Życie owadów
(Жизнь насекомых / Żyzń nasiekomych)
Wiktor Pielewin
gatunek: literatura piękna
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1997
rok wydania pol.: 2004
ISBN: 83-7414-021-6
liczba stron: 240
format: 12,5 x 19,5 cm
tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania: 1997
rok wydania pol.: 2004
ISBN: 83-7414-021-6
liczba stron: 240
format: 12,5 x 19,5 cm
Pomysłowa, pełna alegorii, fantastyki i filozoficznych dociekań historia, rozgrywająca się w świecie, w którym wszystko jest ze sobą powiązane. Samuel Sacker, amerykański biznesmen, przyjeżdża do nadmorskiego hotelu na spotkanie ze swymi dwoma rosyjskimi partnerami. Po chwili wszyscy trzej, już jako komary, wyruszają na poszukiwanie hemoglobiny i glukozy. Widzimy dwa żuki gnojaki, ojca i syna, którzy dyskutują o zagadkach wszechświata, kobietę imieniem Marina, a zarazem muchę, która haruje w spółdzielni przypominającej ul, inżyniera Sieriożę – jednocześnie cykadę, z racji długich wąsów często mylonego z karaluchem, i wiele innych postaci, których losy krzyżują się w najbardziej zdumiewający sposób. Ten niesamowity świat i zaludniający go bohaterowie są znakomitą, niepokojącą metaforą ekonomicznego upadku i społecznego chaosu w dzisiejszej Rosji.
Główny pawilon ośrodka wypoczynkowego, do połowy zasłonięty starymi topolami i cyprysami, był ponurym, szarym budynkiem, który, niby na rozkaz głupiego Iwanuszki z rosyjskiej bajki, ustawił się tyłem do morza. Jego fasada, z kolumnami, popękanymi gwiazdami i wiecznie ugiętymi na gipsowym wietrze snopami, zwrócona była na wąski dziedziniec, pełen zmieszanych zapachów kuchni, pralni i zakładu fryzjerskiego, na bulwar zaś wychodziła masywna ściana z dwoma czy trzema oknami. W odległości kilku metrów od kolumnady wznosił się betonowy mur, na którym biegły w dal połyskujące w promieniach zachodu kominy ciepłowni. Wysokie paradne drzwi, ukryte w cieniu wspartego na kolumnach gigantycznego balkonu (a właściwie tarasu), zamknięto tak dawno, że nawet szczelina w podwojach znikła pod kilkoma warstwami zaskorupiałej farby, i dziedziniec zazwyczaj był pusty – tylko czasem ostrożnie wciskała się tam ciężarówka, dowożąca z Teodozji mleko i chleb.
Tego wieczoru jednak na dziedzińcu nie było nawet ciężarówki, toteż mężczyzny wspartego o rzeźbioną balustradę tarasu nie widział nikt, może prócz pary patrolujących mew, płynących po niebie niby białe kropki. Mężczyzna spoglądał w dół, na prawo, na mały budyneczek przystani łódek, w którym mieścił się głośnik radiowy. Morze szumiało, ale kiedy wiatr zaczynał dąć w stronę pensjonatu, można było uchwycić fragmenty rzucanych ku pustej plaży zdań.
– …bynajmniej niejednakowi, nieuformowani wedle jednego i tego samego szablonu…
– …stworzył nas różnymi – czyż nie jest to część potężnego zamysłu, obliczonego, w odróżnieniu od krótkotrwałych planów człowieka, na wiele…
– …czego oczekuje od nas Pan, spoglądający na nas z nadzieją? Czy potrafimy wykorzystać Jego dar?
– …Nawet On nie wie, jak się zachowają dusze, które posłał na…
Rozległy się dźwięki organów. Melodia była raczej majestatyczna, tylko od czasu do czasu przerywana niezrozumiałym „umpa-umpa”; mężczyzna nie zdołał się zresztą należycie wsłuchać, bo muzyka grała bardzo krótko i znów odezwał się głos spikera:
– Był to program z cyklu przygotowanego specjalnie dla naszej radiostacji na zamówienie amerykańskiego towarzystwa dobroczynności „Rzeki Babilonu”… w każdą niedzielę… na adres: „Głos Boży”, Bliss, Idaho, USA.
Głośnik umilkł, i mężczyzna zagiął palec wskazujący.
– Aha – mruknął – dziś niedziela. Więc będą tańce.
Mężczyzna wyglądał dziwnie. Mimo ciepłego wieczoru miał na sobie szary garnitur z kamizelką, czapkę z daszkiem i krawat (prawie identycznie odziany był stojący na dole niewielki nadmorski Lenin, aż po srebrzyste lędźwie opleciony winoroślą). Mężczyźnie jednak upał najwyraźniej nie dokuczał: widać było, że czuje się zupełnie swobodnie. Niekiedy tylko zerkał na zegarek, oglądał się i coś z niezadowoleniem szeptał.
