Wszystko płynie

(Всё тёчет)

Wasilij Grossman

gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Wiera Bieńkowska
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1961
rok wydania pol.: 2010
ISBN: 978-83-7414-813-9
liczba stron: 240
format: 13,9 x 20,2 cm

W lutym 1961 roku, po całodziennej rewizji w mieszkaniu Grossmana, kagiebiści skonfiskowali wszystkie kopie Życia i losu - nawet bruliony i kalkę z maszyny do pisania. Jakimś cudem zostawili jednak w spokoju maszynopisy kolejnej, kto wie, czy nie bardziej nieprawomyślnej powieści Wszystko płynie.

ZSRR, niedługo po śmierci Stalina. Po blisko trzydziestu latach więzień łagrów Iwan Grigorjewicz wychodzi na wolność. Nikt na niego nie czeka. Ukochana kobieta dawno wyszła za mąż, stryjeczny brat obawia się, że utrzymywanie kontaktów z Iwanem może zaszkodzić jego karierze naukowej. Były łagiernik nie oczekuje jednak zbyt wiele. Usiłuje rozpocząć nowe życie i przystosować się do radzieckiej rzeczywistości.

W opis wydarzeń związanych z powrotem Iwana wplecione są jego wspomnienia z więzienia i obozów, refleksje na temat wolności, zniewolenia i mechanizmów działania władzy oraz historie ludzi - współlokatorki Iwana, która była świadkiem głodu na Ukrainie, ukraińskiej rodziny Karpienków, starego bolszewika, który padł ofiarą wielkiej czystki, żony wroga ludu aresztowanej i wywiezionej do łagru.

Wszystko płynie to nie tylko niepospolite dzieło literackie i głęboki traktat historiozoficzny, ale także autentyczna i poruszająca opowieść o ludzkich losach.

z recenzji:

Wszystko płynie to książka jeszcze bardziej krytyczna wobec radzieckiego społeczeństwa niż Życie i los.
„The New York Review Books"

Życie i los oraz Wszystko płynie to powieści, które pod względem zaangażowania emocjonalnego i historycznego znaczenia stoją w jednym rzędzie z Archipelagiem GUŁag jako najbardziej antyradzieckie książki wszech czasów.
„The New Yorker"

Niewiele jest powieści, które mierzą się z ludzkim cierpieniem na taką skalę, jak ta... Poszczególne obrazy udręki składają się na rozdzierający serce wgląd w to, co niepojęte.
„Publishers Weekly"

Grossman na nowo formułuje stare prawdy o fundamentalnej naturze wolności.
„The New York Times"

Wspaniała, odważna powieść.
„Library Journal"

Wielka książka, testament literacki i polityczny Wasilija Grossmana.
www.lagedhomme.com

Fragment I

Żyje zbudowane przez Stalina państwo pozbawione wolności. Nie wymknęła się z rąk partii stworzona przez Stalina potęga przemysłu, sił zbrojnych, organów ścigania. Niewola po dawnemu triumfuje niezmiennie od morza do morza. Prawo wszechobecnego teatru nadal obowiązuje, wciąż działa ten sam system wyborów, ciągle tak samo pozostają skute niewolnictwem robotnicze związki zawodowe, ciągle tak samo bezgranicznie zniewoleni chłopi nie mają dowodów osobistych, ciągle tak samo, z równym talentem, pracuje, jazgocze i skrzeczy w antyszambrach inteligencja wielkiego kraju.


