bocznice. Na dachach pobliskich budynków pełno moich ludzi. Zrobiliśmy wszystko, żeby nie dopuścić do jakiejkolwiek prowokacji.
- To idziemy - Stalin zgasił niedopałek w popielniczce, cały czas patrząc na swojego głównego ochroniarza.
- Dokąd idziemy? - wystraszył się Własik.
- Jak to - dokąd? Pójdziemy sprawdzić, czy wszystko jest pod kontrolą.
Gospodarz włożył czapkę i ruszył korytarzem do wyjścia. W przedsionku wagonu Własik, wyprzedziwszy go, upewnił się, że nie ma nikogo postronnego. Ochroniarze natychmiast skupili się wokół wyjścia z wagonu. Stalin powoli zszedł ze schodków i ruszył wzdłuż pociągu. Własik wyprzedził go o pół kroku; szedł nieco z boku, ruchami głowy i spojrzeniami ustawiając na peronie swoich ludzi w cywilnych ubraniach. Lewym uchem Stalin słyszał pełne oddania posapywanie Pokusaja.
Miał wielką ochotę się obejrzeć, ale byłby to gest tchórzliwy. Dlaczego mnie dotąd nie zabili? - pomyślał, udając, że nie zauważa tej całej krzątaniny. Tylko dlatego, że nieustannie dbam o swoje bezpieczeństwo. A mimo wszystko kiedy jest bardziej niebezpiecznie? Kiedy pociąg jedzie czy kiedy stoi?
Nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie. Pospacerował wzdłuż pociągu, postał parę minut z czapką w ręce, pozwalając słońcu ogrzać rzednącą czuprynę. Wszyscy wokół również zamarli, czekali na jego kolejny gest. Odwrócił się i ruszył z powrotem. Troskliwie podtrzymano go za łokieć, gdy wsiadał. Wszyscy zostali na peronie, pociąg ruszył. Ochroniarze, jeden za drugim, powskakiwali do sąsiedniego wagonu. Pokusaj znów wisiał na stopniach, dopóki Własik nie zamknął drzwi za Gospodarzem.
Stalin usiadł przy stole. Przez te dwa i pół tygodnia nazbierał się cały stos papierów. Codziennie dostarczano je do Poczdamu wojskowym samolotem, ale prawie ich nie otwierał. Dopiero teraz zaczął je niechętnie przerzucać, niektóre podpisywał.
Jego myśli powróciły do meldunku Mołotowa o szejku Ahmadzie. Splatały się z negocjacjami w Poczdamie i przemknąwszy przez zakamarki jego mózgu, objawiły się jako bardziej istotne od innych.
Skąd kuwejckiemu szejkowi przyszło do głowy, że do stopnia generalissimusa dodaje się specjalne odznaczenie? Zapewne fanatyczny kolekcjoner szejk Ahmad najwyraźniej uznał, że jeśli mamy tak nowy wysoki stopień, to pojawi się także gwiazda. Naziści mieli stopień marszałka Rzeszy plus Wielki Krzyż. Szejk kierował się zapewne logiką Führera.
Wszyscy coś kolekcjonują: jeden porcelanę, drugi kobiety, trzeci etykiety zapałczane, inny pieniądze, samochody, a jeszcze inni pył historii - wszyscy poza niewielkim odsetkiem obojętnych. Ci nie zbierają nic, marnują życie. Wódz nie należał do obojętnych, o nie. Ale co kolekcjonował?
O, Stalin był wielkim kolekcjonerem! Jego kremlowska wysokość zbierał dossier tych, których w danym momencie uważał za wiernych, ale też tych, których się bał i którym już nie ufał. W młodości czynił to wszystko w pamięci, potem miał przy sobie człowieka odpowiedzialnego za kartotekę.
Główne role odgrywali tu nie ludzie, lecz zgromadzone o nich informacje. Stalin, drobiazgowo uważny kolekcjoner żywych i martwych, przez całe swoje życie tworzył z tej kolekcji system, sortował ludzi ze swojego otoczenia, regularnie zastępując wiernych jeszcze wierniejszymi, tych pierwszych zaś likwidował. Tak samo zbieracz motyli bez najmniejszego żalu wyrzuca do kosza uszkodzone egzemplarze, jeśli z ich skrzydeł starł się pyłek. Miał też dossier całych narodów, których nie lubił i z którymi się rozprawiał. Nikt na świecie nie miał takiej kartoteki.
Stalin zrozumiał szejka Ahmada kolekcjonera jak kolekcjoner i postanowił uszanować jego pasję. Tak, w gadaninie o Gwieździe Generalissimusa coś jest - targ, transakcja, jaką obaj ludzie Wschodu przeprowadzą. I atuty otrzyma chytrzejszy. Jeśli szejk chce mieć taki unikatowy order w swojej kolekcji, będzie skłonny oddać Stalinowi pewne przysługi!
Strategicznie dla Ahmada sprawa jest jasna. To my rozgromiliśmy Hitlera i uratowaliśmy Kuwejt od przekształcenia w faszystowską kolonię. Teraz jednak to, czego nie był w stanie uzyskać Hitler, my, bolszewicy, mamy w zasięgu ręki. Zachód okazał się sojusznikiem niegodnym zaufania, nie jest naszym przyjacielem, towarzyszem. Zachód jest nam wilkiem. Chiny - tak, są nasze, ale na razie nie mają dość siły. Teraz należy ruszyć w kierunku arabskim.