Głośnik przez parę minut trzeszczał na jałowym biegu, a potem marzycielsko przemówił po ukraińsku. W tym momencie mężczyzna usłyszał za sobą czyjeś kroki i obejrzał się. Po tarasie szli ku niemu dwaj ludzie. Przodem kroczył niziutki grubas w białych szortach i kolorowej koszulce. Za nim podążał cudzoziemiec w panamie, przewiewnej koszuli i jasnych, beżowych spodniach; w ręku niósł dużą dyplomatkę o opływowych kształtach. O tym, że jest cudzoziemcem, świadczyło nie tyle ubranie, ile delikatne okulary w cienkich czarnych oprawkach i lekka opalenizna o charakterystycznym, nabokowowskim odcieniu, którą uzyskać można wyłącznie na zamorskich plażach.
Mężczyzna w czapce wskazał palcem swój zegarek i pogroził grubasowi pięścią, na co ten odparł krzykliwie:
– Śpieszy się! Wskazuje złą godzinę!
Uściskali się na powitanie.
– Cześć, Arnold.
– Witaj, Arturze. Poznajcie się. – Grubas odwrócił się do cudzoziemca. – To jest Artur, o którym panu opowiadałem. A to Samuel Sucker. Mówi po rosyjsku.
– Po prostu Sam – odezwał się cudzoziemiec, wyciągając rękę.
– Bardzo mi miło – powiedział Artur. – Jak podróż, Sam?
– Dziękuję – odparł zagadnięty. – W porządku. A co tu u was słychać?
– Bez zmian – odrzekł Artur. – Wyobraża pan sobie sytuację w Moskwie, Sam? No więc tu jest tak samo, tylko trochę więcej hemoglobiny i glukozy. No i oczywiście witamin – pasza jest tu dobra: owoce, winogrona.
– A poza tym – wtrącił Arnold – o ile wiemy, wy tam, na Zachodzie, dusicie się po prostu od różnych repelentów i insektosoli, a nasze opakowania są ekologicznie absolutnie czyste.
– A od strony sanitarnej?
– Słucham?
– Czy spełniają wymogi sanitarne? Bo mówił pan przecież o skórze? – upewnił się Sam.
Arnold zmieszał się lekko.
– T-tak – przerwał niezręczne milczenie Artur. – Pan do nas na długo?
– Myślę, że na jakieś trzy, cztery dni – powiedział Sam.
– I zdąży pan w tym czasie przeprowadzić badania marketingowe?
– Sądzę, że „marketing” to w tym wypadu zbyt wielkie słowo. Po prostu chcę się zorientować. Wyrobić sobie, że tak powiem, opinię, czy opłaca się rozwijać tu nasz biznes.
– Świetnie – powiedział Artur. – Wyodrębniłem już kilka dość reprezentatywnych obiektów i myślę, że jutro z rana…
– O nie – zaoponował Sam. – Żadnych potiomkinowskich wsi*. Proponuję działać na chybił trafił. Choć może brzmi to paradoksalnie, uzyskuje się w ten sposób najprawdziwszą ocenę sytuacji. I nie jutro z rana, ale teraz, zaraz.
– Jak to? – jęknął Artur. – Nie chce pan odpocząć? Wypić drinka po podróży?
– Rzeczywiście – dorzucił Arnold. – Lepiej byłoby jutro. I według naszej listy. Bo jeszcze wyrobi pan sobie fałszywą opinię.
– Jeżeli wyrobię sobie fałszywą opinię, będziemy mieli dość czasu, by ją skorygować – odparł Sam.
Pewnym, wytrenowanym ruchem wskoczył na balustradę tarasu i usiadł, zwieszając nogi w pustkę. Dwaj pozostali, zamiast próbować go powstrzymać, również wleźli na poręcz. Artur dokonał tego bez trudu, Arnoldowi udało się dopiero za drugim podejściem, a i to usiadł nie tak jak jego towarzysze, ale plecami do dziedzińca, jakby w obawie, że zakręci mu się w głowie, gdy spojrzy w dół.
– W drogę! – zakomenderował Sam i skoczył.
Artur bez słowa poszedł w jego ślady. Arnold nabrał powietrza i tyłem rzucił się w przestrzeń, jak płetwonurek, skaczący do morza z łódki.