Fragment II

Iwan Grigorjewicz spędził w Leningradzie trzy dni. Dwa razy krążył w pobliżu uniwersytetu, pojechał na Ochtę, do Instytutu Politechnicznego, szukał ulic, przy których mieszkali niegdyś jego znajomi, i nie znajdował ani tych ulic, ani domów zburzonych podczas blokady, a jeśli nawet znajdował je czasem, na czarnych tablicach wywieszonych w bramach nie było znajomych nazwisk.
Chodził ulicami czasem spokojny, roztargniony - otaczały go twarze z więzienia, rozmowy obozowe, a czasem - ugodzony jakimś wspomnieniem młodości - długo stał przed znajomym domem, na znajomym rogu. Był w Ermitażu, ale wyszedł znudzony i obojętny. Czy to możliwe, że obrazy pozostawały tak piękne przez wszystkie te lata, podczas których on się starzał w obozie? Dlaczego się nie zmieniły, dlaczego nie postarzały się te cudowne Madonny, dlaczego oczy nie oślepły im od łez? Może ta wiecznotrwałość i ta niezmienność stanowią ich słabość, a nie potęgę? Może w ten sposób sztuka zdradza człowieka, który ją stworzył?
Pewnego dnia szczególnie poruszyło go nagłe wspomnienie. Samo wydarzenie było zupełnie przypadkowe i błahe: pomógł kiedyś starej kulawej kobiecie wnieść koszyk na trzecie piętro, a gdy zbiegł potem na dół po ciemnych schodach, zamarł nagle ze szczęścia - wiosna, kałuże, marcowe słońce!
Podszedł do domu, w którym niegdyś mieszkała Ania Zamkowska. Wydawało mu się niemożliwe, że zobaczy znowu wysokie okna, ściany oblicowane granitem, bielejące w półmroku marmurowe schody, metalową siatkę wokół windy. Ileż razy wspominał ten dom! Odprowadzał tu Anię po nocnych spacerach, stał zazwyczaj na dole i czekał, aż w jej oknie zapali się światło. Ania mówiła: „Jeśli wrócisz z wojny niewidomy, bez nóg i rąk, to i tak będę szczęśliwa, nie przestanę cię kochać".
Zobaczył kwiaty w uchylonym oknie. Postał chwilę pod bramą i odszedł. Serce biło mu spokojnie - tam, za drutami, kobieta, którą uważał za zmarłą, była mu bliższa niż dzisiaj, kiedy stał pod jej oknem.
Poznawał miasto i nie poznawał go. Wiele rzeczy wydawało mu się takimi samymi jak dawniej, jak gdyby zaledwie kilka godzin temu szedł tymi ulicami, ale niektóre dopiero niedawno powstały - domy, ulice, a na miejscu tego, co znikło, nie było nic.
Nie zdawał sobie jednak sprawy, że nie tylko miasto się zmieniło, on także się zmienił. Interesowało go co innego niż dawniej, inne było też jego poszukujące spojrzenie.
Widział teraz w mieście to, czego dawniej nie dostrzegał, jak gdyby przeniósł się z jednego piętra życia na inne. Ukazały mu się bazary z ciuchami, komisariaty milicji, biura paszportowe, knajpy, biura pośrednictwa pracy, ogłoszenia o werbunku siły roboczej, szpitale, poczekalnie dworcowe dla podróżnych czekających na pociąg... A świat afiszów teatralnych, filharmonii, antykwariatów z książkami, stadionów, audytoriów uniwersyteckich, czytelni i sal wystawowych przestał dla niego istnieć, przeszedł do czwartego wymiaru.
Dla człowieka dotkniętego chroniczną chorobą istnieją w mieście tylko apteki i szpitale, przychodnie i komisje lekarskie. Dla pijaka miasto składa się z jednej półlitrówki na trzech. Dla zakochanego zaś miasto to tylko wskazówki zegarów miejskich pokazujące godziny randek, ławki na bulwarach, dwukopiejkowe monety do automatów telefonicznych.
