Złowroga pętla

(Смерть ради смерти / Smiert’ radi smierti)

Aleksandra Marinina

gatunek: kryminał
tłumaczenie: Elżbieta Rawska
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1995
rok wydania pol.: 2006
ISBN: ISBN 83-7414-168-9
liczba stron: 356
format: 12,5 x 19,5 cm
Kolejne śledztwo major Anastazji Kamieńskiej dotyczy banalnej z pozoru sprawy – małżeństwo, które adoptowało w tajemnicy dziecko, jest teraz z tego powodu szantażowane. Szybka interwencja milicji doprowadza do ujęcia przestępcy. Szantażysta zeznaje, że o adopcji dowiedział się od zamordowanego kilka tygodni wcześniej oszusta. Przypadek małżeństwa okazuje się jedną z czterech spraw, którymi interesował się nieboszczyk. Pozostałe dotyczyły chuligańskiego wybryku wysoko postawionej osoby, napadu na bank i samobójstwa zdolnego naukowca. Czy są one ze sobą powiązane? Kamieńska próbuje to wyjaśnić. Jednocześnie zauważa nagły wzrost przestępczości w jednym z rejonów Moskwy…

Złowroga pętla
to doskonale napisana powieść kryminalna z intrygującą fabułą, wartką akcją i mroczną atmosferą dzisiejszej Moskwy.


[Wydawnictwo W.A.B.]
 

ROZDZIAŁ I

Fragment 1

Olga Krasnikowa ze złością cisnęła słuchawkę na widełki.
– Znów? – posępnie zapytał mąż.
Olga w milczeniu skinęła głową. Już od dwóch tygodni jakiś człowiek nękał ich telefonami, grożąc, że jeśli nie zapłacą dziesięciu tysięcy dolarów za milczenie, opowie Dimie, iż kiedyś go usynowili.
– Dość tego, Olu, trzeba porozmawiać z Dimą. Nie można tej sprawy ukrywać w nieskończoność.
– No coś ty? – Olga aż załamała ręce. – Jak to sobie wyobrażasz? Nie, za nic!
– Zrozumże – zirytował się Paweł Krasnikow. – Nie możemy dać się zaszantażować. Nie wyjdziemy potem z długów przez całe lata. Zresztą skąd weźmiemy takie pieniądze? A co, jeśli facet na tym nie poprzestanie i będzie wysuwał dalsze żądania? Zaczniemy się wyprzedawać, oszczędzać na jedzeniu i ograniczać inne konieczne wydatki. I jak to wyjaśnimy Dimie? Tak czy owak, będziemy zmuszeni powiedzieć mu prawdę.
Olga ciężko usiadła na krześle i rozpłakała się.
– Ale... nie wiem, jak to zrobić... Jest w takim wieku... Widzisz przecież, że trudno mu teraz samemu sobie ze sobą poradzić, jego charakter dopiero się kształtuje... I ta historia z dżinsami... Jak zareaguje, kiedy się dowie?... Pasza, boję się. Może lepiej nic Dimie nie mówić?
– Trzeba mu powiedzieć – odparł szorstko Paweł. – I zaraz to zrobię.
Zdecydowanym krokiem wyszedł z kuchni, zostawiając płaczącą żonę samą.
Piętnastoletni Dima siedział w swoim pokoju nad lekcjami. Wysoki, niezgrabny, o długiej, dziecięco cienkiej szyi i w butach rozmiar czterdzieści cztery, przypominał młodego strusia. Zawsze był spokojnym, posłusznym chłopcem – i nagle ta idiotyczna, zupełnie niezrozumiała historia z dżinsami, które chciał ukraść w sklepie. Został zresztą przyłapany przez ekspedientki na gorącym uczynku, wezwano milicję, spisano protokół, a chłopca zatrzymano. Olga i Paweł zakrzątnęli się, pożyczyli pieniądze i porozumieli się z adwokatem, który obiecał, że jeśli nie uda się uniknąć sprawy sądowej, to przynajmniej szybko wyciągnie chłopaka z aresztu. Rodzice długo łamali sobie głowy nad tym, co się nagle stało z ich cichym, uległym i posłusznym synem. Sam Dimka nie potrafił swojego postępku sensownie wyjaśnić. Zdarzenie miało miejsce cztery miesiące temu, i od tej pory chłopiec zachowywał się jeszcze spokojniej i grzeczniej, zaczął się nawet lepiej uczyć. Wyglądało na to, że on też nie rozumie, co go wtedy naszło...
Paweł wszedł do pokoju syna i usiadł na kanapie.
– Muszę z tobą poważnie porozmawiać, Dmitrij.
Chłopiec podniósł wzrok znad zeszytu i z niepokojem popatrzył na ojca.
– Na pewno nic nie wiesz o tym, że mama i ja mamy kłopoty... – zaczął Krasnikow.
– To... z powodu tych dżinsów? – nieśmiało zapytał Dima.
– Nie, synku. Od dwóch tygodni dzwoni do nas jakiś człowiek i żąda pieniędzy. Dużych pieniędzy, dziesięciu tysięcy dolarów.
– Za co?! – zdumiał się chłopiec. – Co, popełniliście jakieś przestępstwo?
– Jak ci nie wstyd, Dmitrij? – surowo upomniał syna Paweł. – Podobne przypuszczenie nie powinno ci nawet przejść przez myśl. Chodzi o coś innego. Pamiętasz, że twój dziadek Michaił, ojciec mamy, miał brata Borysa Fiodorowicza, który był o wiele od niego starszy i zmarł, zanim ty się urodziłeś?
– Tak, opowiadaliście mi o nim. I widziałem jego zdjęcie w albumie.
– A wiesz, że wuj Borys, czy raczej dziadek Borys, miał córkę Wierę?
– Aha. Mama mówiła, że ona też od dawna nie żyje.
– Zgadza się. Umarła, kiedy urodziła syna. Dano mu na imię Dima.
– Jak mnie? – zdziwił się chłopiec.
– Nie j a k tobie. Po prostu t o b i e.
Dima nachmurzył się i wbił spojrzenie w leżący przed nim podręcznik fizyki.
– Nie rozumiem – wydusił w końcu, nie podnosząc oczu na ojca.
– Twoja mama umarła, synku – wyjaśnił łagodnie Paweł. – A my cię usynowiliśmy. Teraz nadszedł czas, żebyś się o tym dowiedział.
Dima znowu umilkł na długą chwilę, przetrawiając to, co usłyszał, i starając się nie patrzeć na Pawła. Cisza ciążyła Pawłowi z każdą chwilą bardziej, ale nie wiedział, jak ją przerwać, by nie przysporzyć dziecku jeszcze większego bólu.
– A mój ojciec? – odezwał się w końcu Dima. – Kim jest?
– Jakie to ma znaczenie, synku? – rzekł spokojnie Paweł. – Twoja mama nie wyszła za mąż, i zupełnie możliwe, że ojciec nawet nie wie o tym, że w ogóle istniejesz. Twoimi rodzicami jesteśmy my, Krasnikowowie. Wychowywaliśmy cię od chwili narodzin, nosisz nasze nazwisko, przeżyliśmy razem ponad piętnaście lat, zgodzisz się, że to kawał czasu. Jesteś już wystarczająco dorosły, żeby można było z tobą mówić otwarcie, niczego nie ukrywając.
– To znaczy, że nie jestem waszym rodzonym synem? – drążył dalej Dimka.
– Nonsens – uciął stanowczo Paweł. – Po pierwsze, Wiera była stryjeczną siostrą mamy, tak że bliskie pokrewieństwo istnieje. A po drugie, co to znaczy “rodzony” czy “nierodzony”? Jeśli kogoś kochasz, jeśli ktoś jest ci bliski i drogi, to tak jak rodzony. A co do tego, że ja i mama cię kochamy, nie masz chyba żadnych wątpliwości. Tak więc jesteś naszym rodzonym synem w pełnym sensie tego słowa. I nie waż się nigdy myśleć inaczej.
– Dobrze, tato – cicho, prawie szeptem, odparł chłopiec.
Paweł wstał. Był dobrym człowiekiem, tyle że trochę oschłym, i czuł się teraz niepewnie, nie wiedząc, co robić dalej.
– Myślę, że chciałbyś pobyć trochę sam, żeby się zastanowić nad tym, co ci powiedziałem – rzekł w końcu. – Ja pójdę do mamy. Ona bardzo to wszystko przeżywa.
Olga stała w kuchni. Oczy miała zapuchnięte od płaczu i nerwowo wycierała ścierką umyte przed chwilą naczynia.
– No i co? – zaczęła wypytywać męża. – Powiedziałeś mu?
– Powiedziałem.
– I jak to przyjął?
– Trudno powiedzieć. Chyba musi to przemyśleć.
– Ale nie płacze? – zaniepokoiła się Olga.
– Nie, nie.
– O Boże – jęknęła kobieta – za co nas to spotyka? Czym zasłużyliśmy na taką karę? Żeby tylko teraz nie zamknął się w sobie, nie odciął się od nas i nie uznał, że to my jesteśmy wszystkiemu winni!
– Co też ty mówisz? – obruszył się Paweł. – Czemu miałby nas uważać za winnych? Czego?
– A bo ja wiem? – Rozgoryczona Olga machnęła ręką. – Albo to można zrozumieć, co się dzieje w ich głowach?
Zaczęła nakrywać do kolacji, wyjęła z lodówki rondel z duszonym mięsem, nakroiła chleba. Po dłuższej chwili odezwała się nieśmiało:
– Trzeba by zawołać Dimkę na kolację. Ale się boję.
– Czego się boisz?
– Nie wiem. Czuję jakiś strach. Nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy. Może ty go zawołasz?
Paweł wzruszył ramionami i krzyknął głośno:
– Synku! Myj ręce i chodź do stołu. Kolacja!
Głos go zawiódł, brzmiał jakoś ochryple i fałszywie. Paweł uświadomił sobie, że także jest wytrącony z równowagi, i zmieszany uśmiechnął się do żony.
Rozległy się szybkie kroki, Dimka przemknął do łazienki, skąd dobiegł szum wody.
– Nie denerwuj się – szepnął Paweł do żony. – Wszystko będzie dobrze, jestem pewien. Postąpiliśmy słusznie. Gdybyśmy teraz przemilczeli sprawę, z czasem byłoby tylko gorzej, wierz mi.
Kiedy chłopiec wszedł do kuchni, po jego drżących wargach rodzice poznali, że jest zdenerwowany nie mniej niż oni. W milczeniu usiadł przy stole i zaczął jeść. Olga i Paweł nie byli w stanie prawie nic przełknąć. W końcu kobieta nie wytrzymała napięcia.
– Synku, bardzo jesteś przygnębiony?
Dimka oderwał się od talerza i z ukosa zerknął na matkę.
– Nie wiem. Chyba nie. Widziałem na filmach, że dzieci wpadają w histerię, kiedy się dowiadują o czymś takim, i w ogóle... Ja pewnie też powinienem płakać, tak?
– Ależ skąd, synku, nie ma żadnego powodu do płaczu. Nic się nie zmieniło, prawda? Nadal jesteś przecież naszym synem, a my twoimi rodzicami. W filmach pokazują różne niemądre rzeczy, byleby tylko wzmóc napięcie u widza.
Paweł uśmiechnął się zadowolony. Wiedział z góry, że obejdzie się bez wielkich historii, nie pomylił się co do swojego Dimki. Ani co do Oleńki.
– Teraz niech sobie dzwonią na zdrowie – powiedział. – Nikogo się już nie musimy bać, prawda? – dodał dziarsko.
Ale jego radość okazała się przedwczesna, gdyż kiedy dwa dni później szantażysta zatelefonował znowu, po prostu nie uwierzył w to, co usłyszał od Olgi.
– Aha, myślicie, że znaleźliście głupiego. – Parsknął śmiechem w słuchawkę. – Akurat wam uwierzę! Niech wasz syn sam podejdzie do telefonu i powie, że o wszystkim wie, wtedy zobaczymy.
– Ale nie ma go w domu... – Olga, nieprzygotowana na taki obrót sprawy, pozwoliła się zaskoczyć. Dimki zresztą rzeczywiście nie było.
– Jasne, jakżeby inaczej! – sarknął szantażysta. – A więc tak, mamusiu. Szykujcie forsę, okres negocjacji się skończył, pojutrze zadzwonię o tej samej porze. I żeby wszystko było załatwione tip-top, rozumiemy się?
Paweł, który w milczeniu obserwował rozmowę żony z szantażystą, nagle wybuchnął:
– Koniec! Dosyć tego! Trzeba łobuzów nauczyć rozumu. W tej chwili idę na milicję i składam pisemną skargę na tego typa! Tyle krwi nam napsuł!
– Ależ uspokój się, Paszeńka – próbowała go powstrzymać żona. – Niech sobie dzwoni, nie musimy już się go bać. Zadzwoni jeszcze parę razy i przestanie.
– Przestanie? A jeżeli zechce zrealizować swoją groźbę? On przecież nie uwierzy, że opowiedzieliśmy Dimie o wszystkim, i może próbować przyłapać go gdzieś na ulicy, żeby otworzyć chłopakowi oczy. Jesteś pewna, że Dima przyjmie to spokojnie? Nie rzuci się na niego z pięściami? Albo że się nie wystraszy i nie dostanie szoku? Nie chcę, żeby ten zwyrodnialec dopadł mojego syna gdzieś w ciemnym zaułku.
Wybiegł do przedpokoju i zaczął się szybko ubierać. Olga rzuciła się, żeby go powstrzymać, ale nagle zrozumiała, że mąż ma rację. Absolutną rację.