Gdyby był świadek tej sceny, zapewne wychyliłby się przez balustradę, przekonany, że zobaczy w dole trzy okaleczone ciała. Nie zobaczyłby jednak niczego prócz ośmiu niewielkich kałuż, rozdeptanej paczki po papierosach Primorskije i pęknięć w asfalcie.
Gdyby natomiast miał nadludzko ostry wzrok, dostrzegłby w oddali trzy komary, lecące w stronę skrytej za drzewami osady.
Co by pomyślał ów iluzoryczny obserwator i jak by się zachował – zszedłby w osłupieniu zardzewiałą drabinką pożarową, jedyną drogą wyjścia z dawno zabitego na głucho deskami tarasu, a może – kto wie? – posłuszny nowemu, nieznanemu uczuciu, jakie zbudziło się w jego duszy, usiadłby na szarej, rzeźbionej balustradzie i rzucił się w ślad za trzema nieznajomymi? Nie wiem. Nikt chyba zresztą nie wie, jak postąpiłby ktoś, kto tak naprawdę nie istnieje, ale za to posiada nadludzko ostry wzrok.
Tego wieczoru jednak na dziedzińcu nie było nawet ciężarówki, toteż mężczyzny wspartego o rzeźbioną balustradę tarasu nie widział nikt, może prócz pary patrolujących mew, płynących po niebie niby białe kropki. Mężczyzna spoglądał w dół, na prawo, na mały budyneczek przystani łódek, w którym mieścił się głośnik radiowy. Morze szumiało, ale kiedy wiatr zaczynał dąć w stronę pensjonatu, można było uchwycić fragmenty rzucanych ku pustej plaży zdań.
– …bynajmniej niejednakowi, nieuformowani wedle jednego i tego samego szablonu…
– …stworzył nas różnymi – czyż nie jest to część potężnego zamysłu, obliczonego, w odróżnieniu od krótkotrwałych planów człowieka, na wiele…
– …czego oczekuje od nas Pan, spoglądający na nas z nadzieją? Czy potrafimy wykorzystać Jego dar?
– …Nawet On nie wie, jak się zachowają dusze, które posłał na…
Rozległy się dźwięki organów. Melodia była raczej majestatyczna, tylko od czasu do czasu przerywana niezrozumiałym „umpa-umpa”; mężczyzna nie zdołał się zresztą należycie wsłuchać, bo muzyka grała bardzo krótko i znów odezwał się głos spikera:
– Był to program z cyklu przygotowanego specjalnie dla naszej radiostacji na zamówienie amerykańskiego towarzystwa dobroczynności „Rzeki Babilonu”… w każdą niedzielę… na adres: „Głos Boży”, Bliss, Idaho, USA.
Głośnik umilkł, i mężczyzna zagiął palec wskazujący.
– Aha – mruknął – dziś niedziela. Więc będą tańce.
Mężczyzna wyglądał dziwnie. Mimo ciepłego wieczoru miał na sobie szary garnitur z kamizelką, czapkę z daszkiem i krawat (prawie identycznie odziany był stojący na dole niewielki nadmorski Lenin, aż po srebrzyste lędźwie opleciony winoroślą). Mężczyźnie jednak upał najwyraźniej nie dokuczał: widać było, że czuje się zupełnie swobodnie. Niekiedy tylko zerkał na zegarek, oglądał się i coś z niezadowoleniem szeptał.
Głośnik przez parę minut trzeszczał na jałowym biegu, a potem marzycielsko przemówił po ukraińsku. W tym momencie mężczyzna usłyszał za sobą czyjeś kroki i obejrzał się. Po tarasie szli ku niemu dwaj ludzie. Przodem kroczył niziutki grubas w białych szortach i kolorowej koszulce. Za nim podążał cudzoziemiec w panamie, przewiewnej koszuli i jasnych, beżowych spodniach; w ręku niósł dużą dyplomatkę o opływowych kształtach. O tym, że jest cudzoziemcem, świadczyło nie tyle ubranie, ile delikatne okulary w cienkich czarnych oprawkach i lekka opalenizna o charakterystycznym, nabokowowskim odcieniu, którą uzyskać można wyłącznie na zamorskich plażach.
Mężczyzna w czapce wskazał palcem swój zegarek i pogroził grubasowi pięścią, na co ten odparł krzykliwie:
– Śpieszy się! Wskazuje złą godzinę!
Uściskali się na powitanie.
– Cześć, Arnold.
– Witaj, Arturze. Poznajcie się. – Grubas odwrócił się do cudzoziemca. – To jest Artur, o którym panu opowiadałem. A to Samuel Sucker. Mówi po rosyjsku.
– Po prostu Sam – odezwał się cudzoziemiec, wyciągając rękę.
– Bardzo mi miło – powiedział Artur. – Jak podróż, Sam?