Niegdyś na ulicach tych spotykał wszędzie znajomych, okna kolegów świeciły się wieczorami. Teraz z więziennej pryczy uśmiechały się do niego znajome oczy, a blade wargi mówiły szeptem:
- Cześć, Iwanie Grigorjewiczu!
Tutaj, w tym mieście, znał niegdyś ekspedientów w księgarniach i sklepach spożywczych, gazeciarzy z kiosków i sprzedawczynie papierosów.
W Workucie podszedł do niego nadzorca i powiedział:
- Znam cię, byłeś w etapowym, w Omsku.
Dziś w wielotysięcznym tłumie leningradczyków Iwan Grigorjewicz nie widział znajomych twarzy i nie dostrzegał nic znajomego u nieznajomych. W ogólnym wyglądzie ludzi zaszły ogromne zmiany.
Widoczne i niewidoczne więzy znikły, zostały zerwane - zerwał je czas, masowe zesłania po zabójstwie Kirowa. Zerwały je burze, zasypały śniegi i kurz Kazachstanu, zniweczył pomór blokady, nie ma tych więzów - Iwan Grigorjewicz szedł ulicami Leningradu samotny, obcy...
Wędrówka milionowych mas ludzkich doprowadziła do tego, że na ulicach Leningradu roiło się od przybyszów z głębi kraju, ludzi o jasnych oczach i wystających kościach policzkowych, a w barakach obozowych Iwan Grigorjewicz raz po raz natykał się na grasejujących petersburżan o smutnym spojrzeniu.
Prospekt Newski i zabita dechami wieś ruszyły ku sobie, zmieszały się nie tylko w autobusach i mieszkaniach, lecz także na stronicach książek i pism, w salach konferencyjnych instytutów naukowych. Iwan Grigorjewicz poczuł atmosferę koszar obozowych, patrząc na okna leningradzkiego komisariatu milicji, słuchając przy wspaniale zastawionym stole wywodów swojego stryjecznego brata, przyglądając się wywieszce biura paszportowego... Wydało mu się nagle, że drut kolczasty już nie jest potrzebny: życie na swobodzie zostało w swojej najgłębszej istocie zrównane z obozowym barakiem.
W ogromnym kotle osnutym kłębami ognistego dymu i parą wrzało, bulgotało, i niejeden sądził, że tylko on rozumie, jakie prawo rządzi tym wrzeniem, wie, jak nawarzono w tym kotle piwa i kto ma je wypić.
Iwan Grigorjewicz w swych żołnierskich buciorach znalazł się znowu przed Jeźdźcem Miedzianym o bosych jak bóstwo stopach i głowie przystrojonej laurowym wieńcem. Kiedy przechodził tędy przed trzydziestu laty jako młody człowiek, Piotr z brązu był potężny. Oto wreszcie spotkanie z kimś znajomym.
Chyba ani przed trzydziestu, ani przed stu trzydziestu laty, kiedy Puszkin przyprowadził na ten plac swojego bohatera, wspaniały Piotr nie tchnął takim majestatem jak dzisiaj. Nie było na świecie siły większej niż ta, którą on uosabiał, wyrażał całą swoją postacią - majestatycznej siły wielkiego państwa. Siła ta rosła, wzmagała się, panowała nad polami, fabrykami, biurkami poetów i uczonych, nad budową kanałów i tam, nad kamieniołomami, nad tartakami i wyrębami; potęga ta mogła ogarnąć i ogromne przestrzenie, i ukryte głębie serc ludzi nią urzeczonych, składających jej w dani swoją wolność, a nawet samo pragnienie wolności.
- Sankt Petersburg, sanpunkt, Sankt Petersburg, sanpunkt - powtarzał Iwan Grigorjewicz.
Niedorzeczne podobieństwo tych słów zdawało się wyrażać ukryty związek między wielkim jeźdźcem a obozowym nędzarzem.