Wódz poczuł, że chwycił w końcu byka za rogi. Kuwejt trzyma się w izolacji od innych krajów arabskich - to „arcyważny" moment, jak zwykł mawiać były wódz Lenin. Najważniejsze, że nawiązując przyjaźń z szejkiem, otrzymujemy klucz do bram Bliskiego Wschodu, do krajów arabskich, a nawet otwieramy drogę do Indii. Przez Kuwejt przywędrują do nas bogactwo i realna siła. Wyprzemy stamtąd naszego zarozumiałego sojusznika, Anglię, i nie dopuścimy, aby wepchnęła się tam Ameryka.
Jedyna sensowna propozycja złożona niegdyś przez Lenina, rozmyślał nadal Gospodarz, to terror. Będziemy przygotowywać muzułmańskie kadry rewolucyjne, które zagwarantują wielki pochód Arabów na gnijący Zachód. Cała Europa prędzej czy później będzie nasza, to dla Stalina było jasne od dawna. Teraz jednak stało się jasne jeszcze jedno: dojdzie do tego nie dzięki czołgom, które są w stanie dotrzeć do Portugalii w ciągu czterech dni. Przejmiemy władzę nad ropą, podporządkowując sobie Kuwejt, potem utrwalimy swoją siłę wśród najbliższych sąsiadów, a potem cały świat, wszystko znajdzie się w naszych rękach. Zdławimy Zachód rękami Wschodu.
Pociąg szarpnął i zaczął nabierać szybkości.
Czyżby rzeczywiście dla naszego zwycięstwa nad krajami arabskimi i - szerzej - nad tą częścią świata potrzebny był tylko taki drobiazg jak Gwiazda Generalissimusa?
Stalin zatarł ręce, uradowany swoim genialnym olśnieniem. Szejk marzy o tym, żeby zostać emirem? Oczywiście pomożemy mu. Diabeł tkwi w szczegółach. Szejk Ahmad się nie pomylił: Gwiazda Generalissimusa będzie!
Nacisnął guzik, wzywając Poskriebyszewa. Ten wbiegł na palcach.
- Wezwij mi tu Mołotowa. I niech podadzą śniadanie.
- Mołotow śpi, towarzyszu Stalin.
- Zmęczyły go negocjacje... Jednak go obudź.
Chociaż za oknami był dzień, w wagonie nadal panowała noc. Czekając na Mołotowa, Stalin palił i myślał nie o ropie, lecz o sobie. Oczywiście, otaczają go ludzie niegodni zaufania i należy ich zastąpić innymi. Ale gdzie gwarancja, że nowi będą bardziej oddani i nie zaczną intrygować? Gdzie gwarancja, że Amerykanie nie podłożą nowej świni? Nie, w obecnej sytuacji niezbędne jest jeszcze wyjście awaryjne. Iwan Groźny na wypadek smuty umawiał się z królową angielską, że udzieli mu azylu w Anglii. W analogicznej sytuacji to my przydamy się Ahmadowi. Przecież Anglicy mogą go wygnać z kraju. A my obiecamy, że może liczyć na azyl u nas. I ta umowa będzie wzajemna.
Stalin wziął z podsuniętej tacy miskę z twarogiem, dołożył łyżkę śmietany i wymieszał. Zdjął przykrywkę z czajniczka z esencją, powąchał: herbata była gruzińska, z leczniczymi ziołami poprawiającymi potencję. Łyżeczka w szklance ze srebrnym koszyczkiem się chwiała, znieruchomiała jednak, kiedy nalał herbaty.
Wszedł Mołotow wymięty, w laczkach. Czekał z uszanowaniem, aż Stalin wypije herbatę.
- A więc tak, Mołotow: trzeba dostarczyć szejkowi mój osobisty list - wszystko jedno jak. Poślij do Kuwejtu swojego zastępcę.
- K-kiedy? - zaspany znów się jąkał, ale Stalin nie zwracał na to uwagi.
- Natychmiast. Niech wybada, czy Ahmad byłby skłonny złożyć nieoficjalną wizytę w Związku Radzieckim? Tylko po cichu, póki sojusznicy nas jeszcze nie uprzedzili.
- A c-cel w-wizyty?
- Czyj cel - nasz czy jego? Zgodnie z traktatem, który podpisałeś trzy dni temu, będziemy musieli wycofać wojska z Iranu, tak? A przecież musimy mieć jakichś przyjaciół wśród Arabów. Jak sądzę, Ahmad nie przybędzie na próżno. Kiedy możemy go oczekiwać?
- O ile wiem - rzekł Mołotow - już ustalono termin jego spotkania z królem Jerzym VI w Londynie.
- Uda się samolotem czy statkiem?
- Podobno lubi latać.
- To dobrze! Spróbujemy namówić szejka, aby po drodze wpadł do nas choćby na jeden dzień. Nie pożałuje! W moim liście jest mowa o tym, że towarzysz Stalin ma dla niego miłą niespodziankę.
- J-jaką niespodziankę? - Mołotow ze zdziwienia otworzył usta.
- Potem się dowiesz. A teraz wysyłaj szyfrogram do ministerstwa i śpij dalej.
Stalin odsunął tacę, postękując, wstał z kozetki i wskazał gościowi drzwi.