– Dziękuję – odparł zagadnięty. – W porządku. A co tu u was słychać?
– Bez zmian – odrzekł Artur. – Wyobraża pan sobie sytuację w Moskwie, Sam? No więc tu jest tak samo, tylko trochę więcej hemoglobiny i glukozy. No i oczywiście witamin – pasza jest tu dobra: owoce, winogrona.
– A poza tym – wtrącił Arnold – o ile wiemy, wy tam, na Zachodzie, dusicie się po prostu od różnych repelentów i insektosoli, a nasze opakowania są ekologicznie absolutnie czyste.
– A od strony sanitarnej?
– Słucham?
– Czy spełniają wymogi sanitarne? Bo mówił pan przecież o skórze? – upewnił się Sam.
Arnold zmieszał się lekko.
– T-tak – przerwał niezręczne milczenie Artur. – Pan do nas na długo?
– Myślę, że na jakieś trzy, cztery dni – powiedział Sam.
– I zdąży pan w tym czasie przeprowadzić badania marketingowe?
– Sądzę, że „marketing” to w tym wypadu zbyt wielkie słowo. Po prostu chcę się zorientować. Wyrobić sobie, że tak powiem, opinię, czy opłaca się rozwijać tu nasz biznes.
– Świetnie – powiedział Artur. – Wyodrębniłem już kilka dość reprezentatywnych obiektów i myślę, że jutro z rana…
– O nie – zaoponował Sam. – Żadnych potiomkinowskich wsi*. Proponuję działać na chybił trafił. Choć może brzmi to paradoksalnie, uzyskuje się w ten sposób najprawdziwszą ocenę sytuacji. I nie jutro z rana, ale teraz, zaraz.
– Jak to? – jęknął Artur. – Nie chce pan odpocząć? Wypić drinka po podróży?
– Rzeczywiście – dorzucił Arnold. – Lepiej byłoby jutro. I według naszej listy. Bo jeszcze wyrobi pan sobie fałszywą opinię.
– Jeżeli wyrobię sobie fałszywą opinię, będziemy mieli dość czasu, by ją skorygować – odparł Sam.
Pewnym, wytrenowanym ruchem wskoczył na balustradę tarasu i usiadł, zwieszając nogi w pustkę. Dwaj pozostali, zamiast próbować go powstrzymać, również wleźli na poręcz. Artur dokonał tego bez trudu, Arnoldowi udało się dopiero za drugim podejściem, a i to usiadł nie tak jak jego towarzysze, ale plecami do dziedzińca, jakby w obawie, że zakręci mu się w głowie, gdy spojrzy w dół.
– W drogę! – zakomenderował Sam i skoczył.
Artur bez słowa poszedł w jego ślady. Arnold nabrał powietrza i tyłem rzucił się w przestrzeń, jak płetwonurek, skaczący do morza z łódki.
Gdyby był świadek tej sceny, zapewne wychyliłby się przez balustradę, przekonany, że zobaczy w dole trzy okaleczone ciała. Nie zobaczyłby jednak niczego prócz ośmiu niewielkich kałuż, rozdeptanej paczki po papierosach Primorskije i pęknięć w asfalcie.
Gdyby natomiast miał nadludzko ostry wzrok, dostrzegłby w oddali trzy komary, lecące w stronę skrytej za drzewami osady.
Co by pomyślał ów iluzoryczny obserwator i jak by się zachował – zszedłby w osłupieniu zardzewiałą drabinką pożarową, jedyną drogą wyjścia z dawno zabitego na głucho deskami tarasu, a może – kto wie? – posłuszny nowemu, nieznanemu uczuciu, jakie zbudziło się w jego duszy, usiadłby na szarej, rzeźbionej balustradzie i rzucił się w ślad za trzema nieznajomymi? Nie wiem. Nikt chyba zresztą nie wie, jak postąpiłby ktoś, kto tak naprawdę nie istnieje, ale za to posiada nadludzko ostry wzrok.
Newsletter
Patronat Ruslink.pl
„Śladem Okudżawy” to najnowsza płyta w wykonaniu Evgena Malinovskiego, trzecia w cyklu „Syberyjski bard zaprasza” więcej...Czy wiesz, że ...
Wiktor Jerofiejew
Kontrowersyjny pisarz rosyjski, jeden z poczytniejszych autorów, który bezlitośnie wytyka wady własnego narodu i niszczy jego mity. więcej...Jurij Gagarin
Kolumb Kosmosu, uśmiechnięty człowiek, którego twarz obiegła natychmiast cały świat, a prostoduszny okrzyk „Nu, pojechali!” wszedł na stałe do języka rosyjskiego. więcej...