Jadąc Trannsibem

Jadąc Trannsibem

„Już jestem w pociągu, będę za sześć dni”, „Minęliśmy właśnie Bajkał, już niewiele zostało”, „Szykuj obiad, jestem już w Chabarowsku” – takie wypowiedzi dość często można usłyszeć, jadąc po „wielkiej syberyjskiej drodze” słynną Koleją Transsyberyjską. Sto czterdzieści cztery godziny, które przemierza pociąg relacji Moskwa–Władywostok, wydaje się dla obywatela zachodniej Europy wiecznością.

Niepowtarzalna atmosfera przejazdu, litry wypitej herbaty, obserwowane za oknami pociągu miasta, rzeki oraz piękne pejzaże Syberii sprawiają jednak, że podróż mija niemal niezauważenie. Co więcej – przez nawiązane przyjaźnie w wagonie koniec podróży nie jest wcale najprzyjemniejszym momentem. Trzeba się pożegnać i życzyć sobie kolejnego spotkania na obratnoj puti.

Syberyjska kolejowa magistrala ma legendarny status nie tylko w Rosji – pisali o niej najwięksi pisarze, o podróży transsibom marzyli podróżnicy z całego świata. Teoretycznie Kolej Transsyberyjska pozwala tylko na przemieszczenie ludzi i towarów z jednego geograficznego punktu do drugiego, praktycznie to ogromne przeżycie, zapamiętywane na lata, przez niektórych uznawanych nawet za pielgrzymkę po świętej drodze Syberii. Mimo pojawienia się samolotów, pociągi jadące po trasie Kolei Transsyberyjskiej nie mogą narzekać na brak pasażerów. Podróżnych można podzielić na dwie grupy: tych, którzy wsiedli do pociągu ze względów czysto ekonomicznych, dla których przejazd 9298 kilometrów po torach jest koniecznością, i tych, którzy zauważają w podróży pociągiem tajemniczy pierwiastek romantyzmu albo chcą zmierzyć się ze swoimi słabościami, poznać swój charakter lub po prostu mieć czas na przemyślenie swojego życia. Popularny w Polsce brazylijski pisarz Paulo Coelho szukał w podróży przez Syberię natchnienia, a długi przejazd pociągiem uznał za alternatywę dla pieszej wędrówki. Dodatkowo przyznał się na specjalnej konferencji prasowej w Moskwie, że o transsibie marzył całe życie.