Iwan Grigorjewicz nocował na dworcu w poczekalni dla podróżnych jadących tranzytem. Wydawał najwyżej dwa ruble dziennie i nie spieszył się z opuszczeniem Leningradu.
Trzeciego dnia natknął się na znajomego, o którym często myślał w obozie.
Rozpoznali się od razu, choć Iwan Grigorjewicz wcale nie był podobny do studenta trzeciego roku, a Witalij Antonowicz Piniegin w popielatym palcie i pilśniowym kapeluszu nie przypominał ani trochę młodzieńca w wytartym studenckim mundurze.
Na widok osłupiałego ze zdumienia Piniegina Iwan Grigorjewicz powiedział:
- Co, myślałeś, że dawno nie żyję?
Piniegin rozłożył ręce.
- Przecież już z dziesięć lat temu mówiono, żeś ty tego...
Piniegin patrzył żywymi, inteligentnymi oczami, wpatrywał się w samą głąb oczu Iwana Grigorjewicza.
- Bądź spokojny - odparł Iwan Grigorjewicz. - Nie przybyłem z tamtego świata i nie uciekłem z katorgi, co byłoby jeszcze gorsze. Tak samo jak ty mam dowód osobisty i inne potrzebne rzeczy.
Te słowa oburzyły Piniegina:
- Spotykając starego kolegę, nie pytam, czy ma dowód osobisty.
Ten zaszedł daleko, ale pozostał w głębi serca równym chłopem.
O czymkolwiek mówił - o swoich synach, o tym, że Iwan Grigorjewicz bardzo się zmienił, „ale od razu cię poznałem" - oczy jego jak urzeczone chciwie obserwowały dawnego kolegę.
- Tak więc to wygląda, z grubsza biorąc - powiedział Piniegin. - Cóż mam ci jeszcze opowiedzieć?
„Lepiej byś opowiedział..." - Piniegin zamarł na chwilę, ale Iwan Grigorjewicz nic takiego oczywiście nie powiedział.
- O tobie nic przecież nie wiem - rzucił Piniegin.
I znów chwila oczekiwania, czy Iwan Grigorjewicz nie odpowie na to: „Umiałeś przecież sam opowiadać o mnie, kiedy było trzeba, cóż ja tobie mam opowiadać?".
Ale Iwan Grigorjewicz nic nie odpowiedział i machnął ręką.
Piniegin nagle zrozumiał: Wańka nic nie wie i nie może wiedzieć. Nerwy, nerwy... Że też właśnie dzisiaj wysłał samochód do przeglądu! Jakoś niedawno przypomniał sobie Iwana i pomyślał - a nuż jakiś krewny uzyska jego pośmiertną rehabilitację. Przeniesienie z martwych dusz do żywych! I oto nagle, w biały dzień, on - Iwan, Wania! Trzydzieści lat tam odbębnił i w kieszeni ma pewnie papier: „Wobec braku cech przestępstwa".
Spojrzał znów w oczy Iwanowi Grigorjewiczowi i ostatecznie uznał, że Iwan o niczym nie wie. Zawstydził się swoich palpitacji, zimnego potu, mało przecież brakowało, a wybuchnąłby płaczem, zaniósłby się szlochem jak dziecko.
Pewność, że Iwan nie plunie mu w twarz, nie zażąda wyjaśnień, wprawiła Piniegina w euforię. Z niezupełnie zrozumiałą dla siebie samego wdzięcznością powiedział:
- Posłuchaj, Iwanie, tak po prostu, po robociarsku, mój ojciec był przecież kowalem, może ci trzeba pieniędzy? Wierz mi, po koleżeńsku, ze szczerego serca...
Iwan Grigorjewicz bez wyrzutu, z żywą, smutną ciekawością spojrzał wprost w oczy dawnemu koledze i ten przez króciutką chwilę, zaledwie przez ułamek sekundy, miał wrażenie, że i ordery, i daczę, i władzę, i siłę, i piękną żonę, i udanych synów badających jądro atomu - wszystko to warto oddać, byleby nie czuć na sobie tego spojrzenia.
- No, bądź zdrów, Piniegin - powiedział Iwan Grigorjewicz i ruszył w stronę dworca.