Fragment 2

Do gabinetu szefa wydziału śledczego prokuratury miejskiej Konstantin Michajłowicz Olszański wchodził zawsze śmiało. Po pierwsze, długo i dobrze znał swego zwierzchnika, po drugie zaś, równie dobrze wiedział, że jego własny arogancki, niemal impertynencki sposób bycia, graniczący niekiedy ze zwyczajnym chamstwem, stanowi niezawodną tarczę ochronną. Olszańskiego w prokuraturze nie lubiano i bano się mieć z nim do czynienia, chociaż doceniano jego profesjonalizm i gruntowną znajomość przepisów prawa.
Konstantina Michajłowicza natura szczodrze obdarzyła męską urodą, on jednak mimo to robił wrażenie niechlujnego ofermy w wiecznie wymiętym garniturze, niedoczyszczonych butach i okularach w staromodnej, od dawna połamanej i byle jak sklejonej oprawce. Najdziwniejsze, że Nina, żona Olszańskiego, sumiennie dbała o jego garderobę i obuwie i co dzień rano, gdy wyprawiała męża do pracy, prezentował się on naprawdę bardzo przyzwoicie, ale już w pół drogi do prokuratury wszystkie starania Niny szły na marne. Natury tego zagadkowego zjawiska nie pojmowała ani ona, ani sam Konstantin Michajłowicz, ani jego bliscy przyjaciele, dwie córki Olszańskiego zaś twierdziły zgodnie, że tatuś wytwarza “szczególne biopole”.
Także i teraz stał w gabinecie szefa wydziału śledczego z ponurą i nieszczęśliwą miną; jego wygląd mógł zwieść każdego z wyjątkiem tych, którzy choć raz mieli do czynienia ze starszym śledczym Olszańskim.
– Kostia, zależy mi na tym, żebyś z tej sprawy zrobił prawdziwe cacuszko.
Z tymi słowy szef wręczył Olszańskiemu cieniutką teczkę z kilkoma arkusikami papieru w środku.
– Co to jest? – zapytał Konstantin Michajłowicz, biorąc do ręki zupełnie jeszcze nieważkie akta jakiejś sprawy.
– Chodzi o nękanie telefonami i szantaż. Pewien obywatel żąda od małżonków Krasnikowów pieniędzy, grożąc ujawnieniem tajemnicy adopcji.
– Nie rozumiem.
Konstantin Michajłowicz ostrożnie odłożył teczkę na biurko, tak jakby za chwilę miała wybuchnąć.
– Chuligańskie wygłupy przez telefon to nie nasza działka, tym powinna się zajmować milicja. Czego się właściwie po mnie spodziewasz?
– Chcę, żebyś zajął się sprawą o naruszenie tajemnicy adopcji.
Olszański otworzył teczkę i szybko przejrzał znajdujące się tam dokumenty.
– Ale tutaj nie ma skargi osób, które ucierpiały z powodu naruszenia tajemnicy adopcji. Jest tylko skarga na nękanie telefoniczne.
– A więc ty załóż teraz sprawę o naruszenie tajemnicy – powiedział szef. – Jesteś śledczym i wszystko zależy od ciebie.
Olszański popatrzył na niego z niedowierzaniem.
– Możesz mi wyjaśnić, po co to? Co ty znowu knujesz? I w ogóle jak ta telefoniczna sprawa do ciebie trafiła?
– Ależ nic nie knuję, Kostia. Słowo daję, ty zawsze we wszystkim węszysz podstęp. Prokurator miejski przeprowadził wybiórczą kontrolę sankcji prokuratorów rejonowych i trafił na pismo z okręgowego Urzędu Spraw Wewnętrznych z prośbą o pozwolenie na założenie podsłuchu w aparacie telefonicznym, należącym do małżonków Krasnikowów, w związku z ich oświadczeniem, że stale dzwoni do nich osobnik o nieustalonej tożsamości i żąda pieniędzy, grożąc naruszeniem tajemnicy adopcji. Prokurator zwrócił się więc do organów milicji z całkowicie uzasadnionym pytaniem: w jaki sposób ów natrętny szantażysta zdołał poznać tę starannie strzeżoną tajemnicę? Ktoś przecież musiał mu ją zdradzić, tym samym ją naruszając. A za to odpowiada się z artykułu sto dwadzieścia cztery naszego ukochanego i na razie wciąż jeszcze obowiązującego kodeksu karnego. Oto i cała historia.
– Mało przekonywające. – Olszański pokręcił głową. – A jak ta sprawa trafiła do ciebie? Co, ci Krasnikowowie to znajomi naszego prokuratora? A on, dlaczego nie oddał sprawy do prokuratury rejonowej?
– Dlaczego, dlaczego – burknął szef wydziału śledczego. – Dlatego. Chce mieć dobrze przeprowadzoną, pokazową sprawę, która stanowiłaby przykład dla młodych śledczych, no wiesz, żeby mieli się na czym wzorować. Czy pięć lat temu ktokolwiek mógł przypuszczać, że będziemy się zajmowali sprawami dotyczącymi oszczerstw i pomówień? Coś takiego zdarzało się raz na sto lat i było rozpatrywane przez sąd jako sprawa z oskarżenia prywatnego. A teraz sejfy pękają od spraw o obronę dobrego imienia. Oczywiście, nie karnych, tylko z powództwa cywilnego, ale prokuratura i tak musi je nadzorować. A naruszenie tajemnicy adopcji to nasza działka i jak nie dziś, to jutro możemy zostać zasypani prawdziwą lawiną podobnych spraw.
– Skąd takie ponure prognozy?
– A jak myślisz, skąd? To przewidywania naszych analityków.
– Naprawdę im wierzysz? – mruknął pogardliwie Konstantin Michajłowicz. – Daj spokój!
– No wiesz... Nie zawsze, ale w tym wypadku tak. Dziś można kupić każdą informację, to kwestia ceny, a im więcej ludzie mają pieniędzy, tym częściej je przeznaczają właśnie na ten cel. To po pierwsze. Po drugie, naruszenie tajemnicy można wykorzystać jako dobry sposób na wyciągnięcie od pozwanego forsy w ramach rekompensaty za straty moralne. Tak więc my musimy być dobrze przygotowani do rozpatrywania tego rodzaju skarg, żeby nikt, ani adwokaci, ani sędziowie, nie mógł nam zarzucić, że nie potrafimy zebrać materiału dowodowego i właściwie go wykorzystać. Owszem, w dawnym KGB dobrze to umieli, jako że zajmowali się tam sprawami dotyczącymi naruszenia tajemnicy państwowej, ale my nigdy nie mieliśmy z niczym podobnym do czynienia. Chcę, żebyś opracował cały system działania w takich sprawach, sposób gromadzenia dowodów, spisywania protokołów i wniosków. Dlatego właśnie powierzam ci sprawę Krasnikowów. Jesteś ze wszystkich naszych śledczych najlepiej do tego przygotowany i tylko ty potrafisz zająć się tym problemem jak należy. Wierzę w ciebie, Kostia, mam zaufanie do twojego profesjonalizmu i wiem, że każdą sprawę starasz się załatwić perfekcyjnie. Z pewnością mnie nie zawiedziesz i nie będę musiał świecić oczami, przekazując zebrane materiały prokuratorowi.
– Pochlebia mi to – z ironicznym uśmieszkiem oświadczył Olszański, wykonując przy tym przesadnie uniżony ukłon. – A więc jak trzeba sklecić jakąś pokazówkę, to w te pędy do Kosti. Ale kiedy chodzi o podwyżkę, słyszę: “Przykro mi, Konstantinie Michajłowiczu, ale nic się nie da zrobić”. Bardzo rozsądna zasada, bez dwóch zdań.
Szef skrzywił się z niezadowoleniem.
– No już dobrze, do śmierci będziesz mi to wypominał! Wiesz przecież, że nie było wtedy pieniędzy.
– No tak, ale dla ciebie na premię w wysokości trzech miesięcznych pensji pieniądze jakoś się znalazły. Wiesz co, przestań mi mydlić oczy.Wezmę tę sprawę, bo rozumiem, że to polecenie służbowe, więc wcale nie musisz mi schlebiać i udawać przyjaciela. Najzupełniej wystarczy, że ty tu jesteś zwierzchnikiem, a ja podwładnym.
– Och, ależ z ciebie numer, Konstantin! – rzekł z westchnieniem szef wydziału śledczego.
– Trudno, jestem, jaki jestem, innego towaru nie ma na składzie, trzeba brać, co dają, bo i to się kończy – odciął się ostro Olszański, opuszczając gabinet przełożonego z cienką tekturową teczką pod pachą.