Podróż zaczyna się na dworcu Moskwa Jarosławskaja. Pociąg zdaje się nie mieć końca, podobnie jak liczba stojących ludzi na peronie. Około pół godziny przed odjazdem prowadnicy – będący swoistymi opiekunami wagonów – otwierają drzwi do wagonów i powoli wpuszczają kolejnych pasażerów. Nie ma przepychanek, wkładania bagaży przez okno – znanych z polskich dworców kolejowych – tu każdy ma swoje przydzielone miejsce leżące, a prowadnik sprawdza bilety przed wejściem do pociągu, dodatkowo sprawdzając dokument tożsamości pasażera (bilety są imienne). Dopiero po przekroczeniu progu wagonu zaczyna się prawdziwa przygoda. Jeśli kupiliśmy bilety pierwszej lub drugiej klasy (tzw. luksoraz kupejnyj), zobaczymy wagon przypominający polskie wagony sypialne – przedziały dwu- lub czteroosobowe, z miejscami do leżenia. Większość osób podróżuje jednak najtańszą klasą, tzw. płackartą – taki wagon to nic innego, jak pięćdziesiąt cztery miejsca leżące pod jednym dachem, w otwartych przedziałach. Pasażerowie często podróżujący koleją kupują bilety tuż po rozpoczęciu sprzedaży, na czterdzieści pięć dni przed datą wyjazdu – dlatego często dla zabłąkanych turystów zostają jedynie miejsca w pociągu, których za nic w świecie nie chcą wziąć rdzenni Rosjanie. Miejsca położone w przedziałach w centralnej części wagonu są uznawane za najbardziej pożądane. Łóżka boczne, umieszczone wzdłuż korytarza, nie pozwalają na jakąkolwiek intymność. Pewnym wyznacznikiem jest także odległość od toalety – im dalej, tym lepiej – za absolutnie najgorsze miejsca przyjmuje się te oznaczone numerami 37 i 38, położone wzdłuż korytarza, tuż przy przejściu prowadzącym do... toalety. Miejsce położone na dole może stać się obiektem zazdrości emerytów oraz matek z dziećmi, którzy trafili na miejsce na górze. Warto także zauważyć, że nawet dla młodego człowieka nauka bezpiecznego wchodzenia i schodzenia z górnego łóżka to nie lada wyzwanie – w wagonie nie ma drabinek. Najlepiej zatem podpatrzeć, jak to robią sąsiedzi – ja najczęściej podciągam się na rękach i wskakuję na łóżko, wielu – a zwłaszcza kobiety – używają wyposażenia wagonu – stolików, poręczy – do zajęcia swojego miejsca na górnej pryczy. Jeśli mamy miejsce na górze, warto zaprzyjaźnić się z „sąsiadem” z dołu, gdyż na górnym łóżku dorośli nie usiądą z powodu znajdującej się pod sufitem półki na bagaż. Dolne miejsce daje automatyczny dostęp do stolika oraz... pięknych widoków za oknem. Skoro mówimy o oknach... Jeśli jedziemy starym wagonem to drewniane okna prawdopodobnie nie będą się otwierać, co jest dość sporym problemem w lecie, bo stare wagony najczęściej nie mają klimatyzacji. Na szczęście Koleje Rosyjskie prowadzą solidną modernizację swojego taboru i coraz częściej na trasę wyjeżdżają klimatyzowane wagony. Niedługo po tym, jak pociąg ruszy, pasażerowie przebierają się w strój „pociągowy”, będący skrzyżowaniem piżamy i dresu – u mężczyzn popularna jest tielniaszka, czyli podkoszulek wojsk desantowych, u kobiet, szczególnie starszych – nieśmiertelne getry w panterkę. Chwilę później Rosjanie rozpoczynają trwające tydzień czajepitje, czyli picie herbaty. Herbata jest tu ważnym wyznacznikiem dnia, pije się ją na śniadanie, obiad i kolację, świętuje się punktualny dojazd do kolejnej stacji, przejazd Wołgi czy urodziny sąsiada z pryczy obok. Herbatę można kupić za grosze (w zależności od klasy wagonu – od 0,70 do 1,50 złotego) u prowadnika, można również pić swoją – korzystając do woli z dostępnego bezpłatnego wrzątku z wielkiego zbiornika stojącego przy wejściu do wagonu. Herbaciany napar kupiony u prowadnika ma swój urok, chociaż sama herbata nie należy do tych wysokogatunkowych, podana jest w ciężkich, grubych szklankach w stalowych koszyczkach. Warto nawet kupować herbatę, aby pooglądać kunszt starannie wykonanych metalowych koszyczków, przedstawiających wysłanie w kosmos Gagarina, kolejną rocznicę istnienia kolejnictwa w Rosji czy symbolikę pozostałą po minionym ustroju. I patrząc na ilość wypijanej herbaty w ciągu doby w wagonie, można się przekonać, że to jednak nie wódka, ale brązowy napar jest najczęściej spożywanym napojem w Rosji.

Warto jednak wrócić do kwestii otaczających nas w pociągu ludzi, a szczególnie – bezpośrednich sąsiadów. Najważniejsze jest ich poznanie, ale najbardziej pożądaną informacją w większości wypadków wcale nie jest imię współtowarzysza podróży, lecz stacja docelowa, do której zmierza. Jeśli wysiądzie za kilkanaście godzin, raczej nie będzie skory do rozmowy i otwarcia się na zawarcie „pociągowej znajomości”, jeśli zaś zmierza do końca biegu pociągu lub na przykład do połowy trasy, zapewne sam będzie starał się o podtrzymanie rozmowy, a po pytaniach o cel podróży przejdzie do wspólnego dyskutowania na bieżące sprawy społeczne, gospodarcze lub polityczne. Gdy głośno rozmawia się na tematy związane z wojskiem, przeważnie przyłącza się do rozmowy były albo obecny wojskowy, zainteresowany rozmową. Często – szczególnie po kilku dniach podróży – widać, że pasażerowie sami się odnaleźli i połączyli w grupy symbolizujące status społeczny czy wykonywany zawód. W ten sposób dnie razem spędzają wojskowi, matki podróżujące z dziećmi, imigranci, studenci. Pociąg staje na różnych stacjach kilka, kilkanaście razy w ciągu doby, postoje wynoszą od kilkudziesięciu sekund (kiedy pasażerowie nie mają możliwości wyjścia z wagonu, o ile to nie jest ich stacja) do czterdziestu minut. Dłuższy postój daje szansę na zaopatrzenie się w peronowych sklepikach oraz u babuszek w prowiant na dalszy ciąg podróży (pierogów, gotowanych ziemniaków, ryb, czeburieków czy miejscowych smakołyków), a także napojów, zwłaszcza piwa. Na peronach sprzedający przeważnie dają prawdziwe rozrywkowe show dla wysiadających z wagonów pasażerów – wzajemnie się kłócąc, ubierając się w dziwaczne nakrycia głowy czy sprzedając totalnie nieprzydatne w czasie podróży produkty, jak wędki czy kostiumy kąpielowe. Lepiej jednak wyszukiwać specjałów miejscowej kuchni. Tym sposobem w okolicach Uralu spróbujemy cedrowych szyszek w czekoladzie, za Nowosybirskiem – gotowanych raków, nieopodal Bajkału – w Sludiance – pysznego wędzonego omula, w Ułan Ude – specjały buriackiej kuchni. Wszędzie jednak należy kupować żywność z rozwagą, sprawdzając świeżość sprzedawanych produktów. Przeważnie na stacjach sprzedawcy oferują przedmioty miejscowej produkcji, co jest widoczne szczególnie w miastach słynących z fabryk odzieżowych czy zabawek. Ceny są niższe niż w sklepach, ale do uzyskania właściwej ceny prowadzą długie negocjacje.