[...]


„Co mnie podkusiło, żeby pójść pieszo" - powtarzał w duchu Piniegin. Nie miał ochoty myśleć o tym, co było ciemne i złe, co spało przez kilkadziesiąt lat i nagle się obudziło. Nie zły postępek go gniewał, ale głupi przypadek - przypadkowe spotkanie z człowiekiem, któremu zgotował niegdyś zgubę. Gdyby się nie spotkali na ulicy, to, co spało, nie obudziłoby się nigdy.
Ale przeszłość się obudziła i Piniegin bezwiednie coraz mniej myślał o głupim przypadku, a coraz bardziej się niepokoił i kajał: „Cóż, to przecież prawda, to właśnie ja na Wanieczkę doniosłem, a mogłem tego nie robić. I złamałem człowiekowi życie, niech go diabli wezmą. Spotkalibyśmy się teraz i wszystko by było w porządku. Ach, cholera, takie paskudztwo się poruszyło w sercu, jakbym sięgnął do torebki jakiejś kobiety, ona mnie złapała za rękę, a naokoło wszyscy moi referenci, sekretarze, kierowca. Och, och, nieszczęście, wprost żyć się nie chce po takim paskudztwie! Może całe moje życie to świństwo. Należało żyć zupełnie inaczej".
Nie na żarty wstrząśnięty Piniegin wstąpił do restauracji Inturistu, gdzie od dawna wszyscy go znali: i kierownik, i kelnerzy, i szwajcar.
Na jego widok dwaj szatniarze wybiegli zza bariery, powtarzając: „Prosimy, prosimy", i parskając jak konie, jeden przez drugiego sięgali po jego okrycie. Mieli przenikliwe oczy, bystre oczy cwaniaczków z szatni restauracji Inturistu, którzy potrafią dobrze zapamiętać, kto przychodził, jak był ubrany i co mimochodem powiedział. A już Piniegina ze znaczkiem deputowanego do Rady Najwyższej traktowali serdecznie, wylewnie, niemal jak swojego bezpośredniego szefa.
Bez pośpiechu, czując pod stopami uległą, a zarazem sprężystą miękkość dywanu, Piniegin wszedł do wysokiej i obszernej sali restauracyjnej. Panował tam uroczysty półmrok. Piniegin głęboko odetchnął spokojnym, chłodnym i jednocześnie ciepłym powietrzem i obrzucił wzrokiem stoliki nakryte wykrochmalonymi serwetami, na których delikatnie połyskiwały kryształowe flakony z kwiatami, puchary i kieliszki. Skierował się do dobrze sobie znanego przytulnego kąta pod misternie wyciętymi liśćmi rododendronu.
Szedł między stolikami, na których stały chorągiewki wielu państw świata. Wyglądało to tak, jakby były to liniowce i krążowniki, a on - dowódca tej floty - przyjmował defiladę.
Z owym poczuciem wodzostwa, które tak pomagało mu w życiu, Piniegin usiadł przy stoliku, bez pośpiechu wyciągnął rękę po oliwkowo-granatowe, podobne do dyplomu laureata menu i otworzywszy je, zagłębił się w dziale „Zakąski zimne".
Przeglądając nazwy dań wydrukowane w jego ojczystym języku i w innych najważniejszych językach świata, Piniegin przewrócił sztywną kartę, spojrzał na stronę „Zupy", poruszył ustami i zerknął na „Dania mięsne... dziczyzna".
Kiedy się zastanawiał, co ma wybrać - danie mięsne czy dziczyznę, kelner, widząc jego wahanie, powiedział:
- Polędwica dzisiaj wyjątkowo dobra.
Piniegin długo milczał.
- No, jak polędwica, to polędwica - zdecydował wreszcie.
Siedział w półmroku, w ciszy, z przymkniętymi oczami i głębokie przekonanie, że żyje jak należy, walczyło w nim z niepokojem i przerażeniem, przerażeniem, które nagle w nim zmartwychwstało z ogniem i lodem skruchy.
Ciężki aksamit przysłaniający drzwi do kuchni drgnął i Piniegin dostrzegł łysinę kelnera: „Mój!".
Taca wypłynęła z półmroku, Piniegin zobaczył różowawoszare plasterki łososia wśród żółtych słoneczek cytryny, ciemny kawior, cieplarnianą zieleń ogórków, strome boki karafki z wódką i butelki z borżomi.
Nie był właściwie wielkim smakoszem i nawet nie czuł się bardzo głodny, ale właśnie w tej chwili stary człowiek w waciaku przestał zakłócać jego niezłomne przekonanie o słusznym wyborze postawy życiowej.

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...