***

Artystę jubilera wzięto nie z mennicy, gdzie są wykonywane wszystkie sowieckie ordery i medale, lecz z miejsca mniej rzucającego się w oczy - z Moskiewskich Zakładów Jubilersko-Zegarmistrzowskich na ulicy Puszecznej. Puzankow, według opinii przełożonych, pracownik z długoletnim stażem, został sprawdzony jeszcze przed poprzednimi specjalnymi zamówieniami: to on był autorem Gwiazdy Marszałkowskiej i Orderu Zwycięstwa.
Prześledzono całą jego przeszłość i niczego nagannego nie znaleziono. Zaczął terminować jako wyrostek, a potem dwadzieścia lat przepracował w jednym dziale. Mieszkał tuż obok w zaułku Stolesznikowym. Do samochodu czekającego przed bramą fabryki wyprowadziło go dwóch cywilów. Rzecz jasna na portierni nikt nie zapytał ich o przepustki.
Dokąd mnie zabieracie?... - zapytał tylko Puzankow, chociaż już dwa razy go zabierali i sam się domyślił.
- Dowiesz się na miejscu...
Niebo było zaciągnięte chmurami. Nie wiadomo, czy spadnie deszcz, czy się powoli wypogodzi. Jeszcze dość wcześnie, a zrobiło się ciemno. W niedzielę Puzankow był na rybach, przewiało go i teraz pokasływał, ciekło mu z nosa i smarkał co chwila w chusteczkę. Niby zaczęło mu powoli przechodzić, ale ze strachu objawy choroby się nasiliły: raz się pocił, raz znowu miał dreszcze.
Samochód z zasłoniętymi oknami przywiózł go na Bliższą Daczę. W niewielkim domku przed drugim rzędem ogrodzenia, gdzie paląc papierosy, kłębiła się ochrona, rozsiadł się również z papierosem generał Własik, rozwaliwszy nogi na pół pokoju. Puzankow widział komendanta ochrony Stalina już dwukrotnie, poznał go i z satysfakcją stwierdził, że się nie pomylił. Własik też go poznał (miał absolutną pamięć do twarzy), powoli przesunął językiem papierosa z jednego kącika ust w drugi.
- A, jubiler Puzankow. - Obejrzał go i powiedział do żołnierzy: - Wynoście się wszyscy za drzwi, musimy se tu pogadać. Wiesz, Puzankow, jak masz się zachowywać?
- Przecież niby pamiętam, wtedy mi pan wszystko wyjaśniał.
- Niby? Czyli tak: jak pozwolą ci usiąść, siadaj. Mów tylko wtedy, gdy cię o coś zapytają. Sam żadnych tam pytań czy próśb - ani, ani! Na boki się nie rozglądaj, nie jesteś w cyrku. Chodź no tu bliżej.
Generał podniósł się z ławki. [...]
 

Pierwszy dzień reszty życia jest powieścią synkretyczną. Łączy w sobie mianowicie co najmniej kilka wątków fabularnych: sensacyjno-szpiegowski, polityczny, historyczny, łotrzykowski, autotematyczny; można by też ją też nazwać satyrycznym pamfletem, farsą lub rosyjsko-amerykańskim love story. Jest w niej również obecny dyskurs filozoficzny: rozważania o sensie ludzkiej egzystencji, spór Szatana z Bogiem o dusze ludzkie. [...]

Postmodernistyczna gra, parodiowanie klasyków, ironia, ale i reportażowość, dokumentalizm są tu ze sobą zręcznie powiązane. Czyta się ta książka świetnie, i to nie tylko ze względu na dynamicznie rozwijającą się akcję i umiejętnie dozowane napięcie, lecz także humor, dowcip, żart, który bawi i śmieszy, zmuszając do myślenia.
Alicja Wołodźko-Butkiewicz

Powadze jego utworów, porównywalnej do dzieł Sołżenicyna, towarzyszy zjadliwy humor rodem z Bułhakowa.
„Observer"

Drużnikow łączy poczucie humoru z fantastyczną zdolnością mówienia między wierszami.
Isaac Bashevis Singer
 

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...