Życie i los
(Жизнь и судьба / Żyzn' i sud'ba)
Wasilij Grossman
tłumaczenie: Jerzy Czech
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1980
rok wydania pol.: 2009
ISBN: 978-83-7414-582-4
liczba stron: 880
format: 13,5 x 20,2
Nie można pisać o wojnie lepiej niż Grossman, a gorzej – nie ma sensu.
Michaił Szołochow
Najważniejsza rosyjska powieść dwudziestego wieku.
„Le Monde”
Książka przepełniona głęboką dobrocią i ciepłem.
„The New Yorker”
[Wydawnictwo W.A.B.]
Życie i los
Saratów powitał Ludmiłę Nikołajewnę brutalnie i okrutnie.
Od razu na przystani zderzyła się z jakimś pijanym mężczyzną w wojskowym płaszczu; pijak zatoczył się, odepchnął ją i obrzucił wyzwiskami.
Ludmiła Nikołajewna zaczęła się wspinać na wysoki brzeg Wołgi stromą, brukowaną ulicą. Potem zatrzymała się i obejrzała, ciężko dysząc. W dole statek świecący bielą między szarymi szopami na wybrzeżu jakby ją zrozumiał, bo niezbyt głośno zatrąbił parę razy: „Idź już, idź”. Posłuchała go.
Kiedy wsiadała do tramwaju, młode kobiety z milczącą gorliwością odpychały stare i słabe. Niewidomy w żołnierskiej czapce, widocznie niedawno wypuszczony ze szpitala, nie umiejąc jeszcze nieść samotnie swojej ślepoty, poruszał się drobnymi kroczkami i postukiwał laską przed sobą. Zachłannie, jak dziecko, złapał za rękaw niemłodą kobietę. Ta odtrąciła rękę i ruszyła do przodu, dzwoniąc po bruku podkutymi butami, a on, nadal czepiając się jej ręki, śpiesznie tłumaczył:
– Proszę mi pomóc wsiąść, ja ze szpitala.
Kobieta zaklęła i odepchnęła niewidomego, który stracił równowagę i usiadł na jezdni.
Ludmiła spojrzała na twarz kobiety.
Skąd wziął się ten nieludzki wyraz, co go zrodziło? Głód, przeżyty w dzieciństwie, w dwudziestym pierwszym roku, czy też głód w trzydziestym? Życie po brzegi wypełnione nędzą?
[…]
Coś groźnego, ciemnego dotknęło Ludmiły Nikołajewny, i to dotknięcie naznaczyło ją zimnem i mrokiem tysiącwiorstowych, ubogich przestrzeni rosyjskich, poczuciem bezradności w tej życiowej tundrze.
Jeszcze raz spytała konduktorkę, gdzie ma wysiąść, a ta niewzruszona odparła:
– Już mówiłam, głucha jesteś czy co?
Pasażerowie stojący w przejściu nie chcieli powiedzieć, czy wysiadają, nie chcieli się posunąć, stali jak posągi.
Kiedyś Ludmiła uczyła się w przygotowawczej „elementarnej” klasie gimnazjum żeńskiego w Saratowie. Któregoś chłodnego ranka siedziała przy stole, majtając nogami, i piła herbatę, a ojciec, którego uwielbiała, smarował jej masłem kawałek ciepłego kołacza... Lampa odbijała się w pulchnym policzku samowara, a Ludmiła nie chciała odchodzić od ciepłej ręki ojca, od ciepłego chleba, od ciepła herbaty.
Wydawało się, że wtedy nie było w tym mieście listopadowego wiatru, głodu, samobójców, dzieci umierających w szpitalach, tylko samo ciepło, ciepło, ciepło.
Na tutejszym cmentarzu pochowana była starsza siostra Ludmiły, Sonia, zmarła na dyfteryt – Aleksandra Władimirowna dała jej to imię na cześć Sofii Pierowskiej. Dziadek leżał chyba na tym samym cmentarzu.
Podeszła do dwupiętrowego budynku szkoły; to właśnie był szpital, w którym leżał Tola.
Przy drzwiach nie stał wartownik, a jej wydawało się, że to dobry znak. Poczuła szpitalny zapach, taki natrętny, lepki, że nawet ludzi, którym mróz dał się we znaki, ciepło szpitala nie cieszy, wolą znowu wyjść na mróz. Minęła ubikacje, gdzie zachowały się jeszcze z czasów szkoły tabliczki: „Dla chłopców”, „Dla dziewcząt”. Przeszła korytarzem, z kuchni wionęły na nią tamtejsze zapachy, potem dalej, i przez zapocone okno dostrzegła złożone na wewnętrznym dziedzińcu prostokątne skrzynie-trumny, i znowu jak u siebie w przedpokoju, zanim jeszcze otworzyła list, pomyślała: „O Boże, gdybym tu teraz nagle padła trupem”. Dużymi krokami ruszyła jednak dalej, weszła na szary chodniczek i mijając szafki zastawione popularnymi roślinami pokojowymi – asparagusami, filodendronami – podeszła do drzwi, na których obok tabliczki „Klasa czwarta” wisiała kartka z odręcznym napisem „Rejestracja”.