Fragment 3

Leonid Łykow, lat dwadzieścia osiem, od czoła spora łysina, z tyłu długie, zmierzwione kłaki, okrągły “piwny” brzuszek i błyszczące rozbiegane oczka, wiercił się na krześle w pokoju Olszańskiego, jakby siedział na rozpalonej blasze. Został zatrzymany parę godzin wcześniej, kiedy kolejny raz próbował telefonicznie szantażować Olgę Krasnikową, by zapłaciła mu dziesięć tysięcy dolarów w zamian za utrzymanie w tajemnicy informacji, która stała się już absolutnie bezwartościowa. I teraz Konstantin Michajłowicz z mozołem usiłował wyciągnąć z Łykowa odpowiedź na pytanie, od kogo tę informację uzyskał.
– Podał mi ją Aleksander Władimirowicz Gałaktionow – oświadczył w końcu Łykow, odwracając spojrzenie od śledczego. Wbił wzrok w podłogę.
– Po co? W jakim celu to zrobił? Miał pan się z nim podzielić pieniędzmi, które spodziewaliście się wyłudzić od Krasnikowów?
– Nie-e – zaprzeczył z oburzeniem Łykow. – Gałaktionow nie z tych, co to by... Miałem długi, no to poradził mi, jak można zdobyć forsę. Całkiem bezinteresownie.
– A on sam skąd miał tę informację?
– Bo ja wiem? – odpowiedział Łykow, wzruszając ramionami.
– Nie pytał go pan o to?
– Nie-e. Dla mnie to bez różnicy. Jak pierwszy raz zadzwoniłem, zorientowałem się z reakcji Krasnikowów, że mnie nie oszukał.
– I nie ma pan nawet bladego pojęcia, skąd Gałaktionow dowiedział się o tej sprawie? Niech pan sobie przypomni, może z tego, co mówił, wynikało, że Krasnikowowie to jego krewni lub znajomi? Proszę się dobrze zastanowić.

– Nie ma się nad czym zastanawiać! Powiedziałem przecież, że nie wiem. Pojechałem do niego, żeby zapytać, czy nie mógłby mi pożyczyć forsy na procent na jakieś trzy miesiące, a on na to, że nie jest instytucją charytatywną, ale jeżeli są mi potrzebne pieniądze, to mogę spróbować zadzwonić pod taki to a taki numer, do rodziców usynowionego chłopca. Podał mi ich nazwisko, adres, telefon, i koniec. To wszystko.
– No dobrze. – Olszański westchnął. – Niech mi pan poda namiary na tego Gałaktionowa, muszę sprawdzić pańską bajeczkę. Adres, telefon, miejsce pracy.
– Przecież pan to wszystko ma! – zdziwił się zupełnie szczerze Łykow.
– Co mam? – burknął Olszański.
Łykow milczał, z zakłopotaniem spoglądając na śledczego. Przestał się nawet wiercić na krześle.
– N-no... te dane... – wydusił wreszcie, zacinając się.
– Jakie dane?
– Eee... G-gałaktionowa. Przecież on nie żyje. To znaczy, został zabity.
– Co?!
Olszański zerwał okulary i wbił spojrzenie w nieszczęsnego Łykowa. Konstantin Michajłowicz był bardzo krótkowzroczny i grube soczewki jego okularów sprawiały, że ludziom, którzy go nigdy nie widzieli bez szkieł, wydawało się, iż oczy Olszańskiego są małe i niezbyt wyraziste. W istocie były piękne, duże i ciemne, kiedy zaś śledczego coś rozgniewało, wprost pałały wściekłością, przygważdżając zaskoczonego i przerażonego rozmówcę do miejsca. Jeżeli, oczywiście, Konstantin Michajłowicz nie zapomniał zdjąć okularów.
– Proszę powtórzyć, bo chyba źle pana zrozumiałem – zażądał Olszański z lodowatym spokojem. – I niech się pan postara nie jąkać.
– Aleksander Władimirowicz Gałaktionow został zamordowany jakieś trzy tygodnie temu. Przesłuchiwano mnie już przecież w tej sprawie. Czyżby pan o tym nie wiedział?
– A niby skąd miałbym wiedzieć? – rzucił z rozdrażnieniem śledczy. – Nie ja pana przesłuchiwałem. Niech pan wraca do celi i jeszcze raz dobrze się zastanowi nad tym, co dokładnie powiedział panu Gałaktionow, przekazując namiary Krasnikowów.
Nacisnął guzik, wzywając konwojenta. Potem jeszcze długo siedział, pocierając czoło, aż wreszcie zebrał papiery ze stołu i opuścił gościnny gmach aresztu śledczego.
Nazajutrz rano leżała przed nim pisemna notatka, informująca o wszczęciu śledztwa w związku z odnalezieniem zwłok obywatela A. W. Gałaktionowa. Ciało denata znajdowało się w mieszkaniu jego kochanki, odkryto je zaś tam cztery dni po zgłoszeniu przez małżonkę zaginięcia męża. Stwierdzono wówczas, że Gałaktionow nie żyje co najmniej od tygodnia. Jego kochanka, Nadieżda Andriejewna Szytowa, przez cały ten czas przebywała w szpitalu, gdzie przeszła operację usunięcia ciąży pozamacicznej. Przyczyną śmierci denata było otrucie cyjankiem.
Śledztwo w sprawie zabójstwa Gałaktionowa okazało się niezwykle trudne, gdyż krąg znajomych ofiary był na tyle szeroki, a zakres jego działalności tak różnorodny, że, na przykład, młodemu, rozpoczynającemu dopiero działalność zawodową pracownikowi operacyjnemu roboty związanej z ustaleniem i sprawdzeniem wszelkich możliwych wersji wydarzeń starczyłoby aż do emerytury. Po pierwsze, Gałaktionow był szefem wydziału kredytowego w banku handlowym, nękanym bezustannie przez różnego autoramentu grupy przestępcze. Po drugie, okazał się wielkim amatorem płci pięknej, a ponieważ zachowywał się nie dość ostrożnie, stale miewał na pieńku z mężami lub kochankami swoich wybranek; niekiedy wchodziła mu również w paradę ślubna małżonka. Po trzecie – i to chyba najważniejsze – namiętnie grywał w karty. Tak więc przypuszczalnych wersji mogło być wiele, przeciwnie niż ludzi, którzy mieli je sprawdzać.
Olszański przejrzał pobieżnie listę przesłuchanych przyjaciół, krewnych i znajomych Gałaktionowa i rzeczywiście odnalazł wśród innych również nazwisko Łykowa. Sprytny szantażysta nie skłamał. Konstantin Michajłowicz uświadomił sobie, że znalazł się w sytuacji patowej, skoro bowiem Łykow wiedział od dawna o śmierci Gałaktionowa, to mógł na pewniaka podać denata jako źródło informacji, słusznie zakładając, że prawdziwości jego słów potwierdzić ani zaprzeczyć nie sposób. Jeśli zaś nie kłamał i informację dotyczącą Dimy Krasnikowa otrzymał rzeczywiście od Gałaktionowa, to trzeba będzie na nowo przesłuchać cały ogromny krąg znajomych nieboszczyka, żeby ewentualnie trafić na jakiś ślad, prowadzący do pierwotnego źródła przecieku. Zanim jednak przyjdzie się rzucić w ten bezdenny odmęt, warto raz jeszcze porozmawiać z poszkodowanymi, czyli Krasnikowami. Nikt nie wie przecież lepiej niż oni sami, kto mógł wiedzieć o usynowieniu Dimy.