Mijają kolejne dni podróży, za oknami lasy zdają się nie mieć końca. Nie sposób nie podziwiać geniuszu konstrukcji mostów przerzuconych przez olbrzymie syberyjskie rzeki. A poza tym ma się czas na przeczytanie książki, rozwiązanie całego zbioru krzyżówek, przejścia wszystkich etapów posiadanych gier na komórce, pogranie w karty. Czasami (choć, niestety, coraz rzadziej) w wagonie trafi się człowiek jadący z gitarą, który z automatu staje się kulturalnym kapitanem „domu na szynach” – zazwyczaj po dwudziestej drugiej wspólne śpiewanie przerywa prowadnik wagonu, przypominając o zbliżającej się ciszy nocnej i wyłączeniu światła. Wtedy ci, którzy jeszcze mają siłę, idą do tzw. tamburu, czyli korytarza między wagonami pełniącego funkcję palarni – tam światło świeci całą dobę i trwająca zabawa nie będzie już nikomu przeszkadzać.

Wydawałoby się, że dużym problemem są strefy czasowe, które mija po kolei zmierzający do Władywostoku pociąg. Pasażerowie nie zmieniają jednak czasu co godzinę, kilka razy w ciągu podróży, gdyż wszystkie koleje w Rosji funkcjonują według jednego czasu – moskiewskiego, stąd na dworcach kolejowych przeważnie wskazuje się zupełnie inną godzinę niż ta, która jest naprawdę w danym miejscu. Przyjeżdżając więc do Władywostoku o ósmej rano (czasu moskiewskiego), tak naprawdę mamy godzinę piętnastą. Przyjęty od lat system, ujednolicony w całej Federacji Rosyjskiej, wykluczył praktycznie możliwość spóźnienia, powodując jedynie lekką konsternację obcokrajowców. W pociągu zmienia się także rytm życia pasażerów, o ile na początku starają się spać w nocy i jeść, kiedy jest dzień, po kilku dniach podróży przyzwyczajają się do nowego grafiku – je się i śpi nie wtedy, kiedy jest jasno albo ciemno, ale wtedy, kiedy po prostu odczuwa się taką potrzebę.

Po ponad sześciu dniach podróży prowadnik rozdaje pasażerom bilety. Podróżni czule się żegnają ze sobą, zapisują sobie numery telefonów, adresy, niektórzy robią wspólne zdjęcie. Wymiana adresów zazwyczaj jest bardziej elementem całej układanki, etykiety, niż przejawem szczególnego zainteresowania i życzliwości. Jest to jednak miły zwyczaj, szczególnie gdy ktoś po kilku miesiącach rzeczywiście napisze maila, zadzwoni czy zaprosi do znajomych na portalu społecznościowym.

Pasażerowie ustawiają się w kolejce do wyjścia, pociąg powoli wjeżdża na peron, a naszym oczom ukazuje się ogromny napis WŁADYWOSTOK. Dojechaliśmy, 144 godziny podróży za nami. Jeszcze ostatni uścisk dłoni, pożegnanie z „sąsiadami” i nasze drogi się rozchodzą. Skoro zajechaliśmy tak daleko, to może pojedziemy dalej – do Chin albo Korei? Albo wsiądziemy do pociągu jadącego z powrotem do Moskwy.
 

Maciej Olbert