Kiedy Ludmiła ujęła za klamkę, światło słoneczne przebiło się właśnie przez chmury, uderzyło o szyby; wszystko wokół się rozjaśniło.
A po kilku minutach rozmowny pisarz, przerzucając kartki w długiej, lśniącej w słońcu skrzynce, mówił do niej:
– Tak, tak, znaczy się, Szaposznikow A.W. Anatolij Wu... Tak... Ma pani szczęście, że nie natknęła się pani na naszego komendanta, bo jakby zobaczył panią w płaszczu, toby pani pokazał... Tak, tak… aha, znaczy się, Szaposznikow... Tak, tak, lejtnant, racja.
Ludmiła obserwowała jego palce, wyjmujące kartkę z długiej skrzynki z dykty, i miała wrażenie, że stoi przed Bogiem, w którego mocy jest obwieścić jej życie albo śmierć i który właśnie zawahał się, nie zdecydował jeszcze, czy jej syn ma żyć, czy też umrzeć.
***
Ludmiła Nikołajewna przyjechała do Saratowa w tydzień po tym, jak Tolę poddano kolejnej, trzeciej już operacji. Operował go Majzel, lekarz wojskowy drugiej rangi. Operacja była trudna i długa, trwała ponad pięć godzin.
Zastosowano narkozę ogólną, dwukrotnie trzeba było wstrzykiwać dożylnie heksonal. Jeśli chodzi o sam zabieg, nikt z chirurgów w Saratowie, ani ze szpitala wojskowego, ani z kliniki uniwersyteckiej, nigdy takiego nie przeprowadzał. Operację znano tylko ze źródeł naukowych: w wojskowym czasopiśmie medycznym z roku 1941 roku Amerykanie zamieścili jej szczegółowy opis.
Wyjątkowa trudność zabiegu sprawiła, że doktor Majzel po kolejnym badaniu rentgenowskim długo i szczerze rozmawiał z lejtnantem. Wyjaśnił mu charakter patologicznych zmian w jego organizmie, wywołanych straszliwą raną. Równocześnie nie ukrywał związanego z operacją ryzyka. Powiedział, że lekarze, z którymi się konsultował, nie są jednomyślni w tej sprawie – profesor Rodionow, stary klinicysta, jest przeciwny operacji. Lejtnant Szaposznikow zadał doktorowi Majzlowi kilka pytań i po krótkim namyśle jeszcze w gabinecie rentgenowskim wyraził zgodę. Przygotowania do zabiegu trwały pięć dni.
Operacja zaczęła się o jedenastej i zakończyła dopiero o czwartej. Asystował przy niej komendant szpitala, lekarz wojskowy Dimitruk. Z uwag obserwujących ją lekarzy wynikało, że udała się znakomicie.
Przy stole operacyjnym Majzel bardzo dobrze poradził sobie z nieoczekiwanymi trudnościami, których nie zawierał opis w czasopiśmie.
Stan chorego w czasie operacji był zadowalający, puls w normie, nie zanikał.
(…)
Dyżurująca przy Szaposznikowie pielęgniarka nazwiskiem Tierientjew
miała obserwować stan lejtnanta. (…) Prawie nie było słychać oddechu Szaposznikowa. Twarz miał nieruchomą, szyję, ręce – chude jak u dziecka; na bladej skórze widać było ledwie dostrzegalny cień opalenizny, rezultat pracy w polu i marszu przez stepy.
Stan, w którym chory się znajdował, był czymś pośrednim między brakiem przytomności a snem – ciężkim zamroczeniem wywołanym narkozą oraz utratą sił duchowych i fizycznych.
Chory niewyraźnie mamrotał pojedyncze słowa, a niekiedy całe zdania. Siostrze wydało się, że powiedział: „Dobrze, że mnie takiego nie widziałaś”. Potem leżał cicho, kąciki ust mu opadły, i mogło się zdawać, że płacze, chociaż jest nieprzytomny.
Około ósmej wieczór otworzył oczy i wyraźnie – siostra Tierientjew ucieszyła się i zdziwiła – poprosił o wodę. Pielęgniarka powiedziała, że nie wolno mu pić, i pocieszyła go, że wyzdrowieje, bo operacja udała sięznakomicie. Spytała o samopoczucie, a on poskarżył się na bóle w boku i w plecach, ale dodał, że nie są silne.
Znowu zmierzyła mu puls; mokrym ręcznikiem zwilżyła usta i czoło.
W tym czasie do sali wszedł sanitariusz Miedwiedjew z wiadomością, że ordynator oddziału chirurgicznego Płatonow wzywa siostrę do telefonu. Pielęgniarka poszła do pokoju dyżurnego na piętrze, podniosła słuchawkę i zameldowała, że chory się obudził, a stan jego jest typowy dla pacjentów po ciężkiej operacji.
Poprosiła Płatonowa, by ktoś ją zmienił, bo ona musi koniecznie zgłosić się w miejskiej komisji wojskowej w związku z pomyłką w adresie na przekazie pieniężnym, który wysłał jej mąż. Lekarz obiecał, że ją zwolni, ale kazał obserwować Szaposznikowa do momentu, kiedy sam go obejrzy.