Fragment 4

Litwinowa co sił w nogach pędziła do domu. Serce waliło jej jak oszalałe, brakowało tchu, choć zdarzało się nieraz, że maszerowała jeszcze szybszym krokiem; w młodości uprawiała sport, odnosząc niemałe sukcesy. Wpadła do mieszkania, zobaczyła, że Juli nie ma, i rzuciła się do telefonu.
– W instytucie jest milicja – oznajmiła, z trudem opanowując oddech po intensywnym marszu.
– Czego szukają? – usłyszała w odpowiedzi.
– Na razie nie t e g o, ale i do t e g o mogą się dogrzebać. Robię, co mogę, ale...
– Jak szybko będzie pani gotowa?
– Jeszcze wczoraj mogłabym dać panu gwarancję, że w ciągu półtora miesiąca wszystko zostanie zapięte na ostatni guzik. Ale teraz nie wiem. Niewykluczone, że prace trzeba będzie przerwać na jakiś czas. Albo w ogóle zarzucić.
– To nie wchodzi w rachubę – padła odpowiedź. – Prace muszą zostać ukończone, a urządzenie trafić do klienta. Do pani należy powiadomienie nas, że opuściło już teren instytutu. Reszta to nasze zmartwienie. Musi pani stanąć na głowie, żeby milicja się do niego nie dobrała. Otrzyma pani za to, oczywiście, odpowiednią gratyfikację.
– W jakiej wysokości? – zapytała natychmiast i wstrzymała oddech z napięcia.
– Czterdziestu procent ustalonej poprzednio sumy.
– Nie wszystko zależy tylko ode mnie. Ale zrobię, co w mojej mocy – obiecała Inna. Pieniądze były jej bardzo potrzebne. Dużo, dużo pieniędzy.

Mężczyzna, który rozmawiał z Inną Litwinową, odłożył słuchawkę i w zamyśleniu spojrzał na wiszący na ścianie obraz. Malowidło przedstawiało bukiet wspaniałych egzotycznych kwiatów w wysokim, smukłym szklanym wazonie. Lubił patrzeć na tę martwą naturę; jakoś go uspokajała.
A jednak miał rację, kiedy nalegał, żeby działać ostrożnie, unikając ryzyka. Jakby przeczuwał niebezpieczeństwo! Miał swoich ludzi w otoczeniu Mierchanowa, oni mu właśnie donieśli, że Mierchanow czeka na jakieś urządzenie. Reszta była sprawą profesjonalnych działań szpiegowskich. Trzeba się było dowiedzieć, o jakie urządzenie chodzi i skąd Mierchanow spodziewa się je otrzymać, a nawet ile ma ono kosztować. Potem – przechwycić zamówienie, drogo za to płacąc, albo po prostu zlecić wykonanie takiego samego urządzenia. No jasne, po co płacić więcej, kiedy można zapłacić mniej? Śmieszne pytanie. Poza tym lepiej nie ściągać na siebie niepotrzebnie uwagi.
Znaleziono więc Innę; była jedną z osób zatrudnionych przy produkcji urządzenia w instytucie. Nieszczęśliwa w życiu osobistym, gwałtownie potrzebowała pieniędzy, by zatrzymać przy sobie przyjaciółkę lesbijkę; ta miłość stanowiła jedyny jaśniejszy promień w jej szarej egzystencji. Okazało się, że Inna nawet nie podejrzewała, przy produkcji j a k i e g o urządzenia pracuje. Zaproponowano jej więc dodatkowy zarobek – wykonanie z niezewidencjonowanych materiałów specjalnego urządzenia antenowego; następnie miało ono zostać sprzedane za dobre pieniądze klientowi – jakiejś firmie, której właśnie taka aparatura była absolutnie niezbędna. Tak czy owak, wszystko udało się przeprowadzić. Nad urządzeniem pracuje czworo ludzi, pieniądze zostaną między nich podzielone prawie po równo. Prawie, ponieważ ten, kto znalazł klienta i opracował projekt zgodnie z jego życzeniami, dostanie więcej. Inna uważała, że to sprawiedliwy podział.
Tak właśnie sprawa wyglądała, gdy zaproponowano współpracę Litwinowej. Wyjaśniono jej, do czego urządzenie ma służyć, a ona się przeraziła. Ale tylko na moment. Kiedy usłyszała, ile pieniędzy dostanie, przerażenie bardzo szybko minęło. Litwinowa miała obowiązek informować, jak posuwają się prace nad realizacją projektu, i powiadomić o ich zakończeniu. Potem pozostanie już tylko namierzyć ludzi Mierchanowa, którzy zgłoszą się po odbiór urządzenia. Dalej sprawa będzie prosta. Niewielka akcja, fakt, że przy użyciu broni palnej – i urządzenie znajdzie się w ich rękach. Inna otrzyma swoją dolę z pieniędzy Mierchanowa plus to, co oni jej zapłacą. To i tak wypadnie taniej niż podkupienie urządzenia. Mierchanow przecież nie poleci na skargę. I jedni, i drudzy to złodzieje...
Warto by się dowiedzieć, za czym milicja węszy w instytucie. Może trzeba się jakoś zabezpieczyć? Lepiej dmuchać na zimne.
Nie, nie będziemy się śpieszyć, zdecydował, pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł, a nie przy opracowywaniu ważnych posunięć strategicznych. Nie można podejmować żadnych kroków pochopnie. Lepiej pozwolić sprawie się odleżeć.
Wpatrywał się jak urzeczony w egzotyczne kwiaty na długich łodygach, tak pięknie kontrastujące z jasnoszarym tłem. Wspaniały obraz, naprawdę go uspokaja...

ROZDZIAŁ II

Fragment 1

Dima Krasnikow przyszedł na świat w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku w Saratowie. Jego matka, Wiera Borisowna Bobrowa, nie wyszła za mąż, ale obroniwszy pracę doktorską i doczekawszy się wreszcie spółdzielczego mieszkania, w wieku czterdziestu trzech lat postanowiła urodzić dziecko. Jej rodzice byli już starzy i przerażała ją perspektywa zostania zupełnie samą na świecie.
Pojechała więc na południe, do sanatorium, gdzie – jak wiadomo – najłatwiej postarać się o ciążę, ale za pierwszym razem się nie powiodło. Powtórzyła więc próbę, lecz i ta zakończyła się niepowodzeniem. Wiera pragnęła zajść w ciążę ze zdrowym, niepijącym mężczyzną, a na takiego trafiła dopiero pod sam koniec pobytu w sanatorium, i chociaż udało jej się zaciągnąć go do łóżka, nic z tego nie wyszło. Trzeci wyjazd okazał się pomyślny, chociaż lekarz ostrzegał, że pierwsza ciąża i połóg w wieku czterdziestu pięciu lat to rzecz ryzykowna. Ojciec Wiery niedawno zmarł, została tylko matka, która dźwigała już ósmy krzyżyk i bynajmniej nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Perspektywa całkowitej samotności była więc tak blisko, że Wiera postanowiła zlekceważyć opinię lekarza, choć ten z naciskiem radził jej przemyśleć sprawę, powoływał się na wyniki badań, ekg, i uprzedzał, że istnieje poważne niebezpieczeństwo, iż cała historia nie skończy się dobrze.
Jego przewidywania się sprawdziły. Stryjeczna siostra Wiery, Olga Bobrowa, rodowita moskwianka, zatrudniona w tym czasie – zgodnie z nakazem pracy po ukończeniu instytutu pedagogicznego – w Kursku jako nauczycielka języka rosyjskiego, na wieść o śmierci kuzynki czym prędzej przyjechała do Saratowa.
– Ciociu Lubo, chciałabym zabrać chłopczyka, co ty na to? – spytała ciotkę. – Sama nie dasz sobie z nim rady, a oddawać go do domu dziecka, chociaż ma rodzinę, która mogłaby się nim zająć, naprawdę się nie godzi.
Matka Wiery Borisowny musiała przyznać kuzynce rację. Olga nazwała chłopca Dmitrij, sprawy urzędowe udało się załatwić łatwo i szybko, częściowo dlatego, że zmarła siostra i Olga nosiły to samo nazwisko, jako że ich ojcowie byli rodzonymi braćmi. Co najmniej w połowie urzędów fakt, że Olga Bobrowa załatwia jakieś dokumenty dla Dmitrija Bobrowa, nie budził najmniejszych zastrzeżeń.
W chwili gdy nastąpiły owe smutne wydarzenia, okres, który należało odpracować w Kursku zgodnie z nakazem, miał się już ku końcowi. Za dwa i pół miesiąca Olga zamierzała wrócić do Moskwy, do rodziców, a za miesiąc planowała ślub z Pawłem Krasnikowem, nauczycielem historii w tej samej szkole, w której i ona była zatrudniona.
– Czy możesz zostawić dziecko jeszcze na jakiś czas w Saratowie? – chciał wiedzieć Paweł, kiedy podekscytowana Olga zadzwoniła do niego do Kurska i poinformowała go o swoich poczynaniach.
– Po co? – zapytała z rezerwą.
– Weźmiemy ślub tutaj, w Kursku, potem razem pojedziemy do Saratowa i załatwimy dziecku zmianę nazwiska. Później napiszesz do rodziców list, w którym będziesz się kajać, że urodziłaś chłopca na miesiąc przed ślubem, a wcześniej wstydziłaś się ich zawiadomić, że spodziewasz się dziecka. I żeby wkrótce oczekiwali cię razem z mężem i synem w bohaterskiej stolicy Moskwie, dokąd przyjedziemy, by zamieszkać z nimi pod jednym dachem.
– I co to da? – nie mogła zrozumieć Olga. – Po co te wszystkie komplikacje?
– Nie jestem zwolennikiem niepotrzebnego rozgłosu – wyjaśnił jej przyszły mąż. – Im mniej ludzi będzie wiedziało, że usynowiliśmy chłopca, tym spokojniejsze życie czeka nas w przyszłości. Jeżeli przywieziesz teraz dziecko do Kurska, to wszyscy zorientują się, co jest grane, ponieważ nikt tutaj nie widział cię w ciąży. A tak wyjedziesz stąd po prostu jako szacowna mężatka, a do Moskwy wrócisz jako szczęśliwa młoda mamusia. Wszyscy, którzy wiedzą o usynowieniu chłopca, zostaną w Saratowie. Rozumiesz teraz?
– Chcesz, żebym przemilczała ten fakt przed swoimi rodzicami? Ale to się nie uda, jest przecież ciocia Luba, ona im opowie. Rodzice wiedzą, że Wieroczka zmarła przy porodzie.
– To porozmawiaj z ciotką. Dobrze ci radzę, Oleńko, postaraj się ją przekonać. Jesteś mądrą dziewczynką, będziesz wiedziała, co jej powiedzieć. To, co chcę zrobić, tylko wyjdzie chłopcu na dobre. Im mniej osób wie, tym lepiej, wierz mi, kochanie – łagodnie namawiał ją Paweł. – Postaraj się dogadać z ciotką. Nie uda się, to trudno, ale warto spróbować. Nie wiemy przecież, kim jest ojciec chłopca, gdzie twoja siostra zaszła w ciążę. A jeśli utrzymywała z tym człowiekiem kontakt aż do przyjścia na świat Dmitrija? Może ten mężczyzna wie, że urodził mu się syn. Skąd pewność, że pewnego pięknego dnia nie wkroczy w nasze życie z butami, żeby wszystko zburzyć?
Olga zmuszona była przyznać Pawłowi rację. Załatwiła całą sprawę zgodnie ze wskazówkami narzeczonego i trzy miesiące później świeżo upieczona rodzina – młodzi małżonkowie i niemowlę imieniem Dima – zawitała w progi moskiewskiego mieszkania Bobrowów. Ciocia Luba uległa namowom Olgi i obiecała solennie, że nic nie powie bratu swojego zmarłego męża ani jego żonie. A pół roku później zmarła.
Tak więc w Moskwie tajemnicę usynowienia Dimy znali jedynie Krasnikowowie. W Saratowie zaś ci, którzy wiedzieli o śmierci Wiery Borisowny Bobrowej, nie mieli pojęcia, jakie nazwisko nosi teraz trzymiesięczny Dimoczka, ci natomiast, co byli świadomi, że Dima Bobrow zamienił się w Dimę Krasnikowa, nic nie wiedzieli o tym, że jego prawdziwa matka umarła.
Przetrawiając ten prosty wniosek, Konstantin Michajłowicz Olszański czuł się dosyć niepewnie. Oczywiście, teoretycznie każdy mógł prześledzić koleje losu Dimy Krasnikowa od chwili narodzin aż do dziś, ale żeby to zrobić, musiałby być chyba pracownikiem urzędu ochrony danych osobowych i mieć dostęp do wszystkich dokumentów, złożonych w archiwach oraz zadawać pytania mnóstwu ludzi, których najpierw należałoby odszukać, gdyż w ciągu ostatnich piętnastu lat niemal wszyscy, zatrudnieni w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym, opuścili ówczesne miejsce pracy. Jedni przeszli na emeryturę, drudzy zmarli, niektórzy się przeprowadzili. Ponadto ktoś taki musiałby jeszcze znaleźć samych Krasnikowów. Cóż z tego, że jakiś gaduła z Saratowa powie mu dziś: “W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku załatwiałem sprawę zmiany nazwiska z «Bobrow» na «Krasnikow» pewnemu chłopcu. I wiem dokładnie, że chociaż w papierach jako jego matka figuruje Olga Bobrowa, on nie jest jej rodzonym synem”. Krasnikowa była wówczas zameldowana w Kursku, stamtąd – przez Saratów – przyjechała przed piętnastu laty do Moskwy. Mieszka teraz gdzie indziej niż wtedy, gdy Dima był dzieckiem przy piersi, i uczy w innej szkole niż ta, w której zaczęła pracować po powrocie do stolicy. Oczywiście, Krasnikowów dałoby się odszukać, ale to znów sprawa dla milicji lub prokuratury. Nie, szeregowy obywatel nie byłby w stanie tego wszystkiego dokonać.
“I co z tego właściwie wynika?” – zadawał sobie pytanie Konstantin Michajłowicz, siedząc przy biurku w swoim gabinecie, pochylony nad otwartą teczką z materiałami w sprawie Krasnikowów i Leonida Łykowa. Możliwe są tylko dwa warianty: albo sami Krasnikowowie komuś się wygadali, albo w całą historię jest zamieszany funkcjonariusz milicji lub pracownik prokuratury, który dogrzebał się do dokumentów i podzielił z kimś zdobytą informacją. Ale z kim? Z Łykowem? To znaczy, że Łykow kłamie i kryje tamtego, zwalając winę na Gałaktionowa. A może informator przekazał nowinę Gałaktionowowi? Skoro tak, to Łykow mówi prawdę, pośród znajomych Gałaktionowa zaś musi być nieuczciwy przedstawiciel instytucji dysponujących danymi osobowymi obywateli, tyle że z jakichś powodów żaden z blisko osiemdziesięciu przesłuchanych nie wymienił nazwiska tego człowieka ani nawet słówkiem o nim nie wspomniał. Wygląda więc na to, że jeśli Gałaktionow znał kogoś takiego, to trzymał tę znajomość w ścisłej tajemnicy, nikogo do niej nie dopuszczając. Ciekawe dlaczego? I skąd miał takie kontakty?
Jeżeli jednak Łykow kłamie, to najwidoczniej sam zna informatora. Ale Leonid Łykow pracuje w serwisie samochodowym i sprawdzenie jego kontaktów to syzyfowa praca. Należałoby w tym celu zwolnić z innych obowiązków połowę detektywów z Pietrowki i połowę śledczych z prokuratury miejskiej. Ale cóż, sprawdzić trzeba, nie da się tego ominąć.
Co się tyczy Saratowa, to Olga Krasnikowa nie pamiętała z nazwiska nikogo, kto przed piętnastu laty był “z urzędu” wtajemniczony w całą historię. Dlatego też wyłuskanie spośród tych osób “gaduły” trzeba będzie powierzyć milicji. Sumiennie wypełniając niezliczone formularze, Konstantin Michajłowicz Olszański w głębi duszy był przekonany, że to stracone zachody. Żądano od niego wzorcowej sprawy, a we wzorcowej sprawie, dotyczącej naruszenia tajemnicy adopcji, powinny się znaleźć informacje o wszystkich, którzy mieli z nią coś wspólnego. I formularze też muszą być wypełnione wzorowo.

Fragment 2

Energicznie otworzył drzwi i wszedł do jednego z pomieszczeń laboratorium. Siedzący przy komputerze mężczyzna odwrócił się i skinął mu głową na powitanie.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odparł żywo. – Co słychać? Kiedy złożysz pracę habilitacyjną?
– Na najbliższe posiedzenie rady nie zdążę, a następne zostało wyznaczone na pierwszy marca, chciałbym się wyrobić w tym terminie.
– A dlaczego na najbliższe nie zdążysz?
– Mam problemy z przepisywaniem. Maszynistka była chora, ale obiecuje w ciągu dziesięciu dni przepisać cały tekst razem z autoreferatem. Jeżeli dotrzyma słowa, to policzmy: dziesięć dni plus jeden na sczytanie, wyłapanie literówek i sprawdzenie wzorów plus jeszcze jeden, żeby wszystko poprawić i złożyć u sekretarza naukowego minimum na tydzień przed planowanym terminem posiedzenia – a więc razem dwadzieścia dni. A na najbliższe posiedzenie rada zbiera się za dwa tygodnie.
– Ale na następne na pewno zdążysz? Pamiętasz, że w planie prac instytutu twoje kolokwium habilitacyjne przewidziane jest na drugi kwartał? Żeby zamknąć sprawę przed końcem czerwca, musisz koniecznie przedstawić pracę radzie pierwszego marca. Zanim wydrukują autoreferat, upłynie miesiąc. Zanim go roześlą, zanim wpłyną recenzje... Jaka jest twoja macierzysta uczelnia?
– Instytut w Nowosybirsku.
– Oho! To bierz delegację i zawieź pracę sam, bo inaczej będziesz czekał na recenzje do sądnego dnia. Poczta tam idzie miesiąc, a może i dłużej, jeśli nie zawieruszy się gdzieś po drodze, a z powrotem trzeba liczyć drugie tyle. Zadzwoń zaraz do Nowosybirska, potem wpisz delegację do planu na drugi kwartał i z początkiem kwietnia jedź po recenzje.
– Dziękuję – powiedział z wdzięcznością rozmówca. – Dobrze by było, gdyby wszystko poszło gładko, bez przeszkód.
– A jakich to przeszkód się obawiasz, ciekaw jestem? – Słowom tym towarzyszył niedobry uśmieszek.
– Mało to może się zdarzyć? Maszynistka złamie rękę. Sekretarz naukowy trafi do szpitala z wylewem. Rozbije się samolot, którym będę leciał do Nowosybirska. Tak to jest, człowiek planuje, planuje i nie wie, o co się potknie, gdzie los rozciągnie sznurek w poprzek drogi.
– Cóż za pesymizm! – rzekł z wyrzutem mężczyzna. – Bomba nie trafia dwa razy w to samo miejsce, wiesz przecież. A w notatce nic nie było, sprawdzałem. Więc się uspokój i nie denerwuj.
Szybkim krokiem wyszedł z laboratorium i w duchu pochwalił się za to, że wypracował zasadę, zgodnie z którą starał się nie przyjmować pracowników w swoim gabinecie, lecz raczej odwiedzać ich na stanowiskach pracy. Chciał sobie zostawić swobodę manewru, by móc przerwać rozmowę w dowolnym momencie i wyjść z pokoju. Gdyby przyjmował pracowników w gabinecie, nie miałby takiej możliwości. Trudno przecież wyganiać ludzi. I zamknąć im usta, kiedy zaczynają uskarżać się i jęczeć, albo – co gorsza – plotkować. Tego nie mógł po prostu ścierpieć. Zresztą trzeba przyznać obiektywnie, że w ogóle nie znosił ludzi. Drażnili go. Wydawali mu się ograniczeni, małostkowi, kłótliwi, odrażający w swojej głupocie i chciwości, śmieszni i nudni ze swoimi trywialnymi zmartwieniami i kłopotami. Gdyby go spytano, czego pragnie najbardziej na świecie, odpowiedziałby, że chce spędzić życie w absolutnej samotności, nikogo nie widzieć i z nikim się nie kontaktować. I mówiąc to, byłby całkowicie szczery.

Fragment 3

W niedzielę z samego rana Nastia zabrała się do pracy. Żałowała bardzo, że prawie wszystkie przyniesione z biura materiały były pisane odręcznie, i to ołówkiem, więc nie mogła teraz wypróbować nowiutkiego komputera. Rozłożyła na podłodze notatki i pojedyncze arkusze, położyła się na brzuchu i zaczęła porządkować zebrane informacje, pełznąc od jednej kupki papierów do drugiej i przekładając kartki z miejsca na miejsce.
Z relacji żony Gałaktionowa:
...Pobrali się jako całkiem młodzi ludzie, studenci wydziału filologicznego moskiewskiego uniwersytetu. Pośród prezentów ślubnych znalazł się niewiarygodnie drogi aparat fotograficzny, przywieziony z zagranicy. W tamtych czasach, a były to lata siedemdziesiąte, takie aparaty można było kupić tylko tam albo – jeśli się miało dużo szczęścia – w komisie. W zwykłych sklepach ze sprzętem fotograficznym ich nie sprzedawano. W dużym, eleganckim pudełku znajdowały się dwa mniejsze, z identycznymi etykietami. W jednym był aparat, w drugim – zapasowy obiektyw, filtry i jeszcze jakieś części.
– Jedziemy! – zwrócił się podniecony Sasza Gałaktionow do swojej świeżo upieczonej małżonki.
– Dokąd? – zdziwiła się.
– Jedziemy, jedziemy, zaraz zobaczysz, jaki będzie ubaw.
Pojechali do dużego komisu. Sasza kazał żonie zaczekać na ulicy, a sam zniknął w głębi sklepu. Po pewnym czasie wyszedł i pokazał jej gruby plik banknotów.
– Co, sprzedałeś aparat? – żachnęła się. – Jak mogłeś? Przecież to nasz prezent ślubny!
– Jeszcze nie zwariowałem! – Sasza uśmiechnął się. – Masz tu swój aparat, nie płacz. Potrzebny mi był tylko do zademonstrowania. A do drugiego pudełka włożyłem starą zasuwę.
– Ale po co, Sasza? Po co to zrobiłeś? Przecież mamy pieniądze.
– A tam, tak, dla hecy – rzucił na odczepnego. – Pomyśl sama, dwa absolutnie jednakowe pudełka z identycznymi etykietami. Grzechem byłoby nie wykorzystać okazji. Straciłbym szacunek dla samego siebie...
...Jeden z egzaminów w sesji zimowej miała zdawać u profesora, który nie cierpiał u studentek biżuterii. Każda dosłownie ozdoba – poza obrączką – gwarantowała ocenę niedostateczną. Dlatego też, oddając do uniwersyteckiej szatni elegancki, drogi kożuszek, żona Gałaktionowa zdjęła pierścionki – jeden z brylantem, drugi z brylantem i szmaragdem – z zamiarem schowania ich do torebki, ale nagle zobaczyła tuż obok wspomnianego już surowego egzaminatora. Przestraszona, że profesor może zobaczyć, jak ona wrzuca precjoza do torby, wsunęła je po prostu do kieszeni kożuszka.
Wchodząc do audytorium, wzięła ze sobą długopis, kartkę i indeks, a torebkę zostawiła mężowi, który przyszedł razem z nią, by podtrzymywać ją na duchu i ewentualnie pocieszać, gdyby oblała. Był w innej grupie i ten sam egzamin zdał już dwa dni temu.
Dostała jednak czwórkę i wybiegła z sali szczęśliwa i roześmiana. Mąż chwycił ją za ręce i uściskał.
– Musimy to uczcić!
Czym prędzej pobiegli do szatni, ale ona nie mogła znaleźć w torebce numerka.
– Nie denerwuj się, chodź, odejdziemy na bok, wysypiesz wszystko z torby i spokojnie poszukasz. Sama pomyśl, przecież nie mógł zginąć – uspokajał ją mąż.
Jednakże najstaranniejsze nawet przetrząsanie zawartości torebki nic nie dało. Numerek jakby się rozpłynął. W przedegzaminacyjnym zdenerwowaniu, trzęsąc się ze strachu przed srogim profesorem, zapomniała widocznie wziąć żetonik lub też upuściła go, przekonana, że wsuwa blaszkę do torby.
– Nic na to nie poradzę! – oświadczyła stanowczo kłótliwa szatniarka. – Skoro nie masz numerka, jak znajdę twój kożuch? Trudno, musisz poczekać do wieczora. Kiedy wszyscy już pozabierają swoje palta i wyjdą, twoje okrycie zostanie. Wtedy napiszesz oświadczenie, a ja w obecności dyrektora administracyjnego wydam ci kożuszek.
– Mój Boże, co za pech! – Dziewczyna prawie płakała. – Mam tu czekać do wieczora? Jest dopiero pierwsza, moglibyśmy pójść gdzieś na obiad, oblać mój egzamin...
– Nie denerwuj się – pocieszał ją Sasza. – Zaraz złapię taksówkę, skoczę do domu, przywiozę ci jakiś płaszcz i pojedziemy się gdzieś zabawić, a wieczorem wrócimy...
Wszystkie problemy dawały się wówczas łatwo rozwiązać. Byli młodzi, mieszkali u rodziców dziewczyny, ludzi – jak na owe czasy – doskonale sytuowanych. Sasza po półgodzinie wrócił z długim brązowym kożuchem, wsiedli do tej samej taksówki, która zawiozła go do domu, i pojechali do “Adriatiki” na dobrego szampana. Dopiero wieczorem, kiedy wrócili na uniwersytet, okazało się, że kożuszka w szatni nie ma.
– Cóż, widocznie ktoś inny go odebrał na twój numerek. – Szatniarka tylko wzruszyła ramionami.
Jednakże dziewczyna zdołała już sobie dokładnie przypomnieć, że włożyła numerek do torebki, gdyż w tej właśnie chwili, chowając go w maleńkiej wewnętrznej kieszonce i zasuwając zamek błyskawiczny, poczuła na sobie badawczy wzrok profesora i pomyślała: “Ale by było, gdybym tak teraz wkładała tu swoje brylanty! Dobrze, że je zostawiłam w kieszeni”. Torebki zaś nie wypuszczała z rąk, póki nie oddała jej Saszy, wchodząc do sali egzaminacyjnej. Ale on zaklinał się, że nigdzie, ani na chwilę, jej nie zostawiał...
Pytanie: Czy nie przyszło pani na myśl, że kożuch i pierścionki mógł ukraść właśnie pani mąż?
Odpowiedź: Boże, oczywiście, że tak. Byłam tego absolutnie pewna.
Pytanie: Nie próbowała pani z nim o tym porozmawiać?
Odpowiedź: Ależ skąd! Po prostu by mnie pobił.
Pytanie: Jak to? Bił panią? Więc dlaczego pani się z nim nie rozstała?
Odpowiedź: Po pierwsze, byłam już wtedy w ciąży, a na początku lat siedemdziesiątych taka sytuacja przesądzała o wielu sprawach. Po drugie, rodzice byli przeciwni mojemu małżeństwu, ale ja upierałam się i histeryzowałam, przekonywałam ich, że jestem już dorosła i znam się na ludziach, a Sasza to ktoś naprawdę wspaniały i wyjątkowy. Byłam przecież bardzo młodziutka i ambicja nie pozwalała mi przyznać się do błędu. A z czasem wszystko się jakoś ułożyło. Urodził się syn, potem córka, w końcu Aleksander przestał się mną interesować. Nawet się nie kłóciliśmy...
Pytanie: Dlaczego?
Odpowiedź: Ponieważ prawie w ogóle nie mieliśmy ze sobą kontaktu – nie rozmawialiśmy...
Z zeznań pracownicy bankowego wydziału kredytowego, którym kierował Gałaktionow:
– Aleksander Władimirowicz był takim dobrym, wrażliwym człowiekiem, że wprost trudno to sobie wyobrazić! Ot, istnieje na przykład specjalna fundacja, zapewniająca pomoc ciężko chorym dzieciom. W Moskwie jest ośrodek konsultacyjny, gdzie lekarze badają dzieci i wydają zaświadczenia o stanie ich zdrowia; następnie z takim zaświadczeniem można się zgłosić do fundacji. Ona decyduje, którym dzieciom pomóc. Aleksander Władimirowicz jako przedstawiciel naszego banku wielokrotnie pośredniczył w takich sprawach i ułatwiał naszym pracownikom kontakty z fundacją, jeśli zamierzali się do niej zwrócić. Mamy przecież kilkadziesiąt filii w całej Rosji, zatrudniamy masę ludzi. A Aleksander Władimirowicz dobrze znał języki obce, dlatego zawsze sam jeździł z naszymi pracownikami i ich dziećmi i na wizyty lekarskie, i do różnych instytucji, i do ambasad, służył pomocą jako tłumacz, mówił biegle po angielsku i po niemiecku. Nie liczył się z czasem, wszędzie woził ludzi własnym samochodem, nigdy nikomu nie odmawiał. Ach, złoty był z niego człowiek!...
Z zeznań Nadieżdy Szytowej, przyjaciółki Gałaktionowa:
– Nie można było się na niego gniewać, nawet kiedy zachowywał się w sposób absolutnie niekonwencjonalny. Miał w sobie tyle uroku, radości życia, ogromne poczucie humoru, cięty język, wciąż się śmiał, żartował. Czasem bardzo złośliwie.
...Kiedyś umówił się z pewnym mężczyzną w mieszkaniu Szytowej. Człowiek ten miał mu zwrócić dług. Zjawił się punktualnie z pokaźnych rozmiarów paczką dolarów. Aleksander zaproponował mu kawę i zabawiał go miłą rozmową.
W pewnej chwili ktoś zadzwonił do drzwi – to przyszedł sąsiad z jakąś dużą, grubą książką.
– Dzień dobry, Aleksandrze Władimirowiczu, zdobyłem dla pana to, o co pan prosił.
– Dziękuję – rzekł uradowany Gałaktionow. – Popatrz, Nadiusza, jakie przydatne wydawnictwo. Są tu podane wszystkie cechy charakterystyczne podrabianych rozmaitymi metodami banknotów i sposoby odróżniania fałszywych pieniędzy od prawdziwych. Zaraz, zaraz, co my tu mamy? O, spójrz, są nawet ilustracje i objaśnienia. A, jest coś jeszcze. Jakaś tajemnicza tabela. Zaraz zobaczymy, jak się nią posługiwać. Tak, patrzymy na numer... w pierwszej rubryce... Nie, ni w ząb nic z tego nie rozumiem. Wiesz co, Witek, daj tę paczkę, którą przyniosłeś, poćwiczymy sobie na niej. Dobrze... numer... rubryka... tak, jeżeli się zgadza, trzeba poszukać litery w drugiej rubryce... tak...
Sumiennie wczytywał się w informacje i objaśnienia dotyczące zagadkowej tabeli, porównując numery przyniesionych przez dłużnika banknotów z numerami w rubrykach.
– Jeżeli wszystkie sześć wskaźników się zgadza, to mamy w ręku fałszywy banknot. O Boże, Witek! To fałszywka!
– Niemożliwe, Aleksandrze Władimirowiczu – zaniepokoił się dłużnik. – Jak to?
– Nie wiem. – Wzburzony swym odkryciem Gałaktionow tylko wzruszył ramionami. – Sam zobacz, masz tu wszystko czarno na białym. Siadaj i sprawdzaj banknot po banknocie, ja nie będę sobie nad tym głowy łamał, to nie moje zmartwienie.
Pobladły Witek zabrał się do studiowania tabeli i porównywania numerów banknotów. Rezultat jego wysiłków przeszedł najgorsze oczekiwania. Prawdziwe okazały się tylko banknoty jedno- i pięciodolarowe, a trzydzieści studolarówek – zgodnie ze wskazaniami tabeli – było podróbką.
– Skąd je wziąłeś? – zapytał zdenerwowany Gałaktionow.
– Kupiłem, na ulicy... – wymamrotał załamany Witek.
– Dlaczego nie w banku? Sto razy ci mówiłem, uprzedzałem cię, że się w końcu natniesz.
– W banku był wyższy kurs – tłumaczył się dłużnik.
– Dobrze, że przyszło mi do głowy sprawdzić te banknoty, bo miałbym się potem z pyszna! Co bym zrobił z fałszywymi dolarami? Teraz spadaj i przynieś mi jak najprędzej prawdziwe banknoty. Z powodu nieprzewidzianych okoliczności przedłużam ci termin zwrotu długu jeszcze o dwa dni.
Ta historia mogłaby charakteryzować Aleksandra Władimirowicza jako człowieka ostrożnego, przewidującego, lecz wyrozumiałego, gotowego wziąć pod uwagę niefortunną sytuację i pójść dłużnikowi na rękę. Mogłaby, gdyby nie jedno “ale”. Duży biały tom pod tytułem Charakterystyki techniczne i sposoby wykrywania fałszywych banknotów przez cały miniony tydzień leżał u Szytowej, a Aleksander Władimirowicz studiował go z wielką uwagą. Jednakże dwa dni przed oczekiwanym zwrotem długu książka gdzieś zniknęła. Nadieżda Andriejewna sądziła, że Gałaktionow ją zabrał, była przecież jego własnością...
“Ciekawa osobowość” – myślała Nastia, leżąc na podłodze i przeglądając notatki. Cyniczny łajdak, który potrafił okraść własną żonę, a potem pocieszać ją z całą szczerością. Gdyby jednak żona udowodniła mu złodziejstwo, równie spontanicznie by ją pobił. W dodatku wcale nie krył się ze swoimi skłonnościami, ba, uważał za rzecz zupełnie naturalną zabrać ze sobą żonę, gdy w komisie zamiast drogiego, zagranicznego aparatu fotograficznego sprzedał starą zasuwę do drzwi w efektownym opakowaniu. Wpadł mu przypadkowo w ręce poradnik, wyjaśniający, jak odróżnić prawdziwe banknoty od fałszywych, i Gałaktionow natychmiast wymyślił chytry podstęp, nie wypróbował go jednak na kimś obcym, lecz na jednym ze swoich przyjaciół. Znalazł doświadczonego fałszerza i zamówił u niego podrobione banknoty, żeby potem błyskawicznie podmienić na nie prawdziwe i kazać ufnemu dłużnikowi uregulować należność po raz drugi. Ryzykant uważający się za ulubieńca fortuny, człowiek wesoły, dowcipny, przebojowy, z dwudziestoletnią praktyką w dziedzinie robienia mniejszych i większych świństw, i to bez jednej choćby wpadki. Przez milicję nigdy nienotowany, nieukarany nawet mandatem przez drogówkę. Albo przestrzegał przepisów ruchu, albo czarująco się uśmiechał, zwłaszcza gdy uśmiech odsłaniał trzymany w zębach zwinięty banknot.
Jeśli wierzyć świadkom, to w ostatnim okresie szczęście chyba się odwróciło od Aleksandra Władimirowicza. Mniej więcej cztery miesiące przed jego śmiercią nie wypalił pewien bardzo korzystny, duży interes. Było to pierwsze poważne niepowodzenie od wielu lat, lecz Gałaktionow podszedł do sprawy filozoficznie: cóż, trudno, nie zawsze wszystko może się udać, czasem los płata nam figle. Kiedy jednak w tym samym tygodniu pech dosięgnął go po raz drugi, Gałaktionow zaniepokoił się. Czyżby on, Sańka Wist, właśnie się wyprztykał? Dotąd jeszcze się nie zdarzyło, by przegrał w preferansa taką ogromną sumę. W ogóle prawie nigdy nie przegrywał, oszukując partnerów nawet przy bardzo dla niego niekorzystnych rozdaniach. Potrzeba jednak do tego prawdziwej smykałki i długotrwałej, wielogodzinnej koncentracji uwagi, z czego Wist zawsze słynął. Zwykle jego partnerzy wcześniej zaczynali odczuwać zmęczenie, przez co popełniali błędy, on wszakże był niezmordowany, w szóstej godzinie gry równie łatwo zapamiętywał wyjścia i liczył karty, jak na początku. Czyżby więc jego pierwszy poważny niefart zwiastował początek procesu starzenia się, dekoncentrację i luki w pamięci? Ależ on ma przecież zaledwie czterdzieści trzy lata, toż to kwiat wieku! Musi udowodnić, że wciąż jest ulubieńcem fortuny, a to wszystko, co się stało, to tylko drobne potknięcia, na które nie warto zwracać uwagi.
Z całym zapamiętaniem rzucał się w wir coraz to nowych interesów, które każdy sędzia zakwalifikowałby raczej jako afery, i częściej niż zwykle siadał do gry przy zielonym stoliku. Z początku szło dobrze i Gałaktionow odzyskał równowagę ducha, ale potem znów sypnęły się niepowodzenia. Wówczas trochę przycichł, uspokoił się. Sądząc z rozmaitych jego wypowiedzi, które przytaczali świadkowie, miał zamiar sumiennie przeanalizować przyczyny niepowodzeń, jakie go spotkały. Przy tym wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że nie był w depresji, nie robił wrażenia przybitego – już raczej przypominał podnieconego niezwykłym odkryciem entomologa, który raptem na biegunie północnym ujrzał motyla z tropików. Gałaktionow był jak zawsze dowcipny i czarujący, nie przylgnęło doń niezmywalne piętno nieudacznika.
Nic więcej aż do śmierci Aleksandra Władimirowicza się nie wydarzyło. Podobno nawet na kilka dni przed zgonem poczuł nowy przypływ energii i podniesiony na duchu zwrócił się do żony ze słowami:
– To nic, jeśli nawet fortuna śpi, wrodzony talent czuwa i nigdy człowieka nie zawiedzie. A kiedy ta śpioszka się obudzi, to dopiero będzie zabawa!
Widocznie znów spróbował w czymś swoich sił, i to z pomyślnym skutkiem. Jedna rzecz wszakże pozostaje niezrozumiała: o wszystkich jego dosyć podejrzanych interesach ktoś przecież musiał wiedzieć – żona, kochanka czy koledzy z pracy. Inna sprawa, że nie byli świadomi, jak bardzo nieuczciwe i nielegalne jest to, co Gałaktionow robi. On natomiast absolutnie niczym się nie krępował i nie ukrywał, że byłoby grzechem nie wykorzystać cudzej głupoty czy ufności; ba, gdyby tego zaniechał, straciłby szacunek dla samego siebie. Jednak o ostatnim jego udanym posunięciu – jeśli w ogóle miało ono miejsce, a nie było tylko płodem rozgorączkowanej wyobraźni Anastazji Kamieńskiej – z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn nikt nic nie wiedział.
Ciekawe czemu? Co w nim mogło być tak osobliwego?

ROZDZIAŁ III

Fragment 1

Misza Docenko siedział w gabinecie Olszańskiego i już którąś godzinę z rzędu rozmawiał z Krasnikowami, usiłując pomóc im sobie przypomnieć, czy przypadkiem nie mówili komuś o tym, że Dima nie jest ich rodzonym synem. Sam Konstantin Michajłowicz, użyczywszy Michaiłowi swego biurka, siedział w kącie i z zainteresowaniem obserwował, jak perfekcyjnie pracuje młody oficer operacyjny. Misza dysponował pogłębioną wiedzą w zakresie problemów pamięci i mnemotechniki i potrafił dokonać tego, co w kryminalistyce nazywa się “pobudzeniem związków skojarzeniowych”. Innymi słowy, jeśli jest coś, co człowiek może sobie przypomnieć i nie chce tego ukrywać, pod zręcznym kierunkiem starszego lejtnanta Docenki z pewnością odświeży sobie pamięć.
Olga i Paweł Krasnikowowie twierdzili zgodnie, że nigdy... za nic... nikomu... i tak dalej. Raptem Misza zmienił taktykę.
– Dlaczego państwo cały czas mnie oszukujecie? – zapytał z niewinną miną.
– My?! – wykrzyknęli zdumieni małżonkowie. – Co pan opowiada? Oszukujemy pana?
– No, jeśli nie oszukujecie, to znaczy, że nieprecyzyjnie formułujecie swoje myśli. Proszę, Olgo Michajłowno, niech pani jeszcze raz odpowie mi na pytanie: z kim w ciągu ostatnich pięciu lat rozmawiała pani o usynowieniu Dimy?
– Z nikim – odparła kobieta znużonym głosem. – Powtarzałam to już panu z dziesięć razy: z nikim.
– Jak to? A z Łykowem? Szantażystą, który do was telefonował? Rozmawiała z nim pani o tym?
– No tak... Oczywiście. – Krasnikowa speszyła się. – Ale sądziłam, że chodzi panu o...
– Wiem, co pani chce powiedzieć – łagodnie wtrącił Docenko, nie pozwalając kobiecie dokończyć. – Ale zależy mi na tym, żeby i pani zrozumiała, co miałem na myśli, mówiąc, że oboje państwo nieprecyzyjnie formułujecie swoje myśli. Teraz kolej na pana, Pawle Wiktorowiczu. Proszę odpowiedzieć na to samo pytanie.
– Z nikim nie rozmawiałem o usynowieniu Dimy – oznajmił Krasnikow tryumfalnie; ubodło go nieco, że ten sympatyczny, czarnooki chłopak w starannie odprasowanym garniturze miał rację. – Nawet z Łykowem. Zawsze rozmawiała z nim Olga.

[copyright by W.A.B.]

Newsletter

Patronat Ruslink.pl

„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...

Czy wiesz, że ...

Wiktor Jerofiejew

Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...

Jurij Gagarin

Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...