Siostra wróciła do sali. Chory leżał w pozycji, w jakiej go zostawiła, ale na jego twarzy nie malował się już wyraz tak dotkliwego cierpienia – kąciki ust były uniesione, twarz wydawała się spokojna, uśmiechnięta. Ów stały wyraz cierpienia sprawiał, że twarz chorego się starzała; uśmiech, jaki się teraz na niej pojawił, wzbudził więc zdziwienie pielęgniarki. Wydawało się, że chude policzki, blade, duże, nieco wysunięte wargi czy też wysokie, bez jednej choćby zmarszczki czoło należą nie do dorosłego i nawet nie do młodzieńca, ale do chłopczyka. Siostra spytała pacjenta, jak się czuje, ale nie odpowiedział; oczywiście zasnął.
Ten jego wyraz twarzy trochę jednak zaniepokoił siostrę Tierientjew. Wzięła lejtnanta Szaposznikowa za rękę – pulsu nie wyczuwała, ręka była ciepła tym nieżywym, słabym, porannym ciepłem pieca, w którym napalono wieczorem, a który dawno już wystygł.
I chociaż siostra mieszkała od urodzenia w mieście, to osunęła się na kolana i cichutko, żeby nie przeszkadzać żywym, jęła zawodzić jak wiejska baba:
– O mój kochany, kwiatuszku ty nasz, dokąd od nas odszedłeś?!
***
W szpitalu wszyscy dowiedzieli się o przyjeździe matki zmarłego lejtnanta Szaposznikowa. Przyjął ją komisarz szpitala, komisarz batalionowy Szymański. Przystojny mężczyzna, mówiący z lekkim polskim akcentem, z ponurą miną oczekiwał Ludmiły Nikołajewny – wydawało mu się, że nie obejdzie się bez łez, może nawet omdlenia. Przesuwał językiem po niedawno zapuszczonych wąsach, żal mu było zmarłego lejtnanta, żal jego matki, i właśnie dlatego złościł się na oboje; jeśli ma przyjmować matkę każdego zmarłego lejtnanta, to wkrótce nerwy mu wysiądą.
Szymański wskazał przybyłej krzesło i zanim zaczął mówić, podsunął jej karafkę z wodą, na co Ludmiła Nikołajewna powiedziała:
– Dziękuję, nie chce mi się pić.
Wysłuchała jego opowieści o konsylium, które odbyło się przed operacją (komisarz wolał nie wspominać, że był jeden głos przeciwny zabiegowi), o związanych z nią trudnościach, o tym, że przebiegła pomyślnie; chirurdzy uważają podobną operację za wskazaną przy ciężkich ranach, takich, jakie odniósł lejtnant Szaposznikow. Poinformował ją, że śmierć nastąpiła w wyniku ustania akcji serca i, jak stwierdził w orzeczeniu patolog, lekarz wojskowy trzeciej rangi Bołdyriow, nie można było przewidzieć tego nagłego zejścia.
Następnie komisarz batalionu powiedział, że przez szpital przewijają się setki chorych, ale mało kogo tak lubiano, jak lejtnanta Szaposznikowa – był to zdyscyplinowany, kulturalny i skromny pacjent, krępował się, ilekroć musiał o coś poprosić, nie lubił trudzić personelu.
Oznajmił, że matka powinna być dumna z syna, który mężnie i z honorem oddał życie za ojczyznę.
Następnie spytał, czy ma jakieś prośby do komendantury szpitala.
Ludmiła Nikołajewna przeprosiła, że zajmuje czas komisarzowi, po czym wyjęła z torebki kartkę i odczytała swoje prośby.
Poprosiła, by wskazano jej, gdzie syn został pochowany.
Komisarz w milczeniu skinął głową i zapisał coś w notesie.
Chciała porozmawiać z doktorem Majzlem.
Komisarz szpitala powiedział, że doktor Majzel sam chciał się z nią spotkać, kiedy dowiedział się o jej przyjeździe.
Poprosiła o spotkanie z siostrą Tierientjew.
Komisarz wyraził zgodę skinieniem głowy i znowu to sobie zapisał. Prosiła też, by wydano jej rzeczy syna na pamiątkę.
Komisarz zrobił kolejną notatkę.
Ludmiła Nikołajewna poprosiła o przekazanie rannym podarunków, które przywiozła dla syna; położyła na stole dwie puszki szprotów i paczkę cukierków.
Ich spojrzenia się skrzyżowały; błękitne oczy Ludmiły Nikołajewny błyszczały tak, że komisarz mimo woli zmrużył swoje.
Szymański poprosił Ludmiłę Nikołajewnę, żeby przyszła do szpitala nazajutrz o dziewiątej trzydzieści, a wszystkie jej prośby zostaną spełnione.
Komisarz batalionu popatrzył na drzwi, które się za nią zamknęły, na zostawione przez nią prezenty, obmacał sobie przegub, ale nie wyczuł pulsu.
Machnął ręką, sięgnął po karafkę i zaczął pić wodę, którą na początku rozmowy częstował Ludmiłę Nikołajewnę.